Tak hartowała się stal, czyli historia TM-Semic

Od czegoś trzeba zacząć. W ogóle trzeba zacząć. Jeżeli chcesz napisać tekst, na przykład o historii TM-Semic, musisz zacząć go pisać. Wcześniej robiąc tzw. “risercz”. Logiczne. Komiksy superbohaterskie też muszą się gdzieś zacząć. Muszą mieć swój początek. Ten polski początek to nic innego, jak wspomniane TM-Semic. Wydawnictwo, którego sukces w pewnym stopniu teraz napędza drugą falę na rynku polskim, szybko stało się jednym z największych wydawców nad Wisłą. A było to moi drodzy tak.

Co by tu zrobić, aby zarobić?

W niektórych tekstach wspominałem, że komiksy zacząłem czytać w podstawówce. W szkole miałem kolegę. Macieja. Maciej nieźle rysował i niewiele mówił. Czytał też komiksy. Nie pamiętam skąd brał na to wszystko pieniądze, ale własnych miał naprawdę sporo. Tych, których nie miał, pożyczał od innych. W ogóle sporo sobie w przeszłości pożyczaliśmy. Muzykę, książki, komiksy, gry. To dzięki Maciejowi i pożyczaniu udało mi się zobaczyć pierwszy polski numer Spider-Mana, przeżyć śmierć Supermana czy ukrywać komiksy przed rodzicami, bo Lobo chyba nie spotkałby się z ich akceptacją. Jednak Maciej był tylko dostawcą. Dilerem. Kolegą, którą nie miał problemu, aby dzielić się tym, co ma. Prawdziwą gwiazdą, która tak naprawdę rozwinęła we mnie pasję, stało się TM-Semic.

Pomysł komiksów narodził się w niedzielne przedpołudnie przy śniadaniu u mnie w domu. Było nas trzech: Waldemar Tevnell, Amine Mourou i ja. Ktoś w trakcie burzy mózgów krzyknął: KOMIKSY. Waldek pobiegł do pokoju mojego syna Michała i wrócił ze stertą szwedzkich komiksów. Szukaliśmy w stopce wydawcy. Był nim Semic Press AB, wchodzący w skład imperium rodziny Bonnier.

Przytoczona anegdotka to wspomnienia jednego z założycieli TM-Semic, Stanisława Dudzika, który opisał początki wydawnictwa w interesującym tekście na łamach Magazynu Miłośników Komiksu. Po kilku telefonach udało się ustalić z kim powinni rozmawiać, jeżeli chcą wydawać komiksy w Polsce. Trafili do Torstena Larssona i Ollego Lönna. Dyrektorzy Semic Press AB podchwycili pomysł widząc zaangażowanie swoich rozmówców, którzy chcieli zaczynać jak najszybciej. Po zdeponowaniu u nowego partnera czeku za gwarancją bankową na około 300 tysięcy dolarów rozpoczęła się budowa redakcji, która wkrótce miała sprawić, że wyobraźnia dzieciaków w Polsce zostanie rozpalona do czerwoności.

Spider-Man
Taką okładką przywitał się z Polakami Spider-Man

Dudzik i Waldemar Tevnell rejestrują spółkę o nazwie TM-System Supergruppen Codem. I to właśnie ona kupuje reklamę w piśmie, które od latbyło niezwykle ważne dla miłośników komiksów w Polsce. W “Świecie Młodych”. To tam w 1990 roku można zobaczyć reklamę, która nie pozostawiała złudzeń o co chodzi. Zapowiadała bowiem amerykańskie komiksy po polsku. Na pierwszy rzut TM-Semic wybrało “Spider-Mana” i “Punishera”. Ten drugi uzupełniony został przez “Shadowmastera”, aby wypełnić miejsce w wydaniu. Ciekawostką jest fakt, że komiksów nie drukowano w kraju. Trafiały do Polski z Finlandii. Dystrybucją zajął się Ruch i to właśnie tam szukałem kolejnych numerów. Tuż po debiucie okazało się, że pomysł był strzałem w dziesiątkę. Sam “Spider-Man” rozszedł się w nakładzie prawie 100 tysięcy egzemplarzy. Aktualnie liczba niewyobrażalna dla jednego komiksu, wtedy jak się okazuje nie była niczym niezwykłym. Sukces był tym większy, że TM-Semic za kilkudziesięciostronicowy zeszyt kazało sobie płacić 9,5 tysiąca złotych. Prawie 10 tysięcy dla dzieciaka z podstawówki było wtedy kupą forsy. Choć przy okazji nie było barierą, która mogłaby ubić biznes już na starcie. Sukces pierwszych numerów był impulsem, aby poszerzyć ofertę.

Bądź Batmanem

Słowo klucz na dzisiaj, to dywersyfikacja. Jeżeli chcecie się rozwijać powinniście dywersyfikować źródła swoich dochodów. Szefowie TM-Semic to wiedzieli i tym samym rozszerzyli ofertę o tytuły dla młodszych czytelników czego przykładem może być “Różowa Pantera”. Sprawcy sukcesu pierwszych wydanych po polsku numerów komiksów Marvela otrzymali ikony z konkurencyjnego wydawnictwa. Znowu los zdawał się im sprzyjać, bo zainteresowanie jedną i drugą postacią rosło. Pomagały w tym filmy. W 1990 roku pierwszy raz na antenie TVP wyemitowano “Supermana”, którego seans dla wielu młodych – choć pewnie i dla starszych wychowanych w komunie też – był sporym wydarzeniem. Czekali też na “Batmana” Burtona, ale nim ten pojawił się w telewizji trochę wody w Wiśle musiało upłynąć. Wspominam o tym filmie celowo, bo choć nie był on ogólnie dostępny w wersji “ruchomej” to jego komiksowa adaptacja była pierwszym komiksem z Batmanem wydanym przez TM-Semic. Zresztą w tym miejscu warto zaznaczyć, że superbohaterowie pojawiali się w Polsce jeszcze przed TM-Semic. Na przykład w pod koniec lat 80. XX wieku czytelnicy w Polsce mogli zapoznać się z postacią Supermana.

W drugim, lipcowym wydaniu Spidermana doszło do małej wpadki. Przed drukiem zadzwonili z Finlandii, że brakuje jednego rysunku. Układu mieszkania Człowieka Pająka. Od linijki zrobiłem plan mieszkania i przesłałem do drukarni. Na zakończenie przygód Spidermana z lipca 1990 roku znajdziecie tekst: A tak wygląda plan mieszkania – pozdrawiam SD (Stanisław Dudzik) Była to moja jedyna artystyczna ingerencja w światowej historii komiksów.

W tamtym czasie większość z tego, co TM-Semic wydaje okazuje się hitem. Wydawnictwo stopniowo rozpycha się na rynku coraz bardziej. Choć powinniśmy się umówić, że to nie tyle była walka o miejsce, co szybka ekspansja i zajęcie fotela lidera. Zadanie było łatwiejsze niż można się spodziewać, bo wydawcy, którzy na rynku funkcjonowali dłużej niż TM-Semic nie wyglądali, jakby zdawali sobie sprawę z tego, co się dzieje. Być może nie doceniali nomen omen mocy superbohaterów. Oczywiście wydawnictwo nie powtórzyło już nigdy sukcesu pierwszego numeru przygód “Człowieka Pająka”, ale i tak nie było powodów do narzekania. Tym bardziej, że oferta wydawnicza miała stopniowo się poszerzać.

TM-Semic
Pozostałość mojej skromnej kolekcji

Za stronę edytorską odpowiadała regularna redakcja, której przewodził Marcin Rustecki. Jednak mi i pewnie wielu moim koleżankom i kolegom najbardziej w pamięć wrył się Arkadiusz Wróblewski. Arek stał się dla nas tym, czym Stan Lee był dla czytających komiksy w USA. Odpowiadał bowiem za kontakty z fanami i prowadził legendarne już strony klubowe, które pojawiały się w kolejnych numerach. Dla kogoś takiego jak ja to było główne źródło informacji o komiksach i innych fanach. Świadomość, że ktoś odpowiada na listy fanów, interesuje się ich zdaniem na różne tematy był nie do przecenienia. Sam wysłałem jeden list do redakcji TM-Semic. Prezentowałem się w nim jako wielki fan komiksów i oczywiście nie omieszkałem poprosić o jakieś darmowe komiksy, bo wiecie, w domu się nie przelewa, Venom zjadł mi kanarka, a życie jest szare, bure i w ogóle do dupy.

Dzisiaj redakcje tworzą osobne skrzynki e-mailowe, gdzie czytelnicy ślą swoje uwagi, a my musieliśmy otwierać każdy list ręcznie i czytać go od deski do deski. Przez pierwsze lata dosłownie tonęliśmy w korespondencji. Czytelnicy dorastali razem ze mną i redakcją, więc naturalnie z czasem listów było coraz mniej. Koniec lat 90. to świt internetu. Rozmowy na temat moralności Punishera przeniosły się na fora dyskusyjne, które zaczęły tętnić własnym, nieuzależnionym od stron klubowych życiem. Nikt nie myślał wtedy o pisaniu tradycyjnych listów. – Arek Wróblewski w wywiadzie dla VICE

Wróćmy jednak do samego wydawnictwa, które postanowiło kuć żelazo póki plastyczne. W 1992 roku na salony polskich kiosków Ruchu wjeżdżają przede wszystkim takie tytuły jak:

  • “G.I. Joe” – długo nie miałem pojęcia o tym, że zepsuta zachodnia korporacyjna maszyna wymyśliła je po to, aby napędzać sprzedaż zabawek. Zawsze “byłem” Snake Eyes, więc wiecie.
  • “Transformers” – to za sprawą komiksów oraz świetnej animacji z lat 80. w ogóle zainteresowałem się tym uniwersum. Oczywiście po lekturze i seansach filmu wierciłem rodzicom dziurę w brzuchu, aby kupili mi jakiegoś robota.
  • “X-Men” – co ciekawe, to nie “X-Men” byli najchętniej kupowanym tytułem po debiucie, a właśnie wspomniane powyżej “G.I. Joe”.

Jak słusznie zauważa w swoim tekście Przemysław Mazur TM-Semic starało się reagować na to, co dzieje się wokół nich. Jeżeli np. w telewizji emitowano przygody Wojowniczych Żółwi Ninja, to wraz z nimi pojawiały się komiksy. Wszystko, aby wykorzystać popularność postaci. W czasach real time marketingu to normalne, ale wtedy na formującym się wolnym rynku było innowacyjne. Nawet, jeżeli ich reakcji nie można sprowadzić do słów real time. Żeby nie było tak kolorowo, to nie wszystkie decyzje podejmowane przez wydawnictwo były trafne. Mimo wszystko rynek choć chłonny miał swoje granice i szybko okazało się, że nie da się sprzedać wszystkiego. Jednym z czynników była zasobność portfeli czytelników. Tak jak pisałem prawie 10 tysięcy złotych za komiks to spora kwota, a jak się kupić ich kilka w miesiącu – a taki był cykl wydawniczy najpopularniejszych tytułów – to rodził się problem, co wybrać. O ile “X-Men” byli w zasadzie samograjem, o tyle takie tytuły jak “Fantom” czy “Tarzan” tak szybko jak się pojawiły, tak szybko z rynku zniknęły.

TM-Semic
Jakość papieru nie była najlepsza, ale historia to już czyste złoto

Na bogatości. Do czasu

Nawet te drobne niepowodzenia nie spowolniły działań wydawnictwa. Wpuszczano kolejne tytuły. Niektóre jak “War Zone” Punishera to jedne z najlepiej wspominanych komiksów lat 90. XX wieku w Polsce. Nieśmiało przyznam się, że jak pierwszy raz czytałem ten tytuł to zastanawiałem się, dlaczego on do cholery jest czarno-biały. Oprócz wcześniej wydawanych serii pojawiły się też Mega Marvele. To tam mogliśmy przeczytać np. kultowe już “Torment”  Todda McFarlane’a, które zresztą ciągle mam w prywatnej kolekcji czy “Weapon X”. Swoją drogą ten drugi komiks wywołał we mnie szok swoją brutalnością i dosłownością. Pamiętam jak nie mogłem się powstrzymać i przeglądałem go pod biurkiem na jednej z lekcji.

Wszystko szło dobrze, ale wszystko, co dobre musi się kiedyś skończyć. Do 1995 roku sprzedaż i recepcja kolejnych tytułów były zadowalające. Jednak później problemy rynku amerykańskiego zaczęły się przenosić i na rynek polski. Choć brzmi to dziwnie, to tak jak amerykańscy czytelnicy zaczęli powoli tracić zainteresowanie komiksami “ery extreme” tak tracili ją też ci polscy. Marvel i DC Comics zaczynali “faszerować” odbiorców kolejnymi wielopoziomowymi, ciągnącymi się w nieskończoność, seriami. Wszystko dopakowane zostało przez wydarzenia, które na zawsze zmieniały uniwersa. Jak choćby starcie Supermana z Doomsday’em. Kryzys superbohaterów musiał odbić się na TM-Semic, bo wydawnictwo nie miało własnego fundamentu. Sukces zbudowało na tytułach z USA zapominając o tym, że mimo wszystko dobrze by było uniezależnić się od nich. Przynajmniej na tyle, aby na kryzys zareagować łagodniej.

Z Polski państwo Lee mieli lecieć do Londynu. Ale wizyta u Magdy Gessler pokrzyżowała wszystkie te plany. Zjedliśmy wspaniałą kolację. Magda poprosiła Stana o wpis do „Księgi Gości” mnie zaś wpadł do głowy pomysł poczęstowania gości naszą łącką śliwowicą. Bardzo im smakowała. Wypiliśmy dużo. – Stanisław Dudzik o wizycie Stana Lee w Polsce

Być może tego nie zauważyli, bo choć widać było spadek zainteresowania, to jednocześnie udawało się wprowadzać na rynek kolejne tytuły jak choćby “X-Files” czy “Spawna”. Ich odbiór był ciepły i mógł zniekształcać rzeczywistość, która wcale nie malowała się różowo. Zabiegi mające na celu poprawienie sytuacji były różne. Na przykład w ich wyniku Superman i Batman musieli dzielić kolejne numery pod szyldem magazynu “Batmana & Superman”. Jednak bez względu na to, co TM-Semic zrobiło gdzieś na horyzoncie majaczyły coraz większe problemy. Ratowano się poszukiwaniami nowych “koni pociągowych”, ale żaden z wprowadzonych tytułów nie zbliżył się nawet do wyników generowanych przez “Spider-Mana” czy “X-Men”. Nie pomógł Spawn, Tomb Raider ani kurde bele Lobo. Koniec był bliski.

Komiks TM-Semic
Tył okładki jednego z numerów

Nie idź w kierunku światła

Po tym, jak świata nie zniszczyła pluskwa milenijna pewne wielu mieszkańców naszej planety postanowiło coś zmienić w swoim życiu. Wielu się nie udało, ale TM-Semic się zmieniło. Nie od razu. Potrzebowali dwóch lat, aby wykonać ostatnią woltę w swojej karierze. Od 2002 roku zaczęli funkcjonować na rynku jako Fun Media. Szefowie wiedzieli, że sama zmiana nazwy nie wystarczy. Musiało za tym iść coś jeszcze. Tym czymś była wysoka jakość wydań i przemyślany dobór tytułów. Z początku wydawało się, że to się może udać. Niestety 2002 to nie 1990 rok. Rynek się zmienił. Powoli zaczęła pojawiać się konkurencja, a zapotrzebowanie na tytuły superbohaterskie nie było na tyle silne, aby utrzymać przy życiu wydawnictwo. Fun Media przestało istnieć w 2003 roku. Wraz z nim skończyła się pewna epoka.

Jestem niepoprawnym optymistą i nigdy nie sądziłem, że pomysł na zeszyty komiksowe mógłby się wypalić. Wierzyłem w każdy tytuł i siłę narracji bardziej niż zmniejszające się nakłady i kulejącą sprzedaż. Do ostatniej chwili, pracując nad JLA: Ziemia 2, który notabene okazał się naszym łabędzim śpiewem, po głowie krążyło mi tysiące pomysłów, w jaki sposób moglibyśmy odbudować dawną świetność komiksu amerykańskiego w formie zeszytowej. – Arek Wróblewski w wywiadzie dla VICE

Powyższa historia to oczywiście nie wszystko, co można napisać o wydawnictwie, które mimo sukcesu popełniło też sporo błędów. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie oni wychowali pokolenie fanów, którzy teraz napędzają kwitnący w Polsce rynek. Choć komiksy nie sprzedają się już w nakładach pierwszego “Spider-Mana”, to liczba wydań rośnie. Tego nikt TM-Semic nie odbierze. Wpływu na naszą wyobraźnię.

Jeżeli chcecie przeczytać więcej i być może mądrzej na temat historii wydawnictwa, to polecam przede wszystkim dwa linkowane w treści teksty:

– “TM-Semic: Historia w dziewięciuset komiksach zawarta”

– “Historia TM-Semic

Oprócz tego jest też książka Łukasza Kowalczuka “TM-Semic. Największe wydawnictwo komiksowe lat dziewięćdziesiątych w Polsce” wydana przez poznańską Centralę.

O TM-Semic wypowiadali się też YouTuberzy tu macie z dwa przykłady. Od NRGeeka:

I coś od Spoiler Included:

Total
56
Shares
  • Pies Ogrodnika

    Ceny w porównaniu do obecnych były do przełknięcia. Za kieszonkowe 10-12 latka kupowało się z 2-3 komiksy w miesiącu. Grube czarno białe wydania Punishera były rewelacyjne, ale czytało się wszystko. Świetny tekst, dzięki za przypomnienie mi tego okresu młodości. Piękne czasy.

    • Ja niestety nie miałem komfortu w postaci regularnego kieszonkowego. Mało tego, mieszkając na wsi nie wszystkie numery łatwo było zdobyć, ale jakoś sobie radziłem 🙂 Cieszę się, że tekst ci się podobał 🙂

  • Wojtek Zaręba

    Mnie za kieszonkowe stać było na 2 komiksy. Długo byli to Spider-Man i Punisher.

    • U mnie był maks jeden w miesiącu, ale i tak większość pożyczałem 🙂

  • Wojtek Zaręba

    Pamiętam, że wydali też magazyn z plakatami. Cały pokój miałem nimi wyklejony 🙂

  • rob

    ja wtedy poczytałem naście komiksów przeważnie w empiku i całkiem sporo było w bibliotece :))

  • kanis

    Ja mam do dzis parę zeszytów Muminków, jeden Tarzana, Conana oraz po kilka Batmanów i Supermanów.