Kilka słów o tym, jak znowu pokochałem X-Men

Kiedy uczęszczałem do podstawówki miałem kolegę Macieja. Kolega Maciej oprócz tego, że nie mówił zbyt wiele miał dwie pasje. Rysowanie oraz komiksy. Mnie interesowało to drugie i to dzięki Maciejowi miałem okazję zobaczyć jak pęka kręgosłup Bruce’a Wayne’a, jak Superman umiera, a Kraven postanawia wybrać się na swoje ostatnie łowy. W końcu to dzięki niemu dowiedziałem się, że są na świecie ludzie obdarzeni genem X. Jak podsumuję, ile komiksów udało mi się przeczytać dzięki Maciejowi, to gdybym znowu go spotkał wisiałbym mu jakąś bardzo dobrą whisky. Cała jej skrzynkę. Może kiedyś znowu się spotkamy tak jak ja znowu spotkałem uczniów ze szkoły dla utalentowanej młodzieży Charlesa Xaviera. Choć tym razem powrót zawdzięczam komu innemu.

Zmartwychwstanie

Hank McCoy
Lubię Hanka. Nawet bardzo

Wiele razy wspominałem o Ichabodzie, który prowadzi swojego bloga popkulturalnego i robi to dobrze. Łukasz jest fanem X-Men i w lipcu nagrał film, w którym radził od czego rozpocząć czytanie X-Men, gdy ktoś jest w tym temacie kompletnie nowy lub, tak jak ja, miał dłuższą przerwę. W moim wypadku przerwa wynosiła jakieś kilkanaście lat, więc trochę wypadłem z obiegu. Film polecam, bo skorzystałem z jego rad i tak spotkałem na swojej drodze Granta Morrisona, który razem z zastępem rysowników zaprezentował nowe rozdanie w historii mutantów.

Nie będę oryginalny jeżeli napiszę, że Grant Morrison jest w pierwszej dziesiątce moich ulubionych scenarzystów komiksowych. W trakcie prac nad serią “X-Men: Legacy”, przy której Morrison współpracował z Chrisem Claremontem, Mikem Carey’em i Simonem Spurrierem, otrzymał propozycję wzięcia pod swoje skrzydła nowej serii o mutantach. Poprosił go o to nowy redaktor naczelny Marvel Comics, który miał plan, aby przywrócić jednej z flagowych ekip superbohaterów dawny blask. Tym redaktorem był Joe Quesada. Morrison zgodził się i został scenarzystą serii “New X-Men”, która zachowała numerację z Legacy, ale przy okazji okazała się pełną świeżych pomysłów i oferowała punkt widzenia jakiego w komiksach o mutantach już dawno nie było. Quesada wymarzył sobie bowiem, że odświeżeni X-Men powinni być skierowani do dojrzalszego czytelnika. Poruszać trudniejsze tematy. To spowodowało, że zainteresował się Morrisonem, który często współpracował z konkurencją, czyli DC Comics, a jego praca tam była wysoko oceniana zarówno przez kolegów z branży, jak i krytyków oraz czytelników. Grant dostał wolną rękę, a efektem tej decyzji było powstanie 41 zeszytów, które po prostu połyka się jeden za drugim.

Brzydki ma trudniej

Quentin Quire
Ten pan z uniesioną ręką to jedna z ciekawszych nowych postaci

Siła runu Morrisona tkwi w tym, że postanowił przenieść delikatnie punkt ciężkości z ciągłej walki z Magneto na wewnętrzne problemy mutantów. Nie boi się podejmować trudnych decyzji, aby ostatecznie osiągnąć swój cel. Już w pierwszej z dziewięciu osi fabularnych, które przyjdzie Wam śledzić dokonuje masowego mordu, który będzie miał istotne znaczenie dla dalszych wydarzeń. Jednocześnie zdecydował pójść o krok dalej w kwestii sposobu przedstawiania mutantów. Cofając się do lat 90. XX wieku jak spróbujecie poszukać “brzydkiego” mutanta to jedyne, co znajdziecie to Warrena Kennetha Worthingtona. Przystojnego blondyna, którego największym problemem jest to, że ma skrzydła i to niby jest ta obrzydliwa mutacja. Te nie kojarzą się z czymś, czego efektem jest bujna czupryna czy większe cycki. Dlatego Morrison zaprezentował czytelnikom brzydszą część uczniów szkoły Xaviera. Swoją drogą ten ruch miał drugie dno, bo oprócz tego, że wprowadził do naszej świadomości takich bohaterów jak wyglądający jak z horroru Beak czy Martha, która jest zamkniętym w słoju mózgiem, dał mu okazję do skupienia się też na przejawach rasizmu i wykluczenia wewnątrz grupy, która dotychczas dzieliła się tylko na tych dobrych (chłopcy i dziewczęta Xaviera) oraz tych złych (banda wyrzutów Magneto). Takie wewnętrzne podziały dają nam nowy punkt wiedzenia na mutacje oraz umożliwiają ciekawe zabiegi fabularne, które zresztą pojawią się kilka razy.

Komiks New X-Men
New X-Men

Sporo jest w “New X-Men” rozważań na temat ludobójstwa, akceptacji, zemście. Pojawia się wątek dość męczącego na dłuższą metę romansu oraz jeden zwrot akcji, który pewnie wielu z Was zaskoczy. Zostając przy tym denerwującym romansie, to jedno muszę Morrisonowi oddać. Chyba jako pierwszy scenarzysta w historii X-Men miał wystarczająco duże jaja, aby zadać jedno podstawowe pytanie:

Czy Jean Grey i Scott Summers na pewno powinni być razem?

Beak z New X-Men
Konkursu piękności nie wygra

Szczerze mówiąc, gdybym był na miejscu Scotta wybrałbym Emmę Frost. Jean Grey wyjątkowo działa mi na nerwy od momentu, gdy w ogóle ją poznałem. Choć sam romans jest męczący to z drugiej strony ma w sobie też kilka fajnych smaczków, jak fakt, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o seks.

Morrison jest scenarzystą serii “New X-Men”, ale rysowników pracujących przy niej jest kilku. I tu mam wątpliwości, bo z jednej strony to spory plus. Można zobaczyć jak każdy z nich interpretuje historię opowiadaną przez Morrisona, co daje ciekawe efekty. Z drugiej jednak strony wolę, gdy nad całością czuwa stała para scenarzysta-rysownik. Wszystko zachowuje spójność z czym czytając “New X-Men” miałem problem. No ale to tylko ja, a ja jak już ustaliłem sam ze sobą jestem po prostu dziwny.

Ideał?

Odnoszę wrażenie, że Morrisonowi wystarczyło pary na mniej więcej połowę całego runu. Ta pierwsza jest świetna, ale im dalej w las tym emocje opadają, a sam scenarzysta zaczyna sięgać po oklepane motywy charakterystyczne dla dla starych historii z X-Men w roli głównej. Mówiąc krótko Morrison radzi sobie z nowymi pomysłami, ale na stare rozwiązania (na przykład pewnych bohaterów, którzy pod “rządami” Morrisona wypadają strasznie blado) nie ma za bardzo koncepcji, więc wszystko od połowy wychodzi tak sobie. To nie zmienia jednak faktu, że dawno nie czytałem tak dobrej serii – do momentu, gdy nie poszedłem krok dalej, czyli do dzieła Jossa Whedona i Johna Cassadaya – i jeżeli ktoś chce zacząć przygodę z X-Men, to tak jak radził Łukasz, “New X-Men” jest bardzo dobrym wyborem. Dzięki nim znowu poczułem jakbym był w podstawówce i czytał kolejne zeszyty wyobrażając sobie, jak to byłoby być mutantem. Są tam słabsze momenty, ale w ostatecznym rozrachunku Morrison odwalił kawał dobrej roboty. A mógł zabić…

  • Wow, dzięki <3

    To ja jeszcze od siebie dodam, że seria Morrisona jest o tyle, ważna, że bohaterowie i wątki z niej są istotne w komiksach o mutantach do dziś i były rozwijane, przez masę scenarzystów, od Whedona, przez Aarona po Bendisa. Grant w zasadzie dźwignął cała markę z bagna lat 90. i skierował ją na nowe tory. Nawet jeśli był syf z rysownikami, bo o ile Frank Quietly to klasa, Chrisa Bachalo tez strasznie lubię, tak reszta wypada nędznie. No, i wreszcie ktoś ubił Jean grey, na dodatek na stałe.

    Nie lubię New X-Men tylko za to, że Morrison był dziwnie uprzedzony do Magneto i wywalił do kosza stare pomysły Claremonta, by zrehabilitować tę postać, a zrobił z niego naćpanego psychopatę. Z Magneto, nie Claremonta.

    …Ale potem Marvel to w idiotyczny sposób odkręcił. No, ale dzieki temu, Magneto znowu jest interesujący w komiksach dziś 🙂

    • Cieszę się, że zacząłem od tego, bo teraz dobrze bawię się przy Astonishing X-Men. Co do rysowników, to niektórych numerów po prostu nie mogłem oglądać tak kiepskie były grafiki 🙂 Magneto, to dowód na to, że Morrison nie miał ciekawej koncepcji na tego bohatera. Jest nudny i jednowymiarowy w wyjątkowo denerwujący sposób. Muszę przyznać, że udało mu się spieprzyć tego bohatera koncertowo, bo Magneto akurat bardzo lubię.

      Ogólnie idę kolejnością i pozycjami zaproponowanymi przez Ciebie, więc jak się w końcu zobaczymy w realu, to masz u mnie piwo 🙂

      • Koniec runu Morrisona to niestety też początek jego przepychanek z górą, które skoczyły się fochem i odejściem do DC, więc faktycznie widać… hm, może nie tyle jakiś dramatyczny spadek poziomu, co po prostu brak entuzjazmu i tej świeżości z pierwszych arców. Szkoda, ale potem napatoczył się Whedon i nie ma tego złego 😀

        X-Men mają do zaoferowania sporo fajnych historii (i zadziwiająca większość nich się zajebiscie zaczyna, a znacznie słabiej konczy), podziel sie potem koniecznie opinią o House of M 🙂

        Och, i zapomniałem – Quentin Quire

        • House of M jest wysoko na liście priorytetów, bo jedną z głównych postaci jest Quicksilver, a jego wprost uwielbiam 🙂 Quentin Q. to typ bohatera, który trochę mi działa na nerwy, ale w ostatecznym rozrachunku to zdecydowanie jeden z jasnych punktów całego runu i bardzo go polubiłem.

          Nie przeczytałem ich jeszcze tyle, aby wyrobić sobie jednoznaczne zdanie, dlaczego coś co się tak dobrze zaczyna kończy się kiepsko, ale pewne wnioski kiełkują mi już w głowie i jak tylko przebrnę przez większą ilość historii, to być może spiszę je. O ile będzie się to nadawać do spisania 🙂

          PS. Jedno muszę napisać o Whedonie – jestem w połowie Astonishing X-Men i niech mnie kule biją, ale to jest tak dobrze poprowadzone, że aż strach. Mam nadzieję, że poziom trzyma do końca. No i te rysunki Cassaday’a. Bajka.

  • Ola Ri

    Jean i Scott musza być razem! Wiem, to moje myślenie wynika głównie z tego, iż był to w zasadzie pierwszy paring z mojego dzieciństwa, za który tak mocno trzymałam kciuki, oglądając kreskówkę. Ja tego komiksu jeszcze nie czytałam, ale ostatnio wzięłam się za All-new x-man, które całkowicie mnie kupiło!