Nigdy nie lekceważ kobiety

Wbrew tytułowi nie będzie to tekst o feministycznym zacięciu. No może trochę będzie. Jak wiecie, albo i nie, czerpię niesłychaną wręcz przyjemność z pisania na temat tych wytworów popkultury, w których rządzą kobiety. Nieważne, czy mówimy o filmie, książkach czy komiksie. Wszystkim należy się jeszcze więcej bohaterek pokroju Ellen Ripley czy Kamali Khan. Szczególnie, jeżeli owe panie będą nie przebierającymi w środkach tajnymi agentkami. Z tego założenia wyszedł Ed Brubaker, który postanowił stworzyć swoją wersję Jamesa Bonda. Choć wzbraniałem się z wykorzystaniem tego porównania, to po prostu jest silniejsze ode mnie. W “Velvet” wszystko wygląda jakby ktoś na karty komiksów przeniósł z miks przygód Tajnego Agenta Jej Królewskiej Mości z tymi znanymi z “No One Lives Forever”, w których gracze mogli kierować losami agentki Cate Archer. A skoro o agentkach mowa, to przed Wami…

Velvet Templeton

Każda praca na dłuższą metę męczy. Nawet ciągłe imprezy, picie hektolitrów martini – koniecznie wstrząśniętego, ale nie zmieszanego – i skoki ze spadochronem. W sumie to bez spadochronu, bo ten jest przymocowany do samochodu, który wypada z samolotu, który płonie, a wcześniej pilot tego samolotu zszedł był z tego padołu łez w gwałtownych okolicznościach. Velvet Templeton, która pracuje jako asystentka szefa jednej z tajnych agencji wywiadowczych (ARC-7), też jest zmęczona i ma prawo być zważywszy na jej przeszłość. Agencja, w której pracuje jest tak tajna, że nawet inne agencje o niej nie wiedzą – nie wiem, co jeszcze można wymyślić, ale tak tajna agencja, że praktycznie nie istnieje niezwykle mnie w przypadku “Velvet” rozczuliła, a było to dość trudne biorąc pod uwagę warunki w jakich czytałem komiks.

Oczywiście nie ma dobrej opowieści szpiegowskiej bez problemów, które spadają na naszą tajną organizację, która jest tajna, bardzo tajna, ale nie tak tajna, aby inni o niej nie wiedzieli i nie chcieli jej zaszkodzić. I faktycznie ci inni się znajdują, a jak już się znajdują, to trup zaczyna się słać gęsto i nie ma wyjścia, Velvet musi coś z tym fantem zrobić. I tak, zgadliście, robi. Bierze sprawy w swoje ręce, co nie wszystkim jej współpracownikom się spodoba, ale o to w tym wszystkim chodzi. O akcję, intrygę, odrobinę seksu, masę trupów, szybkie samochody i klimat retro. W zasadzie w tym jednym zdaniu podsumowałem “Velvet” choć warto by do tego dodać, że komiks Eda Brubakera, Steve’a Eptinga i Elizabeth Breitweiser ma jakość najlepszych opowiadań o Bondzie, więc fani powieści Iana Fleminga powinni czuć się jak w domu.

Stereotypy

Najprościej mówiąc “Velvet” to opowieść szpiegowska o szpiegu, którego praktycznie nikt się nie spodziewa. Szpiegu, który nie chce wracać do swoich starych nawyków, ale ze względu na to, co się wokół niego dzieje uznaje, że nie ma wyjścia. Musi działać. Teoretycznie Brubaker swój scenariusz skleił z klisz, bo umówmy się, ale historia Velvet nie zaskakuje, gdy rozłożymy ją na czynniki pierwsze. Co nie powinno dziwić, bo nawet zupa pomidorowa może mieć ten problem, gdy ktoś spróbuje ją na wspomniane czynniki rozkładać. Nawet wyjściowy koncept nie jest niczym specjalnie odkrywczym. Brubaker wpadł bowiem na to, że asystentka będzie tajnym agentem ponad dziesięć lat temu. Podobno oglądał jeden z odcinków serialu “The Sandbaggers”, w którym szef MI6 szukał nowej sekretarki. Wtedy tknęło go, że w sumie nikt nie zwraca na nie uwagi. Sekretarki są w powieściach szpiegowskich, ale nic więcej się z nimi nie dzieje. No może poza Moneypenny, ale ona ciągle tkwi w okowach swojego starego wizerunku, czyli ładnej pani, z którą flirtuje Bond.

Przez pryzmat rozmowy kwalifikacyjnej zdajesz sobie sprawę z tego, jak wykwalifikowane muszą być osoby, które są prawą ręką tego, kto kieruje agencją. Muszą wiedzieć wszystko, co oni i odsiać rzeczy, które nie są ważne. Kończą jako jedne z najlepiej poinformowanych i ważnych osób w agencji, a i tak reszta postrzega ich jak sekretarkę Dona Drapera.

Jak widzicie postanowił spróbować innego podejścia i tak sekretarka faktycznie okazuje się być czymś więcej. Nie godził się bowiem z tym, aby w powieściach szpiegowskich kobieta ciągle była traktowana stereotypowo. Jako obiekt seksualny lub zwykła biurwę. Wynika to z jednej strony z tego, że to jak najbardziej logiczne, aby z takimi stereotypami zerwać, a z drugiej, że kobieta szpieg zdecydowanie bardziej rozbudza wyobraźnię niż facet. I nie, nie chodzi o seksualność, a fakt, że jest ich po prostu znacznie mniej. Całość podlana jest sosem napięć z czasów Zimnej Wojny, więc to kolejne nawiązanie do najlepszych szpiegowskich powieści i wystarczająca rekomendacja dla tych, którzy kochają spiski.

Zresztą nie tylko tym wyróżnia się Velvet na tle konkurencji. Nawet jej pochodzenie i to, jak została agentką jest niczym powiew świeżego powietrza. Brubaker wyszedł z założenia, że nie naznaczy swojej bohaterki żadną tragedią z przeszłości, która sprawi, że młoda dziewczyna decyduje się na rolę agentki. Zamiast tego jej motywacją było to, że jako dziecko czytała dokumenty ojca, dyplomaty, i jak to zwykle z dziecięcą fantazją bywa wyobrażała sobie, jak sama bierze udział w tajnych operacjach. Ona po prostu chciała być heroską ze swoich wyobrażeń. Tyle.

Muszą umrzeć

I dosłownie umierają. Brubaker już w pierwszych kadrach komiksu dokonuje morderstwa z zimną krwią na stereotypie tajnego agenta. Nawet umiejscowienie głównej osi akcji w latach 70. XX wieku nie jest przypadkowe, bo to właśnie wtedy kobiety coraz mocniej zaczynają domagać się swoich praw. W zasadzie wszystko, co zrobił scenarzysta jest prztyczkiem w nosy tych, którzy dziwnym trafem nie mogą przełknąć konceptu, że facetom może skopać tyłki czterdziestoletnia kobieta. Myślicie, że przesadzam? To, co powiecie na to, że gdy Brubaker podsyłał ten pomysł przede wszystkim do telewizji reakcja stacja go przeraziła. Uznawały, że pomysł jest ok, ale pod warunkiem, że bohaterka będzie miała 25 lat, która dopiero odbywa szkolenie na agenta. Oczywiście szkolenie ma prowadzić seksowny instruktor. Takiego wała.

Wyobraźcie sobie “Uprowadzoną”, w której bohater Liama Neesona ma 30 lat. To byłby zupełnie inny film. – Ed rzuca celną metaforą

Tym właśnie jest “Velvet”. Figą pokazaną każdemu, kto sprowadza powieści szpiegowskie do festiwalu testosteronu. Choć koniec końców, to nie jest pozycja, która odmieni Wasze życia, to jest to po prostu świetna rozrywka. Gdzieś w głębi pojawia się temat kryzysu wieku średniego, a jak ktoś kocha powieści superbohaterskie, to może wysnuć paralelę do “Jessiki Jones” Bendisa i pytanie o to, co robi superbohater, gdy nie może lub nie chce być superbohaterem. To wszystko tam jest, ale i tak w ostatecznym rozrachunku liczy się sprawna intryga, skakanie po kolejnych zakątkach świata, morderstwa i wyciąganie informacji z komunistycznych generałów. Wszystko zilustrowane w sposób idealnie podkreślający realia epoki. Czekam na więcej, bo Velvet Templeton skradła me serce lub po prostu grozi, że za chwilę zmiażdży mi krtań. To też jest dobry powód, aby ją szanować.

Nieprzeczytane.plTekst powstał dzięki księgarni internetowej nieprzeczytane.pl

Sprawdź:

[button color=”blue” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/5-najgorszych-superbohaterow-marvela/”]5 najgorszych superbohaterów od Marvela[/button] [button color=”blue” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/5-bohaterow-image-comics-ktorych-musicie-poznac-blizej/”]5 bohaterów Image Comics, których musicie bliżej poznać[/button]
  • rob

    serio są tacy co nie wiedzą że babka może skopać tyłki facetom ale przecież o tym jest od groma produkcji made in hongkong xD a po drugiej stronie wielkiej kałuży taka red sonja she ra WW i gromada innych ;-))