Smutna matka Frankensteina

Mary Shelley stworzyła swoją najsłynniejszą powieść w wyniku “pojedynku” z Lordem Byronem. Pojedynku na opowiadania grozy. Była poetką, która zrodziła jednego z najbardziej znanych potworów w historii literatury, a przy okazji zadała kłam twierdzeniu, że kobiety nadają się tylko do szydełkowania i pisania ckliwych wierszy miłosnych. Skazana na sukces od urodzenia po latach stała się ikoną. Choć jej życie pełne było smutku.

Brzemię

Mary Shelley na świat przyszła jako Mary Wollstonecraft Godwin. Talent pisarski i niezależność odziedziczyła po rodzicach. Matka była feministką z zacięciem do filozofii, a ojciec pisarzem i dziennikarzem. Można więc powiedzieć, że obracając się w kręgach znanych jej rodzicom nie mogła zostać kurą domową. Tym bardziej, że po śmierci Mary Wollstonecraft – tak się nazywała jej mama, a zmarła krótko po porodzie – to ojciec dbał o edukację i wychowanie córki. Shelley jak na kobietę żyjącą XIX wieku otrzymała wyjątkowo szerokie wykształcenie. Nie chodziła jednak do szkół. O wszystkim myślał William Godwin, który zapewniał jej prywatnych nauczycieli i opiekę guwernantki. Udostępniał swoje książki, a dodatkowo Mary czerpała sporo ze znajomości z jego przyjaciółmi. Wśród nich byli oczywiście pisarze i filozofowie, więc siłą rzeczy mała Mary od początku obracała się w środowisku, którego w przyszłości stanie się częścią. William po śmierci żony często przyznawał, że nie wie, czy da sobie radę z wychowaniem córki. Z tego powodu w 1801 roku jego żoną została Mary Jane Godwin, co miało ogromne znaczenie, bo można się spotkać z opinią, że od tej pory William faworyzował dzieci Mary Jane. Jego nowa żona prowadziła wydawnictwo zajmujące się publikacją książek dla dzieci i to właśnie za sprawą tego wydawnictwa Mary opublikowała pierwszy wiersz, “Mounseer Nongtongpaw”, który pojawił się w 1807 roku, czyli gdy bohaterka tekstu miała raptem dziesięć lat.

Nie wiem, czy ojciec faktycznie faworyzował jej przybrane rodzeństwo. Wiem natomiast, że z przyjemnością, ale i odrobiną zatroskania, obserwował to, co działo się z jego córką. Kiedy miała piętnaście lat opisał ją tak:

…wyjątkowo śmiały, nieco władczy i aktywny umysł . Ma wielkie pragnienie poznawania, a jej wytrwałość we wszystkim na co się decyduje jest niesamowita.

Coraz częściej okazywało się, że Mary będzie kimś. Jej potrzeba wiedzy, ale i ogromny talent wskazywały, że nie porzuci pisania. Była niezależna i robiła to, co dyktowało jej serce. Niestety nie zawsze konsekwencje tych czynów były przyjemne. Tak jak, gdy w wieku szesnastu lat poznała Percy’ego Shelley’a. Para zakochała się w sobie, ale był jeden problem. Percy był już żonaty. Miał dziecko, a kolejne było już w drodze. Zakazany romans można podsumować jednym słowem. Katastrofa. Mary i Percy uciekli do Europy. Ojciec nie chciał widzieć córki na oczy, ona sama zaszła w ciążę, była bez pracy, a dodatkowo postrzegano ją jako kobietę rozbijającą święte związki małżeńskie – mówiąc krótko jako dziwkę. Na domiar złego finał tych wydarzeń był taki, że żona Percy’ego popełniła samobójstwo, kiedy była w trzeciej ciąży. Myślicie, że pisarki nie mogło już spotkać nic gorszego? Pomyślcie drugi raz, bo jej pierwsze dziecko urodziło się dwa miesiące przed terminem i ostatecznie zmarło kilka tygodni później.

Po prostu kochaj

Czasami przypadek i właściwi ludzie we właściwym miejscu sprawiają, że nasz los może się odmienić. W przypadku Shelley przełomem było spotkanie z Lordem Byronem. Jeden z największych angielskich dramaturgów podczas rozmowy, w której uczestniczyła Mary, zaproponował, że dla przyjemności powinni sprawdzić, kto wymyśli lepsze opowiadanie o duchach. Podjęte wyzwanie zaprzątało głowę Shelley do tego stopnia, że przyśniło jej się coś, co nadawało się na opowiadanie. Zaraz po przebudzeniu zaczęła spisywać szkic opowieści, która ostatecznie przerodziła się w powieść. W ten sposób dwa lata po wyzwaniu rzuconym przez Lorda Byrona opublikowano “Frankensteina”. Autorka kilka razy wspominała to wydarzenie:

Spędziłam lato 1816 roku w okolicach Genewy. Było wyjątkowo zimno i deszczowo, i wieczorami zbieraliśmy się przy kominku, delektując się niemieckimi opowiadaniami o duchach. Te baśnie budziły w nas chęć, by je naśladować. Dwoje przyjaciół oraz ja postanowiliśmy, każde z osobna, wymyślić historię opartą na fenomenach nadprzyrodzonych.

I teraz dochodzimy do najciekawszego – moim zdaniem – aspektu tej powieści. Wszyscy znamy potwora stworzonego przez Shelley, a przynajmniej tak nam się wydaje. Jej historia została przemielona przez mechanizmy popkultury setki razy. Mało kto jednak zastanawia się, jak bardzo mit Frankensteina połączony jest z życiem autorki. Bo to, że ona napisze coś przełomowego było dla wielu pewne. Shelley była dzieckiem ludzi, których poglądy pod koniec XVIII wieku uznawano za radykalne. Wychowywana bez matki przez całe swoje życie będzie poszukiwać wsparcia i miłości. Swoją tęsknotę i potrzeby wyrażać będzie poprzez literaturę i o tym jest właśnie “Frankenstein”. To dzieło kobiety, która potrzebowała rodziny. Jej potwór, to tak naprawdę ona. Nie zawsze rozumiana, odrzucona przez swojego ojca, bez matki. Pęd do wiedzy, bezkompromisowość były ważne, ale najważniejsza była prawdziwa rodzina, której Shelley nigdy nie miała, a dodatkowo nigdy nie miała też stworzyć. Wisiał nad nią cień ojca, który z jednej strony córkę podziwiał, a z drugiej strony nie przejawiał żadnych innych uczuć czy potrzeby utrzymywania z nią kontaktu. Anne Kostelanetz Mello w książce “Her Life, Her Fiction, Her Monsters” cytowała znajomych rodziny Godwinów, którzy o ojcu Mary mówili tak:

Godwin interesował się córką, gdy ta była mała, ale gdy dorastała coraz trudniej przychodziło mu okazywanie uczuć. Stał się dziwny i miał wielką trudność z wyrażaniem, co tak naprawdę czuje w stosunku do córki.

Na powstanie “Frankensteina” spory wpływ miała też wspominana strata pierwszego dziecka. Shelley otoczona przez śmierć w swojej najsłynniejszej książce rozprawia się z mitem narodzin. Victor Frankenstein nie radzi sobie jako ojciec dla swojego syna. Tak jak nie radził sobie z tą rolą ojciec autorki i tak jak ona obwiniała się za przedwczesną utratę córki. Choć krytycy spierają się, jak interpretować jej dzieło, ja skłaniam się ku temu, że to przede wszystkim manifest kobiety, która staje w obliczu nowej roli i zwyczajnie się boi. Strach jest czymś naturalnym, ale powstaje pytanie, czy i jak potrafimy sobie z nim poradzić.

Z taką interpretacją spotkacie się najczęściej, gdy głos zabiorą kobiety. Tą popularniejszą jest postrzeganie “Frankensteina lub współczesnego Prometeusza” jako historię o dylemacie moralnym. O tym, czy człowiek powinien stawiać się na równi z Bogiem. To w końcu dla wielu z nas przestroga przed tym, gdzie leżą granice nauki i medycyny. W takiej interpretacji pomaga fakt, że Shelley pisząc książkę starała się opierać na dokonaniach współczesnej medycyny. To wyróżniało ją od innych pisarzy. Owszem ciągle mieliśmy do czynienia z literaturą fikcji, którą postrzega się jako początek gatunku science fiction i w przeciwieństwie do jej kolegów czy koleżanek po fachu autorka przy okazji fiction umieściła w książce sporo science. Przez wiele lat skłaniałem się ku tej naukowej interpretacji, ale po zagłębieniu się w biografię pisarki wiem, że nie można pomijać aspektu miłości. Jej potwór łaknął więzi i przywiązania z ludźmi. Narastający żal sprawił, że sięgnął po to, co dawało mu przynajmniej iluzoryczną kontrolę nad innymi. Po swoją siłę.

Kto jest większym potworem?

Shelley przez całe swoje życie napisała jeszcze kilka powieści, które można wpisać w nurt literatury fantastycznej. Choć postrzegana przez recenzentów jako pełnoprawny pisarz nie była darzona przez nich sympatią. Nawet po śmierci kojarzona była przede wszystkim jako żona swojego również piszącego męża i autorka tej historii o potworze. W odbiorze jej osoby nie pomagały jej decyzje i dość radykalne podejście na przykład do kwestii politycznych. Dość napisać, że przez atmosferę wokół swojej osoby pierwsze wydanie “Frankensteina” pojawiło się bez prawdziwego imienia i nazwiska autorki.

Tym krótkim tekstem chcę zwrócić uwagę na to, że warto – a czasem wręcz trzeba – sięgać wiele razy po klasykę literatury. Szczególnie, gdy wydaje nam się, że wszystko już o niej wiemy. Wydawało mi się, że wiem o czym jest “Frankenstein”, ale w rzeczywistości wyszło na to, że nie wiem, jak go interpretować, bo nie wiedziałem, jak wyglądało życie autorki. Dlatego teraz za każdym razem jak widzę smutne oczy potwora, którego stworzyła czuję, że to są jej oczy. Kobiety, która po prostu chciała mieć normalną rodzinę.

Sprawdź:

[tw-button size=”large” background=”” color=”” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/najlepsze-horrory-na-halloween-2014/”]5 horrorów, które trzeba obejrzeć[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/choroby-cierpieli-bohaterowie-slynnych-horrorow/”]Na jakie choroby cierpieli bohaterowie słynnych horrorów[/tw-button]
  • kkk

    Swietnie napisany artykul. Sklonil mnie do ponownego siegniecia po te ksiazke.

    • Dziękuję. “Frankenstein” to jedna z najsmutniejszych historii jakie przeczytałem, a przy okazji jedna z tych najlepszych 😉

  • Miałam to szczęście, że “Frankenstein” był moją lekturą na studiach, a prowadząca dość dokładnie omówiła biografię autorki. Zarówno w tej biografii, jak i w książce jest mnóstwo ciężkich emocji, są bardzo przygnębiające, ale może m.in. dzięki temu to tak fascynuje?