Kiedy pisarz bierze się za komiks

Powieść graficzna. Nazwa, która sugeruje, że możemy się przygotować na coś wyjątkowego i ambitnego. Słowo “powieść” automatycznie prowadzi nas do założenia, że stoi za tym pisarz. Bo pisarze piszą. Powieści piszą. Opowiadania piszą. Ładnie piszą. W końcu piszą też komiksy. Nie zawsze, ale jest kilku takich, którzy postanowili sprawdzić się i tym medium. Skoro jesteśmy już przy określeniu “powieść graficzna”, które to określenie nie jest w tym tekście zbyt istotne, to znam osoby, które tego sformułowania nie lubią. Bo to taka ładna nazwa dla komiksu, która ma ukryć fakt, że mamy do czynienia z komiksem. Coś jak powiedzieć o burdelu, że to dom o negocjowalnej gościnności. Ładniej, choć wszyscy wiemy o co chodzi, więc jaki jest sens wydziwiać. Jednak ja nie o tym.

Jak zwykle

Komiks z książką idzie pod rękę. Raźnie kroczy od wielu lat, a co za tym idzie kroczą też pisarze i scenarzyści. Wymieniają się, przenikają między książkami i komiksami. Często ci, którzy zaczynali od komiksów zabierają się za książki i odwrotnie. Ci drudzy to bardzo ciekawy przypadek, bo motywacje mają różne choć najczęściej to po prostu ciekawość. Chęć sprawdzenia, czy uda im się stworzyć coś wyjątkowego. Czasami się udaje. Skoro o sukcesach mowa, to pierwszym, który przychodzi na myśl jest Neil Gaiman. Słynny pisarz nie musi udowadniać, że potrafi pisać, bo każdy dobrze to wie. Jest też przykładem osoby, której udało się stworzyć dzieła kultowe zarówno na płaszczyźnie książki, jak i komiksu. W tym drugim wypadku najznamienitszym przykładem jest “Sandman”. Jedna z najbardziej utytułowanych i najczęściej polecanych serii komiksów w historii. Sam Gaiman nazywany jest wręcz “Szekspirem komiksu”, co musicie przyznać jest określeniem o sporej wadze. Jego początki w branży były bezpośrednio związane z twórczością innej legendy. Alana Moore’a. Gaiman pewnego dnia zwrócił uwagę na komiks “Saga of the Swamp Thing” i gdy go przeglądał w jednym z kiosków zauważył, że nie jest to komiks, jak inne. Jest inny, ma w sobie coś z powieści. Za jakiś czas sięgnął po kolejny numer. I kolejny, by w końcu zacząć regularnie kupować komiksy i tym samym połknąć bakcyla. Przy okazji miał sporo szczęścia, bo ostatecznie udało mu się poznać wspomnianego Alana Moore’a, który pokazał mu jak wygląda cały proces tworzenia scenariusza i komiksów w ogóle. Uzbrojony w odpowiednią wiedzę Gaiman był gotowy na to, aby stworzyć coś swojego. Choć nikt nie przypuszczał, że “Sandman” okaże się dziełem dorównującym jakością tym tworzonym przez jego mistrza. W pewnym kwestiach nawet go przewyższającym.

Lock and Key
Może kluczyk dla państwa?/Fot. IDW

Gaiman jest jednym z najbardziej prominentnych przykładów, ale nie jest jedyny. Sukcesy na polu komiksów święcą też panowie Stephen King i jego utalentowany syn, Joe Hill. Ten pierwszy jeszcze trochę nieśmiało, ale od czasu do czasu zapuszcza się w rejony komiksu. W 1985 roku współtworzył antologię “Heroes for Hope Starring the X-Men”. Później napisał scenariusz do komiksowej wersji filmu “Creepshow” George’a A. Romero, a z nowszych publikacji warto wspomnieć o “Amerykańskim wampirze”. W serii – swoją drogą bardzo dobrej – tworzonej przez Scotta Snydera napisał jedną z historii. Pojawiają się też komiksy bazujące na jego “Mrocznej wieży”. Bardziej zaangażowany w komiksy jest jego syn. Hill ma na swoim koncie przede wszystkim serię “Lock & Key”, którą w latach 2008 – 2013 wydawało IDW. Utrzymany w konwencji horroru tytuł udowodnił, że syn króla gatunku ma sporo do powiedzenia i w świecie komiksu. Seria przyniosła mu nagrodę Eisnera oraz zwróciła uwagę Hollywood. Był plan, aby nakręcić film na podstawie “Lock & Key”, ale niestety nic z tego nie wyszło. Za to ciągle jest szansa na serial i trzymam za ten projekt kciuki, bo wierzcie mi, że jest na co czekać.

Powyżej wspomniani pisarze to nieustające pasmo sukcesów. Niestety czasami taki transfer wiąże się też z kontrowersjami. W 2005 roku autor “Gry Endera”, Orson Scott Card, razem z rysownikiem Andym Kubertem zabrał się za Iron Mana. Ich “Ultimate Iron Man” pokazuje początki bohatera i został ciepło przyjęty zarówno przez krytyków jak i fanów. Kilka lat później Card miał wziąć pod swoje skrzydła innego znanego bohatera. DC Comics zaproponowało bowiem pisarzowi pracę przy Supermanie. Na papierze wszystko wyglądało idealnie. Niestety pojawił się problem związany z poglądami Carda. Mianowicie kilka miesięcy przed przyjęciem zlecenia wypowiadał się na temat małżeństw homoseksualnych stwierdzając, że nie ma potrzeby, aby zostały zalegalizowane. To wywołało burzę i doprowadziło do bojkotu przyszłego dzieła, w które miał być zaangażowany. Wypowiedzi podobnych do tej, której autorem jest Richard Nepal, właściciel sklepu Zeus Comics, który sam jest homoseksualistą, było setki. Ostatecznie Card zrezygnował z pracy, a szkoda, bo chętnie przeczytałbym Supermana, którego miał zamiar stworzyć.

Card siedzi w zarządzie National Organisation of Marriage, organizacji, która walczy z równouprawnieniem dla małżeństw. Jego eseje popierają niszczenie moich związków, że urodziłem się na skutek gwałtu albo wykorzystania seksualnego i że jestem utożsamiany z pedofilią. Motywy te pojawiają się również w jego powieściach. To szokujące, że DC Comics zatrudniło go do napisania Supermana, bohatera, którego ideały reprezentują nas wszystkich. Jeśliby zastąpić słowo ‘homoseksualiści’ w jego esejach określeniem ‘kobiety’ lub ‘Żydzi’, wtedy nie zostałby zatrudniony. – Richard Nepal

Kryzys tożsamości

W 2002 roku to samo wydawnictwo zaproponowało pracę innemu pisarzowi. Padło na Brada Meltzera, który specjalizuje się thrillerach politycznych, a oferta dotyczyła Green Arrowa. Meltzer zlecenie przyjął i wywiązał się z zadania na tyle dobrze, że trzy lata później otrzymał kolejną propozycję. Tym razem miał zająć się historią, którą zilustrować mieli Rags Morales i Michael Bair. Historię jak się okazało w pewnym sensie przełomową, bo w “Kryzysie tożsamości” obserwujemy jak superbohaterowie radzą sobie ze stratą bliskiej osoby. Niby już to widzieliśmy, ale Meltzerowi udało się przemycić elementy znane z thrillera i tym samym sprawnie budować napięcie. Świetnie poprowadzona narracja, emocje i postawienie elementarnych, ale niezwykle ważnych, dla każdego z nas pytań sprawiło, że “Kryzys tożsamości” to jeden z najlepszych komiksów jakie powstały w historii medium. Świetnie podsumowany przez Jossa Whedona:

Ten komiks da wam poczucie obcowania z tymi ludźmi poprzez ich cierpienie, triumf i szaleństwo, szczególnie podkreślam cierpienie. Po lekturze na nowo zrozumiecie otaczający was świat. Wierzcie mi. – Przedmowa do polskiego wydania “Kryzysu Tożsamości”, Egmont

To z kolei doprowadziło do tego, że później pisarz przyjął kilka innych zleceń z korzyścią dla czytelników. Jego przygoda z komiksami trwa, ale nie można powiedzieć, że na bazie komiksów zbudował równorzędną karierę.

To zrobił inny pisarz. Greg Rucka dobrze sobie radził jako pisarz, ale jako “komiksiarz” radzi sobie jeszcze lepiej. Stworzył serię książek i Attikusie Kodiaku, ochroniarzu i detektywie, którego przygody opisuje od 1996 roku. Nagrody Nobla może tą serią nie wygra, ale chyba nie musi, bo jako autor scenariuszy komiksowych ma już na koncie najważniejszą dla branży nagrodę. I to nawet kilka z nich, nie licząc niezliczonej liczby nominacji. Współpracował głównie z DC Comics, gdzie pisał i Supermana, i Wonder Woman, a nawet Batmana. Jednak najlepsze – przynajmniej moim skromnym zdaniem – przy czym na razie pracował jest seria “Gotham Central”. Pisałem o niej przy okazji 5 bardzo dobrych historii o Batmanie, których pewnie nie przeczytaliście, więc kierujcie się tam po więcej szczegółów.

Kryzys tożsamości
Uwielbiam tę grafikę/Fot. Egmont

Swój wkład w rozwój komiksów ma również Harlan Ellison. Autor m.in. “I Have No Mouth, and I Must Scream” próbował swoich sił w branży gier, ale i przy komiksach. W zależności od tego, czy miał wenę, czy nie zdarzało mu się współpracować przy takich tytułach jak: Detective Comics, The Spirit, The Incredible Hulk, Avengers czy Daredevil. Bibliografia tytułów, przy których maczał palce jest naprawdę bogata i aby to sprawdzić możecie udać się choćby w to miejsce. Sam jest zapalonym fanem komiksów i ma ogromną kolekcję tytułów. I kiedy mówię, że ona jest ogromna, to mam na myśli OGROMNA:

Nie wiem, jak wielka jest kolekcja Michaela Chabona, ale i ten laureat Pulitzera, Hugo i Nebuli wziął się za bary z komiksem. I to na dwóch płaszczyznach. Dzięki książce “The Amazing Adventures of Kavalier & Clay” zdobył wspomnianego Pulitzera, a jest to o tyle istotne, że jest to powieść opowiadająca o początkach branży komiksowej w USA. W książce Kavalier i Clay tworzą postać nazwaną The Escapist, która później faktycznie doczekała się swojego komiksu. Za sprawą wydawnictwa Dark Horse Chabon z fana stał się regularnym autorem. Wydana w ten sposób antologia zgarnęła Eisnera.

A co z płcią piękniejszą?

Kobiety radzą sobie równie dobrze jak mężczyźni. Margaret Atwood, która od wielu lat jest jedną z kandydatek do literackiej Nagrody Nobla, tworzyła komiksy pod pseudonimem Bart Gerrard. Jej “Kanadian Kulture Komic” pojawiał się w piśmie “This Magazine”, a na swojej stronie internetowej umieszcza krótkie historie zebrane jako seria “BookTour Comix”.

W sumie, to ja nie potrafię rysować. – Margaret Atwood

Skoro już jesteśmy przy Nagrodzie Nobla, to warto wspomnieć o Doris Lessing. Laureatka tego wyróżnienia z 2007 roku ma na koncie przygodę z komiksem. Niezwykle utalentowana pisarka w 1995 roku została poproszona przez Davida Thorpe’a o napisanie scenariusza komiksu, który miał być częścią większej serii. Zamysł był taki, że w jej ramach mieli publikować pisarze. Nie tylko Lessing, ale i Kazuo Ishiguro, Angela Carter czy Ian Banks. Dla każdego z nich rysunku przygotowałby ktoś inny, jednak zawsze miała to być rysownicza sława. Wśród nazwisk wymieniano Lorenzo Mattottiego i Dave’a McKeana. Lessing propozycję przyjęła i napisała baśń. Jak się okazało była to jedyna historia, która ostatecznie trafiła do druku. Nie wiem czy “Playing the game” to komiks udany, ale na pewno osoba Lessing i artysty, Charliego Adlarda (“The Walking Dead”, “Savage”), są wystarczającą rekomendacją, aby po niego sięgnąć.

Ultimate Iron Man
Przy tym komiksie pracował Card/Fot. Marvel Comics

Tak jak po komiks “Wonder Woman: Love and Murder” autorstwa Jodi Picoult. Autorka bestsellerowych powieści na razie tylko raz zapuściła się w rejony zarezerwowane dla komiksu, ale od razu wzięła na tapet postać wyjątkową. DC Comics zwróciło się do niej z propozycją i jak sama twierdzi nie musiała się specjalnie długo zastanawiać. Tym bardziej, że miała konkretny plan na to, jak zaprezentować Dianę. Postać będącą czymś w rodzaju feministycznego symbolu, który jednak miał gigantyczny problem z rozwojem. Chodzi przede wszystkim o to, że według Picoult na każdy krok do przodu, w rozwoju tej postaci, przypadają dwa kroki do tyłu, co jest głównie spowodowane tym, że historie na jej temat opowiadają mężczyźni. Dlatego uznała, że jej Wonder Woman będzie inna od tego, co przez kilkadziesiąt lat serwowali faceci. I to jej się udało.

Możesz być najsilniejszą kobietą na świecie, bardzo pewną wielu aspektów swojego życia, ale zawsze znajdzie się szpara w twojej zbroi. Zawsze znajdzie się jedna sfera życia, w której będziesz się zastanawiać, czy robisz wszystko, co tylko możliwe. – Jodi Picoult

Dlatego też jej bohaterka jest z jednej strony potężna, a z drugiej też bardzo delikatna. Ma wątpliwości, uczucia, jest normalna. Dzięki temu też przestaje być tylko obiektem seksualnym. Gorącą laską w skąpym stroju.

Wonder Woman
Wspaniała kobieta/Fot. Strona oficjalna Jodi Picoult

Przykładów pisarzy, którzy flirtowali lub flirtują z komiksem jest więcej. Wystarczy wymienić takie nazwiska jak:

  • Dave Eggers,
  • Jonathan Lethem,
  • Marjorie Liu,
  • Chris Roberson.

Tworzą mniej lub bardziej popularne serie i są żywym dowodem na to, że pisarz może świetnie sprawdzić się w roli scenarzysty. Działa to też w drugą stronę, ale to temat na inną opowieść.

PS. Cytat dotyczący burdeli nie jest mój, to Terry Pratchett w “Na glinianych nogach” rzucił takie sformułowanie.

  • “Identity Crysis” to ogólnie jest fascynujący przypadek komiksu, który jest traktowany z nabożną czcią przez ludzi nie siedzących w komiksach na co dzień i/lub nie orientujących się w uniwersum DC i zjeżdżany z góry do dołu przez hardcorowych fanów uniwersum. Nie żeby sytuacja, w której fandom kręci na coś nosem była jakaś szczególnie rzadka, ale nie często spotykam się z takim oporem, który nie przypomina standardowego jęczenia zawodu, a zdecydowanie bardziej konstruktywną i wymierzoną w punkt krytykę. Głównie dlatego, że historia swego czasu “siedziała” w continuum (w new 52 chyba już nie, ale mogę się mylić), a powiedzmy że niezbyt dobrze oddawała charaktery postaci. I tak, teraz eufemizuję 😉

    • To ja jestem jakimś dziwnym przypadkiem, bo po prostu uważam, że ten komiks jest świetny. Fakt nie oddaje może idealnie charakterów postaci, ale nie mam w zwyczaju na siłę umieszczać komiksu w jakiejś większej całości. Szczególnie, gdy mówimy o historiach mimo wszystko zamkniętych. Mnie Meltzer kupił narracją, a fandomy mogą jęczeć, a nawet w tym wypadku krytykować 🙂 “Kryzysu” będę bronił jak niepodległości 🙂

      • Jeśli chodzi o “Identity Crysis” to ja uprawiam znienawidzony przeze mnie “prawdopośrodkizm”. Bo z jednej strony wcale nie uważam, by absolutnie każdy kto bierze na warsztat superbohaterów musiał zaraz być związany kanonem, kontinuum i siedmioma dekadami historii, a z drugiej strony to że wiele postaci w “Kryzysie” jest cholernie out of character naprawdę mnie boli, tym bardziej że moim zdaniem oni nie zachowują się w ten sposób by jakoś ubogacić ich charakter, albo pokazać ich z innej perspektywy, a tylko po to by fabuła mogła pójść do przodu. Czego nienawidzę, bo dla mnie to strasznie lamowaty styl pisania. Taka ze mnie hipokrytka 🙂

  • Tomek Kostrzewa

    Uważam, że warto wspomnieć o jeszcze jednym pisarzu: China Mieville. Jak dla mnie, jego “Dial H” to jedna z najlepszych rzeczy jakie dało nam New52.

    • Jak najbardziej masz rację. To jest dobry trop choć “Dial H” nie czytałem, więc nie odniosę się do jego jakości.

  • Nox

    “Powieść graficzna” to dość problematyczny termin. Swego czasu miałem podobne odczucie, jak przytoczone przez Ciebie we wstępie, ale koniec końców przekonałem się, że jest to dość dobre określenie pewnego rodzaju komiksów. Chodzi konkretnie o zamknięte, zaplanowane od początku do końca całości w przeciwieństwie do wiecznie otwartych seriali. Inna sprawa, że jest to pojęcie w dramatycznyms topniu nadużywane. Więcej na ten temat: http://www.youtube.com/watch?v=6RZV9YYiYso

  • Michał Makuch

    Od siebie zaproponuję jeszcze Mike’a Careya. Świetnie wpasowuje się w to towarzystwo jako twórca komiksów, który machnął przy okazji kilka powieści. Na pewno kojarzycie go z “Lucyfera”, jeśli jesteśmy już przy “Sandmanie”. A i dorzucił kilka groszy do “Hellblazera”. Ja jednak przede wszystkim cenię go sobie za fantastyczną serię kryminałów o egzorcyście Feliksie Castorze, utrzymanej w klimatach urban fantasy. Lektura obowiązkowa : )

    • To prawda, ale on nadaje się do drugiej grupy. Twórców komiksów, którzy zaczęli pisać książki. Powyżej masz literatów, którzy zaczęli od książek, a czasami bawią się w komiksy 🙂