Władca Much - William Golding
Władca Much - fragment plakatu

10 książek, które mnie ukształtowały

Na wstępie szybki strzał z liścia – NIENAWIDZĘ ŁAŃCUSZKÓW. Wszystkich. Dla tego jednego robię wyjątek, bo temat pasuje do bloga, a dodatkowo nominowało mnie już kilka osób, więc chyba faktycznie chcą wiedzieć czy uda mi się wybrać 10 książek, które sprawiły, że jestem tym, kim jestem. Dlatego to dla Ciebie Gosiu, Anno (Panna Anna Biega), Agnieszko (Wiedźma na Orbicie) i Mikołaju (blog.cdp.pl).

Swój udział rozpocznę trochę inaczej niż inni. Od 10 wielkich książek, których nie przeczytałem i wcale się tego nie wstydzę. Lecimy:

  • Ulisses – James Joyce
  • W poszukiwaniu straconego czasu – Marcel Proust
  • Wojna i pokój – Lew Tołstoj
  • Wściekłość i wrzask – William Faulkner
  • Duma i uprzedzenie – Jane Austen
  • Do latarni morskiej – Virginia Wolf
  • Czarodziejska góra – Thomas Mann
  • Martwe dusze – Mikołaj Gogol
  • Zabić drozda – Harper Lee
  • Dzieci północy – Salman Rushdie

To jak kupkę wstydu mamy za sobą, to przyszła pora na danie główne.

“I ty zostaniesz Indianinem” – Wiktor Woroszylski

Pamiętam, jak znalazłem ją na półce w domu mojej babci. Strasznie spodobał mi się tytuł, więc nie myśląc wiele niezwłocznie rozpocząłem czytanie. Książkę “połknąłem” w jedno popołudnie i do dzisiaj wspominam ją jako jedną z najlepszych powieści dla młodzieży, które dane mi było przeczytać. Właśnie sobie przypomniałem, że muszę poprosić babcię, aby znalazła mi ją w wolnej chwili. Chciałbym, aby za parę lat Zosia też mogła ją przeczytać. Może tak jak ja postanowi zostać Indianinem?

“Zaginiony Świat” – Arthur Conan Doyle

Jedyna książka, którą przeczytałem wiele razy. Conan Doyle to pisarz zaliczający się do grona moich ulubionych autorów. Przygody Sherlocka Holmesa były świetne, ale to właśnie “Zaginiony Świat” przeczytałem chyba 6 czy 7 razy. Wynikało to po części z mojej fascynacji dinozaurami. Miałem poważny plan, aby zostać paleontologiem i przeżywać przygody przynajmniej tak emocjonujące jak te, które były udziałem Challengera i Summerlee. Paleontologiem nie zostałem, ale Conan Doyle ciągle jest moim idolem. Jak nie czytaliście, to żałujcie.

“Diuna” – Frank Herbert

Najlepsza książka science-fiction w historii naszej planety i kilku planet ościennych. Sięgnąłem po nią po tym, jak mój kolega z klasy w podstawówce przeczytał wszystko, co spłodził Frank Herbert i z miejsca się zakochałem – w książce, nie w koledze. Mistrzostwo Herberta przerosło mój ciasny umysł. Byłem i jestem absolutnie urzeczony tym, co udało mu się stworzyć. Czytając odnosiłem wrażenie, że słońce Arrakis ogrzewa mi twarz, że słyszę zbliżającego się czerwia i widzę lewitującego przede mną barona Vladimira Harkonenna. Tak plastycznych, szczegółowych opisów, odniesień do filozofii, religii i historii ludzkości nie spotkałem w dziesiątkach innych książek. Przez chwilę chciałem być Paulem Atrydą.

“Doktor Jekyll i pan Hyde” – Robert Louis Stevenson

King Kingiem, ale to pana Hyde’a się naprawdę bałem. Krótka nowela o wielkiej sile rażenia, gdy rozłoży się historię na czynniki pierwsze. Nie pamiętam jak to się stało, że w czasie, gdy wybierając się na jagody musiałem zabierać ze sobą drabinę wpadła mi w ręce opowieść o doktorze, który ma pewien problem z brutalnym panem Hydem. Nie jest to jednak istotne, najważniejsze, że ostatecznie miałem okazję ją przeczytać nawet nie wiedząc, kim jest mizantrop i czym jest psychopatologia.

“Władca much” – William Golding

Panie i panowie oto kolejny z moich mistrzów. Jak już zapewne zauważyliście uwielbiam książki, w których autor stara się zmusić czytelnika do myślenia. Używa w tym celu zręcznych metafor czy sytuacji, które mają nami wstrząsnąć. Do teraz pamiętam jak nie mogłem się pozbierać po lekturze “Władcy much”. Wybaczcie mi mój francuski, ale jedyne, co wykrztusiłem z siebie po zakończeniu było krótkie:

Ja pierdolę

Naprawdę. Byłem autentycznie wstrząśnięty pomysłem umieszczenia dzieci w ekstremalnej sytuacji, a następnie obserwowanie ich przemiany. Jedna z najprawdziwszych powieści o naturze człowieka i kondycji naszej cywilizacji. Majstersztyk.

“20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi” – Juliusz Verne

Płynęliście kiedyś z kapitanem Nemo jego słynnym Nautilusem? Ja płynąłem. Nie zliczę godzin, które spędziłem przy powieściach Verne’a, ale ta była pierwszą, która rozpoczęła całą serię przygód z tym autorem. “W 80 dni dookoła świata”, “Pięć dni w balonie”, “Podróż do wnętrza ziemi”, “Dwa lata wakacji” przeczytałem tylko dlatego, że “20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi” przeniosło mnie na pokład łodzi podwodnej. To zdecydowanie jedno z najlepszych wspomnień mojego dzieciństwa.

“Kolor magii” – Terry Pratchett

O mojej fascynacji Pratchettem wiecie czytając regularnie LO. “Kolor magii” umieszczam tutaj z podobnego powodu jak “20 tysięcy mil”, to była pierwsza książka, od której rozpoczął się mój gorący romans z sir Terrym. Z tego miejsca chciałbym podziękować swojemu koledze Maciejowi za to, że mi ją pożyczył. Moje literackie życie dzielę na czas “przed przeczytaniem Koloru Magii” i “po przeczytaniu Koloru Magii”.

“Proces” – Franz Kafka

Reakcja po lekturze była podobna do tej przy “Władcy Much”. Z tą różnicą, że po dobrnięciu do zakończenia dodałem do cytowanej już wypowiedzi jeszcze pytanie:

Cholera, to tak można?

Całą lekturę byłem autentycznie wkurzony na to, co dzieje się z tym biednym człowiekiem, aby na końcu przyjąć ostrego kopniaka w brzuch. Bardzo panu dziękuję panie Kafka, pobił pan nastolatka.

“Cztery pory roku” – Stephen King

Razem z żoną mieliśmy okres Kingomanii czytając wszystko, co tylko wpadało nam w ręce. “Cztery pory roku” przeczytałem w trakcie tego okresu i mogę powiedzieć, że to zdecydowanie mój faworyt, jeżeli chodzi o dzieła Kinga. “Skazanych na Shawshank” przeczytałem mimo, że film znałem praktycznie na pamięć. I wiecie co? Nadal bawiłem się po prostu świetnie. Podobnie było z pozostałymi opowiadaniami. “Ciało” to kapitalna historia o przyjaźni. “Zdolny uczeń” o naturze zła, które często jest w każdym z nas, a “Metoda oddychania” ma w sobie pierwiastek tajemnicy, który cenię w książkach Kinga.

“Kroniki Thomasa Covenanta Niedowiarka” – Stephen R. Donaldson

Pierwszy antybohater, którego polubiłem. Książki Donaldsona odkryłem za sprawą tego samego kolegi z podstawówki, który polecił mi “Diunę”. Kolejny raz się nie zawiodłem, a dodatkowo, kiedy je czytałem czułem się podobnie do ich bohatera. W szkole nie byłem “komendantem każdego melanżu”. Byłem gdzieś na uboczu, podobnie jak Thomas, który dowiaduje się, że jest chory na trąd. Choć później przeczytałem jeszcze wiele powieści fantasy, to ta seria wyjątkowo mocno wryła się w moją świadomość. Polecam z całego serca.

Miało być dziesięć, jest dziesięć choć musicie wiedzieć, że to barbarzyństwo ograniczać się tylko do dziesięciu. Książek, które miały na mnie wpływ było dużo więcej i cieszę się, że ciągle pojawiają się nowe.

Co do nominacji, to:

  • po pierwsze – zachęcam każdego do pisania w komentarzach na temat swoich 10 książek
  • po drugie – personalnie – wskazuję na Ichaboda, Wittaminę i Kasię Koczułap.

A i jeszcze jedno, nadal nienawidzę łańcuszków.

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed
More Stories
Najlepsze sagi Fantasy
Fantasy to coś więcej niż Tolkien i Martin – Część 9