Trochę się na panu zawiodłem panie Gaiman

Zastanawiałem się od czego zacząć. Dlatego zacznę od tego, że jestem zaskoczony. “Mitologia nordycka” ostatecznie okazała się czymś innym niż mogły na to wskazywać zapowiedzi. Oto bowiem Neil Gaiman oddał w nasze ręce książkę, która jest wynikiem jego fascynacji – to chyba nie jest nadużycie – mitologią północy Europy. Miał to być efekt jego pracy i badań. Coś co w połączeniu z jego niewątpliwym talentem literackim sprawi, że mitologia nordycka zostanie przywrócona przeciętnemu czytelnikowi. Bo ten z nią, chcąc nie chcąc, się styka. W zasadzie w całej popkulturze widać odpryski wierzeń ludów mroźnej północy. Komiksy, seriale, literatura, kino czy gry. Wymieniajcie, co chcecie.

Na książkę cieszyłem się też z tego powodu, że liczyłem na to, iż Gaiman przypomni mi to, co mnie tak wciągnęło, gdy czytałem “Mity Skandynawskie” Rogera Lancelyna Greena. Książkę, od której wiele osób w ogóle zaczyna poznawanie Odyna i jego wesołej czeredy bogów. To zresztą chyba najbardziej znana pozycja w Polsce, jeżeli chodzi o opisanie mitologii, która potrafi mocno rozpalić wyobraźnię, gdy ktoś ma naście lat. No właśnie. Naście lat.

Dalszą część tekstu możecie sobie umilić słuchając Wardruny. Polecam.

Narodziny świata

Obcowanie z “Mitologią nordycką” Gaimana przypomina mi linię żywota bogów, których pisarz opisuje. Najpierw jest początek i zachwyt. Nad narracją. Nad łatwością snucia opowieści. Gaiman stara się od początku jawić jak bajarz, którego słuchacie siedząc przy kominku. Zwraca się do nas bezpośrednio i pierwsze wyobrażenie jakie miałem, to Deckard Cain, który rzuca w moją stronę słynne już – przynajmniej wśród fanów Diablo i okolic:

Stay awhile and listen – lepiej posłuchaj, bo później nie będzie już odwrotu

Zaczyna się naprawdę dobrze. W sumie tak, jak trzeba. Od przedstawienia głównych bohaterów opisywanego dramatu. Z odrobiną humoru, ironii. Ze swadą, przystępnie dla współczesnego czytelnika. Prosto, ale nie prostacki. Zresztą swoje bardzo wczesne wrażenia opisałem na Facebooku. I tam też niektórzy czytelnicy zaczęli sprowadzać mnie na ziemię, że ostatecznie tak dobrze nie będzie:

Ci którzy mnie ostrzegaliście, mieliście rację. Im dalej w las tym więcej było w tym bajania niż wgryzania się w temat. Więcej literackich popisów niż czegoś, co sprawiłoby, że wstałbym w tramwaju i przyklasnął.

Droga ku przeznaczeniu

Wszystko przez to, że to, co przeczytacie to zbiór – prawdopodobnie – ulubionych historii Gaimana. Pisarz chyba sam zresztą o tym wspominał. Ładnie opakowane, spisane, w niektórych miejscach uproszczone, ale i ujednolicone. To ostatnie jest o tyle istotne, że jak z każdymi podaniami tak i z mitologią nordycką jest tak, że wersji wydarzeń jest wiele. Czasami różnią się drobnymi szczegółami, a czasami czymś więcej. Dlatego nie widzę nic złego w tym, aby spróbować pewne rzeczy naprostować. Nawet, jeżeli ktoś się z tym nie zgadza.

Mój największy problem z “Mitologią nordycką” polega na tym, że za dużo w niej początku, trochę jest też końca, ale mało środka. Nie chcę psuć nikomu zabawy. Dlatego napiszę tylko, że wybrane historie są interesujące, ale jednocześnie jest ich tak mało i są tak krótkie, że w ostatecznym rozrachunku można je traktować jako wstęp do czegoś większego. Niby bogów poznajemy, ale nie poznajemy ich za bardzo, a przynajmniej nie wszystkich. Najwięcej jest Thora i Lokiego. Reszta się pojawia, ale jako postacie drugoplanowe. Dobrym przykładem jest Heimdall. Jest, wiemy, kim jest i wiemy, co ostatecznie zrobi i czego to będzie sygnałem. Tylko, co z tego? Jego egzystencja nie sprowadzała się tylko do tego, że potrafił spojrzeć dalej przez czas i przestrzeń niż reszta bogów. Że ich strzegł.

To jednak jest prawo pisarza. Wybrał to, co uznał za stosowne. Szkoda tylko, że to co ostatecznie wybrał nawet przy całym swoim talencie opisuje w sposób, który z jednej strony zajmuje, a z drugiej sprawia, że na polikach na pewno nie pojawią się wypieki ekscytacji. Trochę tak, jakby pisał o bogach, ale bez boga. Jakby wszystko działo się gdzieś obok nas. Bez specjalnego angażowania czytelnika. Wspomniany bajarz na początku potrafi zaczarować. Tylko z czasem i kolejnymi stronami magia gdzieś powoli znika.

Ragnarök

Być może to efekt tego, że jak wszystko tak i “Mitologia nordycka” musi mieć swój koniec. Końce to w sumie istotna część początków. Dlatego liczę, że ci, którzy sięgną po książkę Neila Gaimana potraktują ją jako początek. Do zgłębienia tematu. Jest co zgłębiać, bo mitologia z północy jest momentami surowa, ale w całej swej surowości romantyczna. Jest brutalna, ale i subtelna. W wielu miejscach jest też koronnym przykładem jak wiele elementów wspólnych miały w sobie wierzenia zarówno te poli, jaki i monoteistyczne.

Nim rzucą się na mnie ci, którzy Gaimana uwielbiają poza wszelką krytykę poczekajcie. To nie tak, że ta książka jest zła. Że się męczyłem. Że jej nie mogę polecić. “Mitologia nordycka” nie jest książką złą. Jest książką, która najlepiej sprawdza się jako pierwsza pozycja dla tych, którzy z Odynem, Tyrem czy Hel nigdy się nie zetknęli. To jest właśnie ten dobry początek. A nawet jak nie tak dobry, to przynajmniej jakiś początek. Gaiman jest zbyt dobrym pisarzem, aby czytając bolały Was zęby. Fakt można przyczepić się do tego, że całość jest momentami “płaska”, wyzuta z baśniowego romantyzmu. Czyta się ją szybko, wręcz bardzo szybko. Nie uwodzi jednak i nie rozpala wyobraźni. Przynajmniej nie mojej.

Być może jestem już po prostu za stary. Może gdybym miał naście lat, inaczej podszedłbym do tej pozycji. Odczucia byłyby inne. A tak pozostaje mi tylko oddać się na łaskę tych, którym “Mitologia nordycka” Gaimana się podoba. Mi też się podoba, tylko po lekturze nie czuję nic. Kompletnie nic.

PS. “Największą” zaletą “Mitologii nordyckiej” jest to, że dzięki opisowi ostatnich dni Lokiego w końcu przestałem myśleć o tym z czym kojarzyły mi się pewne wydarzenia związane z Flokim w serialu “Wikingowie”. Jednak nic więcej nie napiszę oprócz tego, że jestem spokojniejszy.

PPS. Dwa słowa na koniec o wydaniu. Książka wydana przez MAG jest wydana pięknie. Aż miło patrzy się na nią na półce. Naprawdę.

Fot. tytułowa to kolaż fragmentów okładek płyt z muzyką do dwóch części “Banner Saga”. Świetne gry. Warto sprawdzić.

Total
25
Shares
  • Dlatego dużo bardziej podobała mi się “Ewangelia według Lokiego” Joanne Harris, która wyszła u nas tak z rok temu. Niby autorka szatkuje mity, wprowadza dużo zmian i używa współczesnego języka (mnie to nie raziło, ale w opiniach innych to częsty zarzut), ale historia ma początek, rozwinięcie i koniec. A co ważniejsze, można się w nią zaangażować emocjonalnie. Wersja Gaimana to bardziej streszczenie przetkane kilkoma dowcipnymi momentami i dialogami.