Książki, których nie ma

Pisarz to sprytne bydlę. Manipuluje swoimi czytelnikami. Mami ich, zwodzi. Tworzy byty, których nie ma, ale tworzy je po to, aby swojej innej kreacji nadać pozory rzeczywistości. Jest w literaturze grupa książek, które przewijają się w popkulturze od wielu, wielu lat. Znacie je, być może wydaje się Wam, że je czytaliście, ale jest jeden problem. Tych książek nie ma.

Po co?

Historia wewnątrz innej historii. Literacka incepcja. Tak w pewnym sensie można określić obecność wymyślonej książki, która funkcjonuje w innej książce. Czasem taka wymyślona pozycja zyskuje na znaczeniu do tego stopnia, że zaczyna przewijać się w kolejnych dziełach osoby, która ją stworzyła. Pisarze sięgają po taki zabieg z kilku powodów. Na przykład Dean Koontz wymyślił “The Book of Counted Sorrows” po to, aby dodać do swoich książek element, który będzie je w pewnym stopniu urzeczywistniać. Fani Koontza zapewne wiedzą, że przewija się ona w wielu jego powieściach, a on sam ostatecznie napisał tom poezji zatytułowany właśnie “The Book of Counted Sorrow”. Tym samym coś, co było początkowo czystą imaginacją autora nabrało realnych kształtów. Warto dodać, że jego wymysł był tak dobry, tak przekonujący, że pisarz otrzymywał od fanów tysiące listów, w których ci prosili go, aby zdradził im, co to za tajemnicza książka. W końcu Koontz uległ i wyjaśnił wszystkim, że to tylko jego konfabulacja:

Nie ma takiej książki. Wymyśliłem ją. […] Czasami jak potrzebuję jakiegoś faktu, który wyjaśni jakiś fragment książki i nie mogę nic znaleźć, piszę własny i umieszczam go w tej wymyślonej książce. Myślałem, że fani ostatecznie zorientują się, że “The Book of Counted Sorrows” to mój wynalazek. Nigdy nie spodziewałem się tego, że sprzedawcy książek i bibliotekarze z całego kraju będą do mnie pisać z prośbą o pomoc w namierzeniu tego rzadkiego i tajemniczego woluminu.

Siła takiej kreacji może być wielka, a sam zabieg jest dla mnie jednym z elementów potwierdzających talent pisarza. Bo to trochę tak, jakby fikcję uwiarygadniać inną fikcją. Obudować wymyśloną historię inną i przy okazji zrobić to tak dobrze, że zaczynamy wątpić w to, co jest prawdą, a co nie.

Necronomicon
Will Hart/Flickr.com

H.P. Lovecraft na potrzeby całej wymyślonej przez siebie mitologii stworzył “Necronomicon”. Prastarą księgę napisaną przez Abdula Alhazreda. Mistrz grozy umieścił w niej kluczowe informacje na temat Starożytnych. Ich obecności na naszej planecie, historii. Pierwszy raz pojawiła się w opowiadaniu “Ogar”, a później przewijała się przez kolejne historie spisywane przez autora. Żywot “Necronomiconu” nie zakończył się wraz ze śmiercią autora. Jego obecność tak wryła się w świadomość twórców grozy czy w ogóle całej popkultury, że przewijała się i ciągle przewija u innych autorów po śmieci Lovecrafta, a dodatkowo słyszeli o niej nawet ci, którzy nigdy książek mistrza nie czytali. Kilka słów należy się kwestii jej powstania. Podobno mu się przyśniła. Pisarz utrzymywał, że jest to w stu procentach jego pomysł. Pielęgnował go. Inspiracjami mogła być twórczość albo Nathaniela Hawthorne’a, albo kolejnego bohatera tego tekstu. We wpisie na temat książek, które powinien przeczytać każdy fan serialu “Detektyw” wspominałem o zbiorze opowiadań Roberta W. Chambersa “Król w żółci”. Przewija się tam temat niepokojącej sztuki spisanej w formie książki. Każdy kto ją przeczyta popada w obłęd, a ona sama ukazuje mu inną rzeczywistość. Elementy tej książki pojawiały się słynnym serialu, a ona sama miała mieć wpływ na powstanie “Necronomiconu”. Problem z tą teorią jest taki, że Lovecraft prawdopodobnie przeczytał zbiór Chambersa kilka lat po publikacji “Ogara”. Nie zmienia to jednak faktu, że “Król w żółci” jest przykładem tego, jak wymyślona przez pisarza sztuka staje się rdzeniem dla całego zestawu historii. Spaja je.

Książki mogą być też elementem manipulacji na znacznie wyższym poziomie niż relacja pisarz-czytelnik. Mogą służyć zyskaniu politycznego poparcia. Tak, jak zrobił to papież Grzegorz IX, który oskarżył Fryderyka II o herezję. Papież miał na pieńku z cesarzem już kilka razy, a że nie bardzo potrafił wytłumaczyć dlaczego znowu uznaje go za heretyka wymyślił, że Fryderyk II jest autorem dokumentu, który można nazwać “Biblią Ateistów”. Ów dokument był oczywiście kłamstwem, ale nie przeszkodziło to poszukiwaniom, które trwały przez dziesiątki lat po nałożeniu ekskomuniki na Fryderyka. Tekstu szukali wszyscy. Pisarze, duchowni, kolekcjonerzy. Dla niektórych z nich jej posiadanie stało się obsesją. Niestety nikt nigdy jej nie widział, a wszystkie “fakty” z nią związane to głównie plotki.  Aż w końcu w XVIII wieku ktoś odpowiedział na zapotrzebowanie i spisał go w dwóch wersjach, bo przecież popyt rodzi podaż.

Wodząc nas za nos

Philip K. Dick
Pete Welsch/Flickr.com

Czasami pisarz bawi się fikcją i tym samym bawi się nami. Mistrzem zabawy słowem był Jorge Luis Borges. Ten argentyński pisarz przez 30 lat czekał na nagrodę Nobla i przez 30 lat komisja przyznająca nagrodę udowadniała swoją ignorancję pomijając go wśród nagrodzonych. Borges w 1944 roku opublikował “Fikcje”. To zbiór opowiadań, w których prawda miesza się z – nie może być inaczej – fikcją. Kluczowym ich elementem są książki, które nie istnieją. Borges stworzył takich dzieł kilka opisując je oczywiście tak, aby wydawało się nam, że z nich korzystał i one faktycznie istnieją. Szczytem manipulacji jest korzystanie z przypisów z nieistniejącej książki służących analizie innej nieistniejącej książki napisanej przez człowieka, którego nigdy nie było. Borges umieścił tym samym opowiadanie, w opowiadaniu, które poparte jest innym opowiadaniem. Dla niego był to po prostu element kreacji, z którym można zrobić coś więcej. Można się nim bawić. Podobnie wykorzystywał je Aldous Huxley, który w opowiadaniu “Crome Yellow” umieścił odniesienia do książek, których nie ma. Jakby tego było mało część z nich miała nie istnieć nawet w nieistniejącym świecie pojawiającym się w opowiadaniu. W powieści Philipa K. Dicka “Człowiek z wysokiego zamku” czytelnik musi sprostać okiełznaniu fabuły rozgrywającej się w trzech równoległych światach. Naszym, wymyślonym przez Dicka i tym stworzonym przez pisarza Hawthorne’a Abendsena. Ten oczywiście jest wymysłem samego Dicka, a książka którą pisze opiera się na “Księdze Przemian” tak samo, jak opiera się na niej cała powieść. Tym samym “Człowiek z wysokiego zamku” jest kolejną książką o książce.

Skoro już jesteśmy przy pisarzach science-fiction warto wspomnieć Isaaca Asimova, który na potrzeby swojego cyklu “Fundacja” stworzył dzieło zatytułowane “Encyclopedia Galactica”. Zamysłem pisarza była kreacja księgi, która będzie zawierać w sobie całą wiedzę Imperium Galaktycznego. Staje się tym samym kluczowym elementem cyklu, ale ma jeszcze jeden cel. Asimov wykorzystuje “Encyklopedię”, aby wyjaśnić nam to, co się dzieje. Cytowane przez Asimova fragmenty rozpoczynające poszczególne części książki są jedną z technik literackich, które wzbogacają tło wydarzeń. Czytelnik zapoznaje się na początku z jakimś hasłem, a tym samym zaczyna rozumieć to, co dzieje się później na kartach powieści. Dzięki temu kreacja świata – a w szczególności świata fantastycznego – staje się bardziej kompletna i co za tym idzie rzeczywista. Wpływ tej pozycji na literaturę science-fiction można porównać do wpływu jaki wywarł wspominany “Necronomicon”. Odwołania do “Encyklopedii” pojawiają się m.in. w komiksach z Supermanem, świecie Gwiezdnych Wojen czy w “Autostopem przez Galaktykę” Douglasa Adamsa. Ten ostatni przykład jest o tyle istotny, że uwielbiana przez wielu książka powstała na bazie słuchowiska radiowego traktującego o powstawaniu fikcyjnej książki, gdzie znalazło się miejsce dla innej fikcyjnej publikacji.

Można się w tym wszystkim pogubić, ale jak spojrzycie na listę książek z Niewidzialnej Biblioteki, to przekonacie się, że przykładów jest znacznie więcej. To z kolei prowadzi mnie do innego pytania. Czy za ich powstawaniem może kryć się coś więcej?

Nasze małe wątpliwości

Stanisław Lem
Ten pan też ma na sumieniu wymyślanie książek, których nie ma/Fot. z prywatnych zbiorów pisarza

Bolączką wielu osób, które zajmują się pracą twórczą są momenty zwątpienia. Czy to co robię ma sens? Jaką gwarancję mam na to, że ktoś będzie pamiętać o mnie i o moich dziełach? Czy jestem w stanie stworzyć coś lepszego niż inni albo przynajmniej równie dobrego? Pisarz przechadzający się po bibliotece ma wątpliwości czy aby na pewno potrafi dorównać swoim idolom. Ed Park w tekście dla “New York Timesa” napisał, że tworzenie książek, które później pojawiają się na półkach niewidzialnej biblioteki jest przejawem wspomnianych momentów zwątpienia. Szczególnie tych związanych z umiejętnością poruszenia czytelnika. Wywołania w nim emocji. Chodzi o podświadome pragnienie napisania czegoś, co będzie przełomowe. Co dotknie nas na wskroś. Tak jak lektura książki “2BRO2B” poruszyła Eliota Rosewatera bohatera powieści Kurta Vonneguta “Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater”.

Zadajmy sobie pytanie, czy fikcyjna książka będąca częścią książki naprawdę powinna być rozpatrywana inaczej jak po prostu kolejne dzieło pisarza umieszczającego ją w swoim dziele. Dlaczego te książki mają być mniej prawdziwe od mitycznych zwojów, które spłonęły w pożarach wielkich bibliotek, a które zostały bezpowrotnie dla nas stracone.

  • Ciekawe zestawienie. Czytałem Twój tekst i ciągle
    czekałem, kiedy w końcu będzie Lem ? 😉 W całej jego twórczości pojawiają się odniesienia
    do fikcyjnych dzieł, a cała „Doskonała próżnia” to zbiór recenzji nieistniejących
    książek. Ciekawym przykładem może być też pozycja „Klub Dumas” Arturo Perez
    Reverte’a (zekranizowana przez Pogańskiego jako „Dziewiąte wrota”), w której osią
    fabuły jest tajemnicza księga.

    • Reverte w ogóle mi z głowy wyleciał! Myślę teraz o tekście, który pokaże przenikanie się literatura film literatura zmyślona, bo to bardzo ciekawy zabieg literacki, który później staje się osią fabuły filmu/serialu, ale jeszcze muszę to dobrze przemyśleć 🙂

  • Czytając, przypomniałem sobie jak Rodriguez, w Grindhouse: Planet Terror umieścił trailer Maczety, która powstała kilka lat później… 🙂

  • Pamiętam jak dziecięciem będąc czytałam Sapkowskiego i płakałam, że nie mogę przeczytać tych wszystkich tomów, książek i zbiorków, które autor “cytował” na początku nowych rozdziałów 🙂

    • Bo z pana Andrzeja to też jest niezły przekręt 🙂 Ja przez jakiś czas myślałem – byłem w sumie przekonany – że Necronomicon istnieje 🙂

      • W sumie fajnie by było poczytać o np. filmach w filmach, albo serialach w serialach *gwiżdże niewinnie*. Tak tylko mówię ^^

  • Ts

    A autostopem przez galaktykę? 🙂

  • A to mi się taki przykład ciekawy przypomina z światka mangowego, nie do końca to o czym piszesz, ale może zaciekawi ^^
    Istnieje taka seria jak Genshiken, opowiadająca o studentach uczęszczających do koła naukowego zajmującego się mangą i anime – choć po prawdzie to po prostu przykrywka na to, by móc się spotykać w gronie fanów i pozacieszać do lubianych komiksów. Przez całą serię przewija się pewne ulubione anime ekipy, omawia się nowe odcinki, kupuje figurki, przebiera za bohaterów. W momencie, gdy samo anime Genshiken odniosło w Japonii całkiem niezły sukces postanowiono wymyślić i zrealizować też krótki serialik Kujibiki Unbalance – czyli tej serii, która początkowo powstała tylko po to, by bohaterowie Genshikena mieli o czym gadać 🙂