Przybij piątkę komiksowi 2017

Rzadko biorę udział w łańcuszkach, linkach, sznurach czy innych lianach. Zostałem jednak wywołany do tablicy przez mojego serdecznego kolegę, Jakuba Wołosowskiego, który swoją piątkę komiksów umieścił na łamach Kzet.pl. Zbliżają się święta, więc w sumie nawet dobrze się składa. Będziecie mieli kilka pomysłów na prezent.

Oczywiście może się okazać, że nie. Wcale nie będzie to dobry pomysł na prezent. W sensie te pięć komiksów, które polecę przy okazji tego tekstu. Zostawmy jednak rozważania natury czysto teoretycznej i ruszajmy z piątką pozycji, które według założenia, jeżeli mają się pojawić na liście, to powinny zostać wydane w tym roku. Wybrałem. Pierwsze, które przyszły mi do głowy. A może drugie. Któż to tak naprawdę wie.

“Życie i czasy Sknerusa McKwacza” – Don Rosa (rysunki i scenariusz)

Polecałem ten komiks całkiem niedawno, bo przy okazji 14. części serii o komiksach, które powinniście przeczytać przed śmiercią. Zdania nie zmieniam. To po prostu bardzo mądra opowieść. O takich prozaicznych rzeczach jak przyjaźń, miłość czy spełnianie marzeń. Klasyka kaczego jazzu. Rzecz w tym, że mało kto tak pięknie o nich opowiada. Gdzieś tam w sieci są ludzie, którzy piszą teksty i nagrywają filmy pełne komunałów. W opozycji do nich pojawia się on. Don Rosa. I mówi o tym o czym tak wielu chciałoby powiedzieć, ale nie potrafią zrobić tego tak pięknie i mądrze jak Rosa. Pozycja do czytania z dziećmi i dorosłymi. Wielokrotnego.

2.”Hellboy” – Mike Mignola (rysunki), John Byrne (scenariusz)

Egmont postanowił przypomnieć nam postać najbardziej ludzkiego z diabłów i najbardziej diabelskiego z ludzi. I bardzo dobrze, bo historie z wysłannikiem piekieł nadal się bronią. Nadal jest to po prostu rewelacyjny pulpowy tytuł. Nadający się do tego, aby do niego wracać. Tym bardziej, że Mignola przez lata zbudował całe uniwersum kręcące się wokół postaci, którą w sumie wymyślił na poczekaniu. Jak twierdzi, przy okazji pierwszego szkicu nie myślał o tym, żeby stworzyć postać. Chciał stworzyć potwora. Ostatecznie jego pomysł zaczął żyć własnym życiem. Tak jak nie lubię używać określenia kultowy, tak tutaj muszę napisać, że Hellboy powoli staje się dziełem kultowym. Dlatego teraz jest dobra pora na to, aby przekonać się dlaczego.

3. “Top 10” – Alan Moore (scenariusz), Gene Ha i Zander Cannon (rysunki)

Czekałem na tę premierę, bo myśląc o jego twórcy z reguły pojawiają się w głowie te same tytułu. “Top 10” być może od czasu do czasu też się pojawi, ale nie tak często jak “Strażnicy” czy “V jak Vendetta”. Tymczasem to komiks interesujący. Udany. Zabawny. Tym razem Moore zabiera czytelników w podróż, której bohaterami są superbohaterowie, ale mimo wszystko nie tacy o jakich w tej chwili pomyśleliście. Ten tytuł to połączenie dramatu policyjnego z komiksem superbohaterskim. Jest tu miejsce i na sporą ilość humoru, i na odrobinę poważniejszych refleksji, a nawet autoironię. Oklepany schemat został ubrany w takie ilości absurdu, że przez moment możemy zapomnieć o tym, że stoi za tym komiksem ten sam cyniczny autor, który skutecznie wpychał nam do gardła historie dekonstruujące mit dzielnych herosów w kusych wdziankach. Warto poznać, bo “Top 10” to przednia zabawa.

4. “Wiedźmy” – Scott Snyder (scenariusz), Jock (rysunki)

To może nie jest pozycja wybitna, ale postanowiłem wybrać coś jeszcze dla fanów grozy, oprócz wspominanego powyżej “Hellboy’a”. Padło na “Wiedźmy”, które w końcu ukazały się na polskim rynku za sprawą Mucha Comics. Snyder mierzy się z gatunkiem, który bardzo dobrze zna, bo wystarczy wspomnieć serię “Amerykański wampir”, w której starał się pokazać, że wampiry naprawdę nie są święcącymi pod wpływem słońca kochasiami. Tutaj wraz z Jockiem buduje nastrój grozy poprzez oszczędne dawkowanie nam informacji i surowe plansze. Całość dopełniają fenomenalnie dobrane kolory. Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że kolorystyka to najmocniejsza strona tego komiksu. Nic dziwnego, gdy okazuje się, że odpowiada za nią prawdziwy fachowiec w osobie Matta Hollingswortha. Pod względem klimatu blisko temu tytułowi na przykład do “Miasteczka Salem” Stephena Kinga. Zresztą obaj autorzy znają się i cenią, a Snyder nie kryje inspiracji mistrzem literackiego horroru. Gdyby jeszcze podobnie jak King lepiej dobierał wątki swoich historii – na przykład wiedział, co chce zamknąć, a co chce kontynuować jeszcze za nim nas nimi uraczył – to byłoby idealnie. Niemniej jednak jest to pozycja warta uwagi. Choćby przez wzgląd na warstwę wizualną.

5. “Uncanny X-Force” – Rick Remender (scenariusz), Rafael Albuquerque, Leonardo Manco, Jerome Opena, Esad T. Ribic (rysunki)

Ostatnią propozycją będzie bardzo dobre kino akcji klasy B z mutantami w roli głównej. Moja słabość do X-Men wygrała i choć wstępnie chciałem umieścić tu jakiś komiks o cierpieniu młodego liternika lub przygodach zespołu wykonującego bałkański balet uznałem, że wrzucę to. Głównie dlatego, że “Uncanny X-Force” to zabawa w stanie czystym. Bo jak inaczej można powiedzieć o historii zadań specjalnych, do których delegowany zostaje zespół w składzie:

  • Wolverine,
  • Deadpool,
  • Archangel,
  • Psylocke,
  • Fantomex.

Zespół, który podejmuje się tym operacji, których nie chcą podjąć się inni. Z różnych powodów. Najczęściej natury moralnej. Nie potrafię do końca wyjaśnić tego jak, ale Remenderowi udało się wciągnąć mnie od pierwszej strony. Jednocześnie bohaterowie, których być może znacie nie są do końca tacy, jakimi ich znacie. Na przykład Deadpool nie pełni tutaj roli śmiesznego przerywnika – to znaczy jest zabawny, ale w sposób, który pasuje do całości. Nie będę opowiadać całości, bo to bez sensu, ale jeżeli chodzi o komiks zbudowany głównie na akcji, z jej zwrotami, a czasami i głupotami wynikającymi z tych zwrotów, to “Uncanny X-Force” jest klasą samą dla siebie.

I to by było na tyle. Good night and good luck.

Total
21
Shares
  • Ja ostatnio zabrałam się za Flasha, teoria wieloświatów i podróży w czasie jest fascynująca – nawet przestawiona w komiksowy sposób.