Okładka magazynu Heavy Metal
Heavy Metal

Historia Heavy Metalu

Nie będzie to tekst o muzyce, choć ta się pewnie pojawi, będzie to próba przedstawienia Wam jednego z najciekawszych zjawisk współczesnego komiksu. Usiądź wygodnie czytelniku, jeżeli jesteś mężczyzną, to przynieś paczkę chusteczek higienicznych, mogą się przydać.

Mokry sen pryszczatych Amerykanów

Pewnie znacie to uczucie, gdy wchodzicie do sklepu po jedną rzecz, a wracacie z trzema. Przy czym żadna to ta, po którą się wybraliście. Tak mógł się czuć Leonard Mogel, który w połowie lat 70. XX wieku wyjechał do Paryża. Cel miał jeden, zagwarantować sobie prawo do wydawania na terenie Francji tamtejszej wersji “National Lampoon” (jeden z przełomowych magazynów satyrycznych wydawanych w USA). Wszystko szło dobrze do momentu, gdy Mogel nie znalazł we Francji czegoś, co można przeszczepić na grunt amerykański. Chodziło o “Métal Hurlant”. Tytuł przypadłby do gustu Trybsonowi, bo tłumaczyć go można jako “krzyczący metal”. Były to antologie komiksów sf, które skierowane były do dojrzałego odbiorcy.

Mogelowi pomysł na magazyn dla dorosłych czytelników bardzo się spodobał. Na tyle, że za długo się nie zastanawiał tylko załatwił formalności pozwalające mu na wydawanie pisma na terenie USA. Spakował walizki, wsiadł w samolot i wrócił do kraju. Pierwszą decyzją jaką podjął przed wypuszczeniem na rynek pierwszego numeru była zmiana tytuły. Oryginał był… no cóż, był oryginalny. Mogel stwierdził, że jego pismo będzie się nazywało inaczej i tak wybór padł na “Heavy Metal”. Nawiązania do muzyki okazały się trafione. Szczególnie jak spojrzycie na klasyczne okładki albumów zespołów wykonujących ten gatunek i okładki magazynu. Mogel był doświadczonym wydawcą i decyzja o wypuszczeniu na rynek nowego tytułu z komiksami nie była podyktowana przypływem emocji. Dość napisać, że gdy w 1977 roku pierwszy numer był gotowy i w końcu trafił do sprzedaży to każdy, kto chciał go dostać musiał się śpieszyć. “Heavy Metal” okazało się wielkim hitem, nakład wyprzedano w całym kraju. Tak czytelnicy w USA otrzymali coś nowego. Z jednej strony świetnie wpisującego się w modę na komiksy, a z drugiej prezentującego historie dla dorosłych często przygotowane przez najlepszych autorów w historii medium.

“Heavy Metal” było po prostu odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku i oczekiwania ludzi wychowanych na komiksach, którzy wyrośli już z często infantylnych historii o superbohaterach. Sukces na tak ogromnym rynku jak amerykański sprawił, że z numeru na numer coraz łatwiej było przekonać kolejnych artystów do tego, że warto się w nim pokazać. Sytuacja przypominała trochę tą z “Playboy’em”. Tam chciały się pokazywać piękne kobiety, a tu młodzi utalentowani twórcy z USA i Europy. Lista nazwisk, która przewinęła się przez “Heavy Metal” jest imponująca. Enki Bilal, Philippe Caza, Guido Crepax, Philippe Druillet, Jean-Claude Forest, Jean Giraud (mówią krótko Moebius), Milo Manara, Frank Frazetta, Luis Royo, Boris Vallejo, H. R. Giger czy Esteban Maroto. Dwaj ostatni często gościli jako twórcy okładek, które zawsze wzbudzały sporo emocji. Dlaczego? Na przykład dlatego:

Nie wszystkie okładki to biuściaste panienki z wielkimi mieczami, ale sporo z nich tak właśnie wyglądało – mam “szaloną teorię”, że nie przeszkadzały w sprzedaży. Były też powodem kontrowersji i czasami wydawcy się obrywało. Cenzura w USA jest czujna i w kraju wolności i równości nie można pokazać tego, co można pokazać w Europie. Zresztą nie tylko za grafiki trzeba było pokutować, ale i za same scenariusze. Jeżeli ktoś szukał ciekawego, świeżego spojrzenia na komiks, to sięgał po “Heavy Metal”. To tu pojawiały się tematy takie jak sexploitation. Pod tym względem tytuł zmieniał się stopniowo tworząc swój własny styl odmienny od starszego brata we Francji. Samo założenie przez lata pozostało jednak bez zmian. Na łamach “Heavy Metal” mają pojawiać się historie fantasy, sf z odrobiną erotyki, jeżeli jest ona częścią całej opowieści. To tu można stawiać pierwsze kroki jako artysta i tym samym zagwarantować sobie zainteresowanie ze strony większych wydawców.

Nie samym komiksem człowiek żyje

Wspomniałem już, że Mogel to sprawny biznesmen? Wiedział, że sukces trzeba kuć póki gorący, więc już 1978 roku podpisał umowę ze studiem Universal Pictures na produkcję antologii animacji na podstawie tego, co pojawiało się na łamach “Heavy Metal”. Dlaczego Universal Pictures poszło na taki układ? Po pierwsze wiedzieli, że pismo jest sukcesem, a po drugie Mogel przyłożył rękę do kasowego sukcesu filmu “Menażeria” z Johnem Belushim i Timem Mathesonem w rolach głównych. Mając mocne karty w ręku udało się wylać fundamenty pod film. Jednak nie wszystko szło gładko. Na początku lat 80. XX wieku Universal miało swoje problemy i nie bardzo było w stanie wywiązać się z umowy na realizację filmu. To skłoniło Mogela do szukania pieniędzy niezależnie od studia. Na szczęście dla fanów ojciec sukcesu “Heavy Metal” był obrotnym gościem, który miał przy okazji sporo znajomości. Udało mu się skontaktować z nie byle kim, bo z samym Ivanem Reitmanem. Człowiek stojący za takimi produkcjami jak “Pogromcy Duchów” (reżyser) czy “Orły Temidy” (producent) to była absolutna pierwsza liga Holywood. Zgodził się na przejęcie projektu pod jednym warunkiem. Będzie miał pełną kontrolę. Mogel zgodził się na to i tym samym dał zielone światło na realizację filmu.

Scenariuszem zajęli się Daniel Goldberg i Len Blum, z którymi Reitman pracował przy filmach “Klopsiki” i “Szarże”, a reżyserię powierzył Geraldowi Pottertonowi. Film podzielono na segmenty fabularne, z których każdy realizowany był przez inne studio animacji. Na jego stworzeniem pracowało ponad 1000 osób rozsianych po studiach w Nowym Jorku, Los Angeles, Londynie, Ottawie i Montrealu. Założenie było takie, aby zachować styl prezentowany przez magazyn choć przy okazji trzeba było pójść na pewne ustępstwa. Na przykład nie pokazywano genitaliów. Budżet filmu oscylował w granicach 8 milionów dolarów. Oprócz zaangażowania animatorów postawiono też na konkretną ścieżkę dźwiękową. W filmie usłyszeć można utwory takich zespołów jak Black Sabbath, Devo, Sammy Hagar, Nazareth i Grand Funk Railroad. Film zadebiutował w kinach w 1981 roku i w samych Stanach Zjednoczonych zarobił 20 milionów dolarów. To oczywiście nie był koniec, bo drugą młodość przeżył na kasetach VHS – takie prostokątne, czarne płyty DVD z taśmą. Zarobił tyle, że pomyślano o kolejnych filmach.  Tak powstała animacja “Heavy Metal 2000”. Tym razem nie była to antologia, a spójna historia oparta na komiksie “Melting Pot” Kevina Eastmana, Simona Bisleya i Erica Talbota. Kolejny raz postarano się o świetną ścieżkę dźwiękową. Możecie na niej usłyszeć takie zespoły jak Coal Chamber, Apartment 26, Billy Idol, Monster Magnet,Pantera, System of a Down, Queens of the Stone Age.

Na fali popularności filmu powstała też gra komputerowa “Heavy Metal: F.A.K.K.²”. Tytuł był grą akcji TPP, którego główną bohaterką była obrończyni o imieniu Julie. Nie była to może najwybitniejsza gra w historii, ale nie była to też beznadziejna budżetowa produkcja. Na pewno w oczy rzucała się bardzo dobra jak na tamte standardy grafika w pełnym 3D.

W 2001 pojawiła się też gra  “Heavy Metal: Geomatrix” wydana przez Capcom na konsolę Dreamcast. Choć tytuł nie był przełomem, to ciągle nie zrezygnowano z planów na dalsze rozwijanie marki Heavy Metal. Kilka lat później za kolejny film zabrało się studio Paramount Pictures. Plany były wielkie. Kolejny raz miała to być antologia, a każdą część wyreżyseruje inny reżyser. Wśród nazwisk pojawili się:

  • David Fincher
  • James Cameron
  • Zack Snyder
  • Gore Verbinski
  • Guillermo del Toro

Prawda, że świetny zestaw? Niestety nic z tego nie wyszło, ale ciągle tli się iskierka nadziei na to, że w końcu film się pojawi. Wszystko przez to, że prawa do niego posiada Robert Rodriguez, który trzy lata temu zapowiedział, że ma plany na realizację go na własną rękę. Heavy Metal nie wzbudza już takich emocji, jak kiedyś, ale to ciągle wyjątkowa rzecz. Aktualnie pojawia się sześć numerów rocznie. Ciągle jest okazją do tego, aby podziwiać pracę ciekawych twórców z całego świata. Przy okazji warto wspomnieć również o tym, że tytuł ma naprawdę brzydką stronę internetową, co dziwne biorąc pod uwagę to, że graficznie powinno wszystko być dopracowane.

Dla tych, którzy interesują się komiksem “Heavy Metal” to tytuł kultowy. Prawdziwy kamień milowy jeżeli chodzi o współczesne komiksy. Dla mnie to wspomnienie rewelacyjnych okładek. Tak, wiem że sporo z nich może wydawać się kiczowate, jednak nie o to chodziło. Zamiast kolejnej historii o Spider-Manie czy Batmanie mogłem przeczytać mocne opowieści traktujące często o rzeczach, których nie uświadczycie w innych tytułach. Możliwość obcowania z największymi komiksu było dodatkiem i to chyba była główna siła “Heavy Metal”…

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed
More Stories
Gra Nie mam ust, a muszę krzyczeć
“Nie mam ust, a muszę krzyczeć” – czy człowiek jest lepszy od maszyny?