“Starlight” – Flash Gordon na emeryturze

Mark Millar to scenarzysta, który cieszy się sporym wzięciem w Hollywood. Na ekran trafiły takie tytuły jak “Kingsman”, “Wanted” i “Kick-Ass”, a wkrótce zobaczycie “Captain America: Civil War”, który nawiązuje do wydarzeń, za które odpowiadał od strony scenariusza. Do kin trafi też “Starlight”, czyli komiks, który gdyby się uprzeć, to można by go nazwać hołdem złożonym jednej z ulubionych postaci Millara, czyli Flashowi Gordonowi. Rzecz w tym, że to nie Millar wymyślił “Starlight”. On tu tylko pisze.

Niepotrzebne efekciarstwo

Dlaczego w takim razie rozpoczynam tekst od wspomnienia o Millarze, a nie Goranie Parlovie, który jest pomysłodawcą tego składającego się z sześciu numerów komiksu? Bo zastosowałem sztuczkę, którą stoją osoby odpowiadające za marketing filmów. Wspomniałem o osobie, która jest najbardziej znana, bo Millara większość z Was kojarzy, a czy kojarzycie Gorana Parlova? Pewnie nie, a szkoda, bo ten pochodzący z Chorwacji artysta jest jednym z najciekawszych rysowników, którzy może nie tworzą hurtowo, ale jak już rysują, to ich dzieła zawsze mają to “coś”. Razem z Markiem przygotował na potrzeby Image Comics historię o Duke’u McQueenie. Zwykłym facecie z przedmieść wielkiego miasta w USA o aparycji byłego futbolisty lub żołnierza, który cieszy się emeryturą o boku żony. Dodajmy, że jest ona jedyną osobą, która wierzy w historię Duke’a z jego młodości. Historię, według której młody, przystojny i zaradny mężczyzna miał obalić tyrana na odległej planecie i stać się legendą. Historię, w którą nikt nie wierzy. Do czasu.

Starlight - komiks
“Starlight” Mark Millar Goran Parlova/Image Comics

Komiks Parlova i Millara w zamyśle oferuje nam wariację na temat bohatera w typie Johna Cartera, który po latach wraca na uratowaną przez siebie planetę. Punktów wspólnych z postacią stworzoną przez Edgara Rice’a Burroughsa ma sporo, podobnie jak z Flashem Gordonem, który z kolei też czerpał z opowieści o Amerykaninie na Marsie. Pytaniem, które długo pozostawało bez odpowiedzi było to, czy Millar podoła ciężarowi opowieści. Bo musicie wiedzieć, że choć bardzo lubię Millara jako scenarzystę, to przy okazji bardzo nie podoba mi się jego silenie się na efekciarstwo. Tanie prowokacje, próby pokazania, że teraz będzie naprawdę kontrowersyjnie. Jest nierówny i tak jak zdarzają mu się świetne historie, w których to historia jest najważniejsza (na przykład “Old Man Logan”), tak zdarzają mu się komiksy, w których wygrywa wspomniane efekciarstwo, potrzeba zaszokowania czytelnika. Dobrze ujął to John Parker z “Comics Alliance”, który stwierdził, że Millar to ten typ scenarzysty, który na spotkaniu z wydawcą mówi coś takiego:

Wyobraźcie sobie bohatera takiego jak Batman… i teraz wyobraźcie sobie, że jest pedofilem!

Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. Millar często zamiast opowiadać historię stosuje takie chwyty. Na szczęście w “Starlight” jest inaczej. Być może duża w tym zasługa Parlova, a może po prostu mieliśmy szczęście i Millar stwierdził, że tym razem nie sięgnie po swoje standardowe zagrania. To znaczy one w tym komiksie są, ale nie są najważniejsze. Co w takim razie jest?

Starość i nowa nadzieja

“Starlight” to historia czerpiąca pełnymi garściami ze space oper i kina science fiction lat 40. i 50. Jest bardzo retro i to na pewno jego największa zaleta. W końcu bohaterem jest amerykański pilot, który po kilkudziesięciu latach wraca na planetę, którą porzucił po tym, jak wyrwał jej lud z rąk ciężącego go tyrana. Jest już stary, trochę zgorzkniały – w końcu nikt mu nie wierzy, a na domiar złego traci jedyną osobę, która go wspierała – i nie bardzo widzi się w roli wybawcy świata. Na pewno nie w momencie, gdy dokucza mu prostata, a bujny ciemny włos zastąpiła siwizna. W tym miejscu dochodzimy do pierwszego ważnego elementu “Starlight” – starości. Główny bohater podkreśla swój wiek na każdym kroku i z początku nie wierzy w swoją przydatność. W to, że może jeszcze coś znaczyć i być dla kogoś wybawieniem. Tym samym poruszony zostaje problem, który czeka każdego z nas. Mimo, że wydarzenia w komiksie to fantastyka, to nie da się uciec od tego, że każdy z nas kiedyś będzie stary. Każdy z nas zwątpi przynajmniej raz w to, że jest jeszcze potrzebny. Tu nie ma dylematu na temat tego, czy dam sobie radę bez swoich drogich gadżetów. Zamiast tego jest proste pytanie:

Czy dam radę?

Śmierć żony – wybaczcie delikatny spoiler, ale to jest wydarzenie z samego początku komiksu, o którym wiedza już teraz nie zepsuje Wam zabawy – to z kolei pretekst do tego, aby pochylić się nad tematem tego, jak traktujemy śmierć i jak radzimy sobie po stracie kogoś bliskiego. Być może w tym momencie dorabiam ideologię tam, gdzie nie jest to potrzebne, ale naprawdę czuję, że “Starlight” to nie tylko komiks o emerytowanym wybawicielu obcych planet, a przede wszystkim próba pokazania pewnego archetypu herosa z innej strony. Tej trochę bardziej ludzkiej. Duke bierze na swoje barki raz jeszcze losy obcego świata, ale przy okazji traktuje swoją rolę inaczej niż, gdy przeżywał największą przygodę swojego życia za młodu. To ciekawe doświadczenie patrzeć na herosa dojrzałego, potrafiącego czerpać z doświadczenia, którego brakuje młokosowi.

Starlight
“Starlight” Mark Millar Goran Parlova/Image Comics

Przy okazji Duke daje się lubić. Jest interesujący, zabawny i potrafi sobie radzić. Millar opowiada jego historię z niesamowitą lekkością i radością. Mam pewne podejrzenie, że w pewnym sensie niesiony jest przez swoje zamiłowanie do bohaterów takich jak Flash Gordon czy Buck Rogers. Wspomaga go w tym Parlov. Jego kreska świetnie oddaje unoszący się nad całą opowieścią klimat retro. Choć styl Parlova jest mocno komiksowy, to jest przy tym elegancki i to w taki bardzo niewymuszony sposób.

Do gwiazd i z powrotem

Przez sześć tomów “Starlight” przemknąłem w jeden wieczór. To zdecydowanie jedna z najlepszych limitowanych serii, jakie czytałem. Pewnie nie każdemu przypadnie do gustu to trochę kiczowate science fiction, ale przynajmniej dajcie mu szansę. Fabularnie nie oczekujcie cudów, bo ich tu nie ma. Nie ma szalonych twistów, bohaterów, którzy zdefiniują popkulturę na kolejne dziesięciolecia. To po prostu dobrze opowiedziana historia o drugiej szansie i o tym, że bardziej niż to, co było liczy się to, co będzie. Polecam, bo jest w tym jakaś piękna nostalgia, która potrafi zagrać na tych strunach człowieka, które budzą się, gdy w pobliżu miauczy mały kotek. Mnie ruszyło, ale ja płaczę na filmach, więc pewnie nie jestem normalny.

  • Zgadzam się z tym tekstem w 100%. Dla mnie Starlight to ścisła czołówka wydanych komiksów w zeszłym roku, o czym pisałem u siebie na stronie przy okazji ukazania się każdego kolejnego zeszytu. Opowieść świetnie nadająca się do wydania na polskim rynku. Wspaniała, krótka, zamknięta historia.

  • Marek

    “Millar często przedkłada opowiadanie historii nad takie chwyty Na szczęście w „Starlight” jest inaczej.” Zmień proszę to zdanie bo wychodzi na to że historia jest kiepska ale za to pełna tanich chwytów.