Ta wspaniała Wonder Woman

Nie jestem specjalistą od Wonder Woman. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale z całego panteonu bohaterów DC Comics Wonder Woman znam wyjątkowo słabo. W sumie, co będę Was okłamywać, w ogóle jej nie znam. Wiedziałem, kto to taki i o co chodzi z tą postacią, ale jednocześnie nigdy nie sięgałem z własnej nieprzymuszonej woli po jej samodzielne przygody. Aż do serii, za którą scenariuszowo odpowiada Brian Azzarello, a że bardzo go lubię, to sprawa była przesądzona.

Nowe rozdanie

Azzarello ma na swoim koncie kilka kapitalnych historii – jedną z nich z Jokerem w roli głównej recenzowałem na łamach bloga – i ta o Wonder Woman też była reklamowana jako dzieło wyjątkowe, jeden z najlepszych komiksów jakie ostatnio się ukazały. Scenarzysta do spółki z artystami Cliffem Chiangem i Tonym Akinsem otrzymał misję zaprezentowania bardziej realistycznego wizerunku Diany. W tym celu zabrał czytelnika tam, gdzie to wszystko się zaczęło, czyli do Grecji. Tym samym każdy, kto sięgnie po “Krew”, bo tak zatytułowany jest pierwszy tom przygód “nowej” Wonder Woman, dostanie jej “origin story” oraz bardzo dużą dawkę nawiązań do mitologii. Mi to w to mi graj, bo mitologię mam w małym palcu stopy i nawet nie pomnę, ile razy przeczytałem “Mitologię” Roberta Gravesa. Całość zaczyna się z kopyta – w pewnym sensie to stwierdzenie ma tu drugie dno – by później gnać do przodu z taką prędkością, że nim się obejrzycie będzie po sprawie i zaczniecie szukać drugiego tomu.

Wonder Woman: Krew
Przykładowa plansza/Fot. Egmont Polska

Główna oś scenariusza zbudowana jest wokół seksualnych podbojów Zeusa. Ten jak wiecie nie zawsze myślał za pomocą głowy, co często kończyło się źle nie tyle dla niego, co dla kobiet, które udało mu się uwieść. Wszak gniew wzgardzonej kobiety jest wielki, a gniew wzgardzonej Hery prawdopodobnie nie ma skali. To, co jeszcze mogę Wam zdradzić w kwestii scenariusza to fakt, że Diana uratuje brzemienną kobietę imieniem Zola i to musi Wam wystarczyć, bo jak zapewne wiecie mam duże opory przed spoilerami w tekście i wolę skupić się nie tyle na opisie fabuły, co na samym charakterze komiksu. Ten jest wyjątkowy, bo Azzarello uczynił z historii o Wonder Woman opowieść bardzo osobistą. Sposób w jaki prowadzona jest narracja, jak zaprezentowano postacie czy w końcu liczne odniesienia do kultury antycznej – pomimo, że akcja rozgrywa się współcześnie – sprawiają, że gdzieś na drugi plan schodzi wątek superbohaterski. W sumie, gdyby ktoś nie wiedział, że Wonder Woman jest postacią tak samo zaangażowaną w ratowanie świata jak Superman czy Batman, to pewnie nawet by nie zwrócił uwagi na fakt, że ma do czynienia z jedną z najbardziej rozpoznawalnych superbohaterek na świecie.

Wszystko przez to, że komiks przypomina, a jakże, grecką tragedię. Z tą różnicą, że czasy się trochę zmieniły. Azzarello skupia się na emocjach, stara się jeszcze raz zarysować postać Wonder Woman prezentując nam ją w najdrobniejszych szczegółach pod względem tego, jak reaguje na konkretne sytuacje, jakie są jej motywacje i jak radzi sobie w kontaktach z innymi. Nie zapomina o akcji, ale to właśnie warstwa psychologiczna postaci wydaje mi się najważniejsza. Równie kluczowe jest to skąd Diana się wzięła na świecie i jakie znaczenie dla tego świata ono w ogóle ma. Bohaterka jest dumna, momentami wyniosła, ale przede wszystkim jest zagubiona tak samo, jak kobieta, którą postanowiła chronić przed boskim gniewem. Przez dylematy dotyczące własnej osoby i fakt odkrywania się na nowo Diana jest nam bliższa. Boska, ale jednocześnie niezwykle ludzka.

Wspaniała?

Wonder Woman: Krew
Do kreski trzeba się przekonać/Fot. Egmont Polska

Wielkim plusem całej historii jest to, że całość balansuje na granicy między mitem, horrorem, fantasy czy komiksem superbohaterskim. Taki miks sprawił, że odnajdą się w nim zarówno fani postaci, jak i osoby, które sięgną po “Krew” z ciekawości. Scenariusz porusza ciekawe, choć wyeksploatowane, tematy takie jak relacje z rodzicami, walka o władzę czy znalezienie swojego miejsca na świecie. To trochę taka komiksowa muzyka klasyczna, ale podana w przystępny i interesujący sposób. Od strony technicznej, czyli rysunków i kolorystyki jest dobrze, a momentami nawet bardzo dobrze. Cliff Chiang dobrze wpasował się ze swoimi rysunkami w charakter opowieści. Nie jestem fanem prostej, grubej kreski, która momentami może wydawać się wręcz prostacka, ale Chianga kupuję i muszę przyznać, że jego rysunki mają w sobie coś, co sprawia, że przyjemnie się je ogląda. Podobnie jak te Akinsa, który zajął się przygotowaniem numerów 5 i 6. Przejmując pałeczkę po swoim koledze nie starał się za wszelką cenę wyróżnić. Wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, jakby wziął rysunki Chianga i wykorzystał je za bazę dla swoich nadając im po prostu dodatkowy szlif. Taki autorski podpis, który sprawia, że choć do siebie podobne na pierwszy rzut oka, to przy dłuższym obcowaniu pozwalają na rozpoznanie, kto za nie odpowiada.

Zawsze miałem spory problem z Wonder Woman czy Aresem w świecie DC Comics. Choć dziwnie to zabrzmi, to nie pasują mi do okolicy, po której biega gość owładnięty paranoją i przebierający się za nietoperza czy facet, który zdobył kosmiczny pierścień i wstąpił do korpusu intergalaktycznych strażników porządku we wszechświecie. Historia opisana w “Wonder Woman: Krew” powoli zmienia moje nastawienie sprawiając, że uznaję obecność Diany za coś naturalnego. W końcu wszyscy superbohaterowie mają związki z mitologią i sama ich kreacja jest przez niektórych badaczy współczesnej popkultury uznawana za współczesną wersję mitów. Cieszę się, że pomimo skupienia się na warstwie psychologicznej i relacjach między bohaterami udało się utrzymać równowagę z tak potrzebną akcją – w końcu nie każdy jest fanem wielostronicowych rozważań na temat tego, dlaczego ojciec głównej bohaterki to dupek i jak bardzo ona go nie kocha – co sprawia, że nawet jak nie jesteście fanami Wonder Woman, to będziecie się bawić dobrze. Nie jakoś wybitnie dobrze, bo pewnie są na świecie lepsze opowieści z Dianą w roli głównej, ale na pewno jest komiks, który warto znać. Wonder Woman to fajna babka. Trochę za bardzo wyniosła jak na mój gust, ale nie powiem tego głośno, bo nie lubię jak mnie kobieta bije.

PS. Jako fan Arsenalu chciałbym się zgodzić z bohaterem komiksu, który rzuca, że Arsene Wenger potrafi doprowadzić fanów do szału.

Wkrótce recenzja drugiego tomu zatytułowanego uroczo: “Trzewia”.

BookmasterRecenzja powstała przy współpracy z księgarnią Bookmaster.pl, w której opisywany komiks możecie kupić. O tutaj. Zakupy najlepiej zrobić z 15% rabatem, który dostaniecie dzięki zapisowi na newsletter Lektury Obowiązkowej.

Przeczytaj:

[tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/wonder-woman-trzewia-recenzja/”]Recenzja komiksu “Wonder Woman: Trzewia”[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/joker-brian-azzarello-recenzja-komiksu/#”]5 najgorszych złoczyńców Marvela[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/saga-wyjatkowa-space-opera/”]Odpocznij od superbohaterów i sięgnij po “Sagę”[/tw-button]

 

[mailerlite_form form_id=5]

 

  • Pierwszy tom rzeczywiście może się podobać (ba, podobał się nawet mnie, purystce), ale tego co Azzarello zrobił z Wondie szczerze nie znoszę. Po pierwsze nie podoba mi się, że zrobił z niej wyniosłego odludka, stojącego na uboczu wszystkiego i wszystkich. Po drugie w jego runie zawsze przeszkadzała mi skala. Wonder Woman broniąca jednej kobiety i jednego dzieciaka (nawet jeśli to dzieciak Zeusa) zamiast skupić się na, no nie wiem, bronieniu większej ilości kobiet i dzieciaków na raz? To nie dla mnie. Po trzecie w pewnym momencie doszłam do wniosku, że setting i postaci poboczne dominują nad samą Wondie, a ja czytam o jakimś czwartoplanowym kretynie zamiast o tytułowej bohaterce. Ale najbardziej boli mnie zrobienie z Wondie zimnej wyniosłej flądry. Fuj!

    PS. Swoją drogą w New 52 najbardziej podoba mi się jak Wondie sportretowali Blackman i Williams w story arcu “World’s Finest” w Batwoman 😉

    • Mimo to, że kompletnie nie znam Wonder Woman muszę się zgodzić z tym, że faktycznie kreowana jest na wyniosłego odludka. Usiądę w końcu do “Trzewi” to zobaczę, w którym to kierunku zmierza. Na razie mi się podoba. Może nawet się skuszę na jakieś inne historie z WW w roli głównej. Jak szaleć, to szaleć 🙂