Marvels

Znowu do pisania zmobilizował mnie komentarz z pytaniem, kiedy kolejna część. Może nie tyle zmobilizował, co przypomniał, że chyba warto coś nowego w temacie najlepszych komiksów napisać. Jak zwykle poniżej znajdziecie pięć tytułów, które możecie dodać do listy “muszę przeczytać”. W poprzedniej odsłonie pojawiły się:

  • All-Star Superman
  • Thorgal „Łucznicy”
  • Prosto z piekła
  • Przyjdź Królestwo
  • The Punisher MAX

Teraz przyszedł czas na kolejną piątkę, która będzie miksem superbohaterów z komiksami dla tych, którzy superbohaterów nie lubią.

Marvels – Kurt Busiek (scenariusz) i Alex Ross (rysunki)

Marvels
Okładka jakiej należy szukać/Fot. Marvel

Jednym z często zadawanych pytań przez osoby, które trafiają do sklepów z komiksami i widzą rysunki wykonane przez Alexa Rossa, musi być to, w którym pytają, czy Ross wykonuje je ręcznie. Jego stylu można nie lubić, znam takie osoby (Mr. Szyba to o tobie), ale nie można nie pochylić się nad kunsztem z jakim Ross wykonuje swoją robotę. I nie, nie robi tego na komputerze. “Marvels” ukazało się pierwszy raz dawno, dawno temu, bo w 1994 roku. Z miejsca uzyskało status pozycji obowiązkowej dla każdego, kto śledzi losy bohaterów Marvela. Głównie przez to, że wbrew pozorom nie jest to komiks o nich. Głównym bohaterem “Marvels” jest bowiem Phil Sheldon. Phil nie ma żadnych supermocy, nie lata, nie ma nadludzkiej siły. Nie jest nawet specjalnie wysportowany. Jest fotografem, który pracuje dla nowojorskich gazet codziennych takich jak Daily Globe czy Daily Bugle. Naoczny świadek narodzin istot, po których pojawieniu się nic już nie było takie jak wcześniej. Kilkadziesiąt lat historii USA i superbohaterów pokazujących ewolucję kraju i jego obywateli. Scenariusz Busieka oferuje przekrój tego, co mogło się stać, gdyby Spider-Man czy Hulk istnieli naprawdę. Najpierw oglądamy narodziny, później ich złotą erę, w której społeczeństwo ich kocha, aż po nastanie czasów paranoi i strachu przed tym, czego do końca nie rozumiemy. Dorzućcie do tego też to, że Phil ma swoje problemy, z którymi musi się borykać i tak dostajecie komiks zapadający w pamięć i pozostawiający czytelnika z otwartą szczęką. Realia lat 40. i 50. XX wieku, rewelacyjne rysunki utrzymane w koncepcji zdjęcia fotograficznego, bo przecież Sheldon tym się właśnie zajmuje i zajmujący scenariusz. W sumie “Marvels” to cztery tomy zebrane w jednym zbiorczym wydaniu, ale trzeba pamiętać też o tym, że na rynku pojawił się tom zerowy, w którym oglądamy wszystko z perspektywy Człowieka Pochodni.

Scott Pilgrim – Bryan Lee O’Malley

Scott Pilgrim
Okładki są kolorowe, komiks w czerni i bieli

Przed premierą jego ekranizacji o komiksie tylko słyszałem, ale po obejrzeniu filmu stwierdziłem, że warto się z nim zapoznać. Tym bardziej, że jest to jeden z tych komiksów, które bardzo często pojawiają się na wszelkich listach wszech czasów. Okazało się, że nie jest to przypadek czy pomyłka. Co jest o tyle ciekawe, że komiks O’Malley’a jest stosunkowo młody. Jednak od momentu premiery w 2004 roku powoli, acz systematycznie, buduje wokół siebie coraz większą “bazę” fanów. Co w takim razie decyduje o wyjątkowości tego tytułu? Po pierwsze O’Malley jest samoukiem, który za inspirację wybrał tytuły ukazujące się w Kraju Kwitnącej Wiśni, więc skojarzenia z mangą w przypadku Scotta Pilgrima są jak najbardziej na miejscu. Choć jednocześnie w oczy rzuca się jego oryginalny styl, który został doceniony nie tylko przez czytelników, ale i krytyków. Ostatecznie autorowi udało się zdobyć nagrodę Eisnera. Po drugie to, co wyprawia się w tym komiksie sprawiło, iż tak szybko trafił do fanów na całym świecie. Przygody Scotta można opisać słowami szalone i abstrakcyjne. Scott jest basistą w zespole Sex Bob-Omb, który zakochuje się w pięknej Ramonie Flowers. Niestety randka nie wchodzi w grę do momentu, gdy Scott nie stanie do walki z jej siedmioma, byłymi chłopakami. Dodam tylko, że każdy z nich to kawał skurczybyka i wcale nie ma zamiaru dać Scottowi i Ramonie błogosławieństwa. To z jednej strony oderwana od rzeczywistości opowieść o nastolatkach, a z drugiej coś, co dotyczy każdego z nas.

Strangers in Paradise – Terry Moore

Strangers in Paradise
Ona kocha ją

Uwaga. Proszę przygotować się na jeden z najbardziej oklepanych motywów fabularnych w historii mrówek. Oto Katchtoo, która jest zakochana w swojej najlepszej przyjaciółce Francine. Ta oczywiście nic nie wie o tym, co Katchtoo do niej czuje, a jakby tego było mało to do ich spokojnej egzystencji wkrada się ten trzeci. David. Jego pojawienie się komplikuje sprawę jeszcze bardziej, bo David zakochuje się Katchtoo, a Francine zakochuje się w Davidzie i w ten oto sposób powstaje uczuciowy węzeł gordyjski, którego rozwiązanie będzie nie lada wyzwaniem. No dobrze, to skoro to najbardziej oklepany motyw ever, to dlaczego powinniście przeczytać “Strangers in Paradise”? Bo Terry Moore coś pozornie oklepanego, infantylnego i nadającego się na kolejną odsłonę Harlequina przerobił w dzieło wyjątkowe. Z akcją, emocjami, humorem i pełnokrwistymi postaciami. W tym miejscu należy dodać, że udało mu się stworzyć niezwykle przekonujące i intrygujące postacie kobiet. Katchtoo i Francine to po prostu kobiety. Bez stereotypowego traktowania ich płci. Choć trochę przerysowane mają w sobie pewną prawdę, którą docenią nie tylko czytelniczki, ale i czytelnicy, bo obcowanie z nimi przypomina trochę jak podglądanie swoich przyjaciółek – pisząc to poczułem się jak jakiś zboczeniec… Tak czy inaczej “Strangers in Paradise” choć to przede wszystkim powieść obyczajowa, to jest to pozycja dla każdego. Naprawdę warto sięgnąć.

Samotny wilk i szczenię – Kazuo Koike (scenariusz) i Goseki Kojima (rysunki)

Samotny wilk i szczenię
To kawał świetne narysowanego komiksu

Przy okazji tekstu o “47 Roninach” wspominałem, że w jego powstaniu uczestniczył Kazuo Koike jeden z gigantów komiksu z Japonii. Dziełem, na które trzeba zwrócić uwagę jest “Samotny wilk i szczenię”. To tzw. gekiga, czyli manga skierowana do czytelnika dojrzałego. Jego bohaterem jest Ogami Itto, kat sioguna, który w wyniku spisku zaplanowanego przez Yagyū Retsudō zmuszony został do złożenia swojego urzędu. Yagyū zapragnął bowiem, aby rola kaishakunina trafiła do jego rodziny. W tym celu zlecił zabójstwo żony Itto i ukartował wszystko tak, że Ogami miał popełnić seppuku. Nic takiego na szczęście się nie stało, a były kat ruszył ze swoim synem na drogę zemsty. Komiks Koike to jedno z najważniejszych dzieł pochodzących z Japonii. To opowieść drogi, z wieloma zaskakującymi zwrotami akcji, pięknie narysowana i sensownie opowiedziana. “Samotny wilk i szczenię” to też wyjątkowo bezwzględny portret feudalnej Japonii, w której Ogami przyjmuje zlecenia na zabójstwa, a przez cały czas towarzyszy mu malutki syn. Warto wspomnieć o tym, że popularność tej wydanej kilkadziesiąt lat temu w Japonii serii była tak duża, że już w 1972 roku powstała ekranizacja i to ekranizacja bardzo udana, którą ogląda się z przyjemnością. Łącznie powstało siedem filmów i dwa seriale telewizyjne.

Green Arrow: The Longbow Hunters – Mike Grell

Green Arrow: The Longbow Hunters
Zmęczony Oliver Queen

Nie musicie być fanami Olliego, ale komiks Grella warto znać. To jest taka opowieść, jaką bardzo chciałby być serial “Arrow”, ale przez trzy sezony mu to nie wychodzi. “Green Arrow: The Longbow Hunters” jest jednym z najbardziej prominentnych przykładów rewolucji do jakiej doszło w komiksie amerykańskim w latach 80. XX wieku. Czytelnicy potrzebowali czegoś dojrzalszego, mroczniejszego i to z tej właśnie potrzeby zrodziły się takie tytuły jak choćby “Watchmen” czy “Batman: Rok Pierwszy”. Kulisy powstania tego komiksu są ciekawe, bo Green Arrow nie był bohaterem, o którym można napisać, że należał do grupy przynoszącej największe wpływy wydawnictwu DC. Historie z nim spotykały się delikatnie mówiąc umiarkowanym przyjęciem. Na szczęście w pewnym momencie szefostwo DC stwierdziło, że może warto oddać tego bohatera pod skrzydła kogoś takiego jak Mike Grell. Otrzymał od nich pełną swobodę twórczą z jednym zastrzeżeniem, efektem końcowym miała być opowieść skierowana do dojrzałego odbiorcy. Efektem był scenariusz, w którym zbliżający się do czterdziestych trzecich urodzin Oliver Queen przebywa na terenie Seattle. Sam bohater jest zmęczony i wypalony. Niby ciągle jest superbohaterem, ale w rzeczywistości szuka spokoju i odrobiny stabilizacji. Niestety nawet w Seattle nie jest mu dane zapomnieć o tym, kim jest. Szczególnie, gdy dochodzi do serii brutalnych morderstw prostytutek. “The Longbow Hunters” jest dla Green Arrow tym, czym dla Batmana jest wspomniany “Rok Pierwszy”. Maksymalnie realistyczna opowieść, która jest przy tym świetnie narysowana. Grell eksperymentował z różnymi technikami rysunku, więc w jednym tytule znajdziecie tradycyjne rysunki, ale i próby korzystania z akwareli czy pasteli. Efekt jest piorunujący.

Ta piątka to czytania na długie tygodnie. Powinno wystarczyć do kolejnej odsłony.

Najlepsze komiksy - Cześć 1 Najlepsze komiksy - Cześć 2 Najlepsze komiksy - Cześć 3 Najlepsze komiksy - Cześć 4 Najlepsze komiksy - Cześć 5 Najlepsze komiksy - Cześć 6 Najlepsze komiksy - Cześć 8 Najlepsze komiksy - Cześć 9 Najlepsze komiksy - Cześć 10 Najlepsze komiksy - Cześć 11 Najlepsze komiksy - Cześć 12 Najlepsze komiksy - Cześć 13 Najlepsze komiksy w historii - Część 14