Jason Hunt “Thorn” – recenzja. Chyba. Nie wiem. Nie znam się

“Thorn” Jasona Hunta jest książką, którą przeczytałem w ciągu pięciu godzin. Jadąc w obie strony pociągiem z Warszawy do Krakowa. Wspominam o tym już teraz, bo wrócę do tematu podróży później. Nim to jednak nastąpi chciałbym, abyście przynajmniej na chwilę zapomnieli podczas czytania tego tekstu, że autorem “Thorn” jest Jason Hunt, Tomasz Tomczyk vel Kominek. Proszę o to z tego powodu, że czytając komentarze na temat tej książki zauważyłem – co wcale nie jest żadnym wielkim odkryciem – że oznaczona jest stygmatem opinii na temat autora. Opinii, które najczęściej piszą osoby, które Jasona zwyczajnie nie znają. Krytykują, stroją sobie żarty, bo tak. Bo “król polskiej blogosfery” postanowił motywować innych i napisał książkę. Ja go nie znam, ale dopuszczam do siebie myśl, że każdy ma szansę napisać naprawdę dobrą książkę. Niestety – a może stety – nie każdy próbuje. Strach pomyśleć, ilu Dickensów i Balzacków nigdy nie podjęło nawet próby napisania czegoś dłuższego niż lista zakupów. Hunt Dostojewskim nie jest, ale spróbował. Chciał napisać powieść motywacyjną. Co mu z tego wyszło?

A było to tak

Oto mamy bohatera. Człowieka, który nigdy orłem nie był, ale miał cel. Przez całe swoje dotychczasowe życie wbrew przeciwnościom losu chciał ten cel osiągnąć. W tle pojawia się tajemnicza kobieta spotkana w dzieciństwie, inna kobieta, dla której gotowy był sprzedać swoją duszę – albo przynajmniej krem na rozstępy w ilościach hurtowych – znajomi i parę innych kwestii, o których nie warto wspominać. Bohater zwraca się bezpośrednio do czytelnika i to bardzo dobry zabieg biorąc pod uwagę to, że ma to być powieść motywacyjna. Bo cała fabuła książki sprowadza się do tego, że zachowanie głównego bohatera i jego komentarze możemy przełożyć na własne życie. Ponoszone porażki, próby stawania na nogi, niespełnione miłości, negocjacje w pracy dotyczące podwyżki, każdy to przeżył lub dopiero przeżyje. Każdy jednak w pewnym momencie swojej egzystencji potrzebuje kopa w dupę. Informacji zwrotnej na temat tego, co ma robić dalej. Jak działać. Jakie decyzje podjąć i jak się zachować w chwili zwątpienia. “Thorn” w pewnym sensie stara się na te pytania odpowiedzieć. Problem jednak w tym, że fabularyzowanie czegoś, co momentami przypomina sesję u tych wszystkich pewnych siebie i niezwykle głośnych trenerów personalnych i motywatorów, rozrzedza to, czym “Thorn” mogło być.

Stoi okrakiem między beletrystyką a książką pod tytułem “Sięgnij po mnie, przeczytaj z zapartym tchem, a ja za jedyne 9,99 zmienię Twoje życie nie do poznania. Na kilkuset stronach.” Interes życia. Trzeba niezwykłej wprawy, aby w fabularyzowaną powieść wpleść elementy jak z wykładu. Zupełnie przypadkiem po lekturze “Thorn” sięgnąłem w końcu po “Gomorrę” Roberto Saviano. Książkę w pewnym sensie bliską tej napisanej przez Jasona Hunta, bo dokonującą podobnego zabiegu. Saviano fabularyzuje rzeczywiste wydarzenia. Balansuje na granicy między dokumentem, a gangsterską opowieścią. Różnica jednak między jednym, a drugim autorem jest kolosalna. Właśnie ze względu na sprawność posługiwania się piórem, która przekłada się na to jak wymieszane są ze sobą składniki powieści. Hunt nie pisze źle. Jego książka opiera się na tym samym – momentami potoczystym – stylu, który jego fani znają z sieci. Podzielone na krótkie fragmenty sprawiają wrażenie notek, które złożone w całość tworzą jedną historię. Brakuje im jednak duszy, czegoś, co można nazwać kropką nad “i”. Bo u Saviano przejście między fabułą a dokumentem jest płynne, a u Hunta przejście między fabułą a częściami o motywacji przypomina nachalne dygresje, które wytrącają czytelnika z rytmu. Szczególnie końcówka książki przypominała mi przydługi wykład na temat tego, co autor sądzi o miłości, związkach i wszystkim, co przyszło mu do głowy, ale w jakimś stopniu jest związane z nami.

Ciernie

Warstwę motywacyjną jestem jeszcze w stanie przeboleć, bo to po prostu albo do nas trafia, albo traktujemy jako bełkot szaleńca. To czego nie mogę przeboleć to jej warstwa fabularna. Intryga, która rozwija się za długo. Tajemnica niby jest, towarzyszy nam od początku, ale ostatecznie okazuje się, że ważniejsze będą próby handlowania podrabianymi kremami i słodkie pieprzenie o celu jakim jest wyjazd do Nowego Jorku. Przypomina mi to sytuację, o której usłyszał sam bohater książki, który chciał wydać to co napisał. Wypunktowano go za brak talentu, ale i opisano czas jaki jest potrzebny, aby zainteresować czytelnika. Ja Hunta punktować za brak talentu nie będę, bo gdyby nie miał go choć krzty, to nie wzbudzałby przez tyle lat takich emocji wokół swojej osoby. Co za to można wypunktować?

Przede wszystkim fakt, że w tych wszystkich górnolotnych myślach, które teoretycznie powinny zmieniać nasze życia, często szwankuje logika. Przytoczę przykład, na który zwrócił uwagę Robert Ziębiński, a który przy okazji dotyczy jednego z ulubionych cytatów pochodzących z tej książki, czyli:

Wszystkie decyzje jakie podejmujemy sprowadzają się do jednej prostej odpowiedzi. Pozytywnej lub negatywnej.

Fajne, wrzucimy na fejsa, to zbierze dużo lajków. Rzecz w tym, że w tym zdaniu kryje się błąd logiczny, bo każda decyzja sprowadza się do odpowiedzi, ale nigdy nie jest to jedna odpowiedź. Odpowiedzi są przynajmniej dwie, a czasami mimo wszystko jest ich trochę więcej. Wiem dlaczego zastosowano taki, a nie inny zabieg, ale niestety nie jestem osobą, do której przemawiają rady operujące wytrychami w stylu: “wszyscy”, “zawsze”, “każdy”, “nigdy”. Upraszczanie naszego podejścia do świata jest jak najbardziej w porządku, ale i w tym należy zachować umiar, bo w pewnym momencie zacznie to przypominać sytuację, w której nagle postanowiliśmy, że od teraz w każdej sytuacji będziemy mówić prawdę. Każdemu. Efekty będą straszne.

Kolejną rzeczą są tak często przytaczane zagadki. Uwielbiam zagadki. To, gdy pisarz stara się wodzić czytelnika za nos. Niestety w “Thorn” wątki są poprowadzone w taki sposób, że w żaden sposób mnie nie zaintrygowały. Dlaczego mam dociekać, co się stało, rozwiązywać jakieś szyfry i robią masę innych rzeczy skoro ja bohatera powieści traktuję jak osobę mijaną na ulicy. No jest. No przeszła obok mnie. Co z tego skoro za minutę w ogóle nie będę o niej pamiętać? Tak jak napisałem wcześniej, gdyby Jason Hunt skupił się na jednym, czyli napisał na przykład rasowy thriller, to wyszłoby to książce na dobre. Nawet, gdyby po prostu opisał swoje dotychczasowe życie. Zamiast tego obcujemy z dziełem do przesady egzaltowanym, które nie ma odpowiedniego rytmu i opowiada wydarzenia, które nie wywołują we mnie żadnych emocji.

Kościół bez Boga

No dobrze. Na początku napisałem, że przeczytałem “Thorn” w pięć godzin. Wiecie już, że nie stało się tak dlatego, iż książka jest tak dobra i porywająca. Powodem była jej warstwa edytorska. To, czego nie można zarzucić autorowi, to fakt, że miał pomysł na to, jak chce, aby jego dzieło wyglądało. Można dyskutować, czy korzystanie z kilku wielkości czcionek, wersalików, specyficznego zapisu tytułów komuś się podoba czy nie. Nie można jednak dyskutować z tym, że “Thorn” ma w sobie myśl przewodnią, która konsekwentnie wprowadzana jest w życie. Układ akapitów sprawiał, że wręcz skakałem od jednego do drugiego i nim się obejrzałem miałem za sobą połowę książki. Później już było tylko szybciej.

Czy “Thorn” jest najgorszą książką jaką możecie przeczytać? Nie, to taka niższa klasa średnia stosując nomenklaturę motoryzacyjną. Czy zmieni Wasze życia? Raczej nie. No chyba, że zamiast dochodzić do własnych wniosków wolicie, aby ktoś ciągle w głowie powtarzał Wam banały na temat tego, jak żyć. Tomek Tomczyk potrafi pisać o blogowaniu, co udowodnił w swoich poprzednich publikacjach. Prawdopodobnie potrafiłby napisać również dobrą książkę motywacyjną. Nie wiem natomiast czy jest w stanie napisać dobrą książkę, która opowie mi fikcyjne losy wymyślonego bohatera z intrygującą tajemnicą w tle. Na pewno może próbować, a ja mogę te próby ocenić. Nie czuję, abym stracił czas czytając. Bardziej czuję, że nie wiem, co autor miał na myśli. Nie ufam mu, tak jak nie ufam bohaterowi. Przestając odrywać autora od dzieła należy wspomnieć o tym, że Hunt/Kominek/Tomczyk stosuje od wielu lat socjotechniczne zagrywki – do których zresztą się przyznaje – dlatego nie wiem, czy jest ze mną szczery i faktycznie chce mi zwrócić na coś uwagę, czy bawi się ze mną. Jak to pierwsze, to radzę zostawić socjotechnikę, bo Nike z tego nie będzie. Jak to drugie, to ja zabieram swoje zabawki i idę bawić się w inne miejsce, bo nie potrzebuję kolejnego miejsca, w którym ktoś stara mi się wcisnąć kit za pomocą sztuczek. Nie w literaturze. “Thorn” jest kościołem bez Boga. Ładną świątynią, w której ważniejsze są zdobne freski i złoto na ołtarzu niż sens, dla którego w ogóle się w tym kościele zbieramy. Może jest to zgodne z filozofią autora. Filozofią życiową, którą stara się nam wyłuszczyć w książce. Nie wiem, może i tu się z nami bawi. Nie chce mi się nad tym zastanawiać. Wracam do Neapolu.

Sprawdź:

[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/pisarze-w-reklamach/”]Czy pisarz musi być biedny?[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/60-faktow-z-ksiazki-fakty-do-kupy/”]60 faktów, które nie zmienią Twojego życia[/button]
  • Piotr Rozycki

    Podziwiam za obiektywizm. Dobra recenzja. Ja chyba mam jednak zbyt dużą niechęć do autora.

  • Pociąłbym się, jesli miałbym spędzić pięć godzin przy czymś, co przy 5 minutach sprawdzania cytatów i fragmentów doprowadza mnie do gorączki.

  • Mishka

    Negatywna recenzja “Thorna” w blogosferze? No ładnie, ładnie 🙂 A myślałem, że to ja jestem jakiś dziwny i nie rozumiem tej książki 🙂 Moja opinia zapewne byłaby trochę łagodniejsza bo jednak wątek fabularny mnie do pewnego stopnia zaciekawił, natomiast fragmenty motywacyjne chętnie otoczyłbym w wydaniu jakimiś ramkami żeby można je było łatwo pomijać. No i nie mogę się przyczepić do wydania – dla mnie jest cudowne 🙂 Natomiast książkę przeczytałem w jeden wieczór, odstawiłem ją na półkę i jakoś więcej o niej nie pomyślałem – chyba nie zmieniła mojego życia 🙂

    • W blogosferze akurat jest całkiem sporo podobnych opinii. Niech pisze. Może kolejne lepsze.

  • OK, czyli nadal myślę, że niewiele straciłem, nie czytając. Wracam do źle idącego meczu z Niemcami 🙂

  • Świetna napisane! Fragment ” ale niestety nie jestem osobą, do której przemawiają rady operujące wytrychami w stylu: „wszyscy”, „zawsze”, „każdy”, „nigdy”. ” dosłownie wymiótł, bo irytacja z powodu ciągłego powtarzania tych słów towarzyszyła mi przez całą książkę. Najlepsza z wszystkich recenzji Thorna które czytałam 🙂

  • Jak dobrze że są jeszcze recenzje skupiające się na książce a nie autorze. Vandrer upatruje głównej bolączki THORNa w tym co Ty, czyli nieumiejętnym łączeniu fabuły z tekstami motywacyjnymi. Gdyby nad tym popracował byłoby nawet całkiem całkiem.