Fantasy to coś więcej niż Tolkien i Martin – Część 11

Witaj wędrowcze. Widzę, że ciągle wracasz, aby sprawdzić, co nowego możesz przeczytać. Dziesięć części – a w rzeczywistości trochę więcej, bo w pewnym momencie mi się wszystko pomieszało – to zdecydowanie za mało. Ciągle brakuje ci książek. Ciągle chcesz więcej. Szukasz, zastanawiasz się, co jeszcze zostało do sprawdzenia. Skoro tak, to usiądź na chwilę i posłuchaj. Mam dla Ciebie coś nowego.

“The Chronicles of Prydain” – Lloyd Alexander

Są serie, które każdy powinien przeczytać, ale z jakiegoś powodu mało kto po nie sięga, a gdy w końcu po nie sięgnie, to jest już stary i niedługo umrze. Wtedy zadaje sobie pytanie, dlaczego przeczytałem to dopiero teraz? Gdzie były te książki przez wszystkie lata, gdy byłem jeszcze młody i piękny. Z serią “The Chronicles of Prydain” jest dokładnie tak, jak napisałem. Nikt tego nie czytał, ale gdy w końcu przeczyta to zastanawia się, dlaczego dopiero teraz. W tym wypadku jest to o tyle istotne, że książki Alexandra kategoryzowane są jako fantasy dla dzieci. Rzecz w tym, że co z tego? W przypadku niektórych książek – weźmy na przykład “Rudego Dżila i jego psa” – wiek nie ma absolutnie znaczenia, bo zostały tak dobrze napisane, a przy okazji niosą ze sobą tyle mądrych spostrzeżeń, że można do nich wracać i wtedy, gdy samemu jest się już dziadkiem. Seria stworzona przez Alexandra jest uważana za jedną z najlepszych serii fantasy dla młodszego czytelnika i teoretycznie nie powinna się Wam spodobać, bo przecież tutaj główny bohater jest po prostu dobry i robi dobre rzeczy, bo czuje, że trzeba być przyzwoitym gościem. W ten sposób nie wpisuje się w modę na mrok i martwe noworodki. I w tym moi drodzy rzecz, nawet od tych noworodków trzeba od czasu do czasu odpocząć. I Alexander taki odpoczynek oferuje. Seria mocno osadzona jest w mitologii prosto z Walii, więc choćby dlatego jest interesująca. Jest też na szczęście dobrze napisana i oferuje szansę na przypomnienie sobie, jak to jest być dzieckiem. Oprócz tego na bazie książek w 1985 roku Walt Disney Pictures stworzyło jeden ze swoich zapomnianych przez ogół filmów, czyli “Taran i magiczny kocioł”. Książki w serii to:

  • The Book of Three,
  • The Black Cauldron,
  • The Castle of Llyr,
  • Taran Wanderer,
  • The High King.

Miłośników klasyfikacji informuję, że jest to czystej wody high fantasy.

“Land Fit for Heroes” – Richard Morgan

Skoro powyżej wspomniałem o mroku, to mam dla Was też coś idealnie wpisującego się w ten nurt. Książki Richarda Morgana, to na pierwszy rzut oka tradycyjne fantasy. Teoretycznie wszystkie elementy charakterystyczne dla gatunku są na miejscu, ale wszystko się zmienia w momencie, gdy wczytacie się w to, co Morgan ma do zaoferowania. Jedną z głównych rzeczy, która go wyróżnia to skupienie się na seksualności bohaterów. Główny bohater jest gejem, jego towarzyszki to lesbijki, a do tego mamy też niewyżytego seksualnie barbarzyńcę. Seksu w tych powieściach jest dużo, momentami aż za dużo. Gwałty są na porządku dziennym, a krainy, które przemierzają bohaterowie to zdecydowanie nie są umajone łąki, po których biegają jednorożce, które właśnie zjechały z tęczy. Są te elementy science fiction, z którym Morgan jest mocno związany. Są mocno zarysowane postacie. Czasami może zbyt grubą kreską, ale taka wola autora. O czym jest seria? O ratowaniu świata, który na ratunek nie zasługuje. Zresztą pierwsza część może spodobać się fanom Wiedźmina, bo Ringil Eskiath, jest zmęczonym życiem cynikiem, który częściej chleje niż kogoś ratuje. To fantasy dla dorosłych. Może nie wybitne – powiedziałbym, że maksymalnie dobre – ale możecie po nie sięgnąć. Z czystej ludzkiej ciekawości, gdy skończą się Wam inne opcje. Wiem, że taki opis może nie zachęca do czytania, ale wolę być z Wami szczery. Choć Joe Abercrombie – autor serii “Pierwsze prawo” – bardzo Morgana chwalił, a przynajmniej pierwszy tom:

Śmiała, brutalna i bezkompromisowa – Morgan nie tyle odwraca charakterystyczne elementy gatunku, co rąbie je siekierą.

Książki z serii to:

  • Stal nie przemija – jedyna wydana po polsku, chyba że coś mnie ominęło
  • The Cold Commands,
  • The Dark Defiles,

“Niecni Dżentelmeni” – Scott Lynch

Jeżeli jesteście pomywaczami, kelnerami, projektujecie strony internetowe, czyścicie baseny czy zbieracie złom, ale w głębi duszy marzycie o tym, aby być pisarzami, to patrzcie na Scotta Lyncha. Ten amerykański pisarz parał się przynajmniej częścią tego, co napisałem, ale miał jeden cel. Chciał pisać książki. No i pisał, a to co napisał okazało się całkiem przyjemne. Bo weźmy sam pomysł. Lynch prezentuje nam bohaterów, którzy są złodziejami. Okradają bogatych i nie, wbrew temu, co możecie myśleć wcale nie rozdają swoich łupów biednym. Zamiast tego żyją w dostatku, bo mogą. Bo przecież po to kradną, by pić, bawić się, a nie po to, aby ryzykować życie dla małej Justynki, która pomyka tylko w jednej sukience od dziesięciu lat. Książki z serii opowiadają historię wspomnianych złodziei i to ożywcza zmiana, bo w tle nie czai się wielkie zło, nie ma ratowania świata, który zasługuje na ratunek – albo nie zasługuje, jak pisałem powyżej. Nawet główny bohater to jedna wielka ściema. W końcu jest oszustem. Ludzie wierzą, że jest wielkim fechmistrzem, prawie duchem. W rzeczywistości Locke Lamora jest najwyżej przeciętnym szermierzem, bo w rzeczywistości najlepiej czuje się w wymyślaniu kolejnych przekrętów. Im bardziej skomplikowane, tym lepsze. Gdyby Lamora istniał naprawdę, to pewnie stałby na czele jakiejś skomplikowanej piramidy finansowej. Jest w tym za to duch powieści awanturniczych spod znaku płaszcza i szpady. To lekkie fantasy, rozrywkowe, które nie zostawi Was z poczuciem odkrycia na nowo boga. Raczej dostarczy masę dobrej zabawy, tak po prostu.

  • Kłamstwa Locke’a Lamory,
  • Na szkarłatnych morzach,
  • Republika złodziei,
  • W tym roku ukazać ma się kolejna powieść “The Thorn of Emberlain”, kolejne są w przygotowaniu.

“Brama śmierci” – Margaret Weis i Tracy Hickman

Serie bazujące na światach, które przemierzamy w grze Dungeons & Dragons dzielą się na kilka grup. Najmniejsza to te, które naprawdę warto przeczytać. Później są średniaki, grupa trochę liczniejsza, ale tak naprawdę większość to po prostu tanie czytadła, które często nie są warte papieru, na którym zostały wydrukowane. “Brama śmierci” mieści się gdzieś na początku drugiej grupy momentami pukając do tej pierwszej. To klasyczne fantasy z elfami, krasnoludami, smokami i całą resztą magicznej menażerii. Nie mamy jednego świata, a cztery, które kiedyś były jednym. Każdy z nich to inny żywioł, a po środku wszystkiego labirynt, w którym uwięzieni zostali ci, którzy chcieli przejąć władzę. Oczywiście jak to zwykle w przypadku takich historii bywa, pokój – względny – nie mógł trwać wiecznie i w końcu ktoś znalazł wyjście z labiryntu. Wiecie, co się dzieje, jak ktoś wylezie z labiryntu. No wiecie, przecież na co dzień nie ma labiryntów, a jak jakieś są, to po to, aby zamknąć tam wielkie zło lub Soosa – jak nie oglądaliście “Wodogrzmotów Małych” to nie wiecie o czym piszę. Choć od Weis i Hickmana wolę sagę “Dragonlance” to jak szukacie czegoś niezbyt wymagającego, ale mimo to wciągającego i właśnie w klimacie high fantasy, to “Brama śmierci” może być dobrym wyborem. Nie oczekujcie cudów, oczekujcie solidnej dawki przygód, spisków i smoków.

  • Arianus – Kraina Powietrza,
  • Pryan – Kraina Ognia,
  • Abarrach – Kraina Kamienia,
  • Chelestra – Kraina Wody,
  • The Hand of Chaos,
  • Into the Labyrinth,
  • The Seventh Gate.

“Trylogia Anioła Nocy” – Brent Weeks

Przy okazji tej odsłony zorientowałem się, że nigdzie nie pojawił się Brent Weeks. Dlatego nadrabiamy i jako ostatnią pozycję w tej odsłonie proponuję Wam “Trylogię Anioła Nocy”. Książki opowiadają o przygodach młodego chłopaka, sieroty, który rozpoczyna swoją pracę jako morderca. Pomysł jest sztampowy, bo nie dość, że chłopak jest mordercą, to jeszcze jest sierotą i wychował się w slumsach. Na szczęście rekompensuje to historia, która jest bogata w zwroty akcji i samą akcję. Momentami może Weeks za bardzo wszystko komplikuje, tym bardziej, że ostatecznie i tak brnie dalej w te wszystkie fabularne zawijasy, ale mimo wszystko to może się podobać. Warto też zaznaczyć, że pierwszy tom serii, to debiut Weeksa, więc można mu wybaczyć błędy. Później jest już lepiej.

  • Droga cienia,
  • Na krawędzi cienia,
  • Poza cieniem,

Są jeszcze opowiadania zebrane w książce “Cień doskonały”.

To wszystkie serie w tej odsłonie. Być może wkrótce pojawią się kolejne. Być może, bo zaczynają mi się kończyć serie, które naprawdę warto polecić. Choć możecie podrzucać swoje typy w komentarzach.

 

  • Morgana chyba MAG planuje wydać, tzn. reedycję części pierwszej i potem kolejne.

    A do polecanek można dodać nowego Abercombiego, czyli trylogię „Morze Drzazg” – co prawda młodzieżówka, ale czyta się świetnie.

    • Dorzucimy 🙂

      A co do serii Morgana to bardzo dobrze, niech wydają 🙂

  • Rafał

    Cykl Ostatnie Imperium mi osobiście się bardzo podobał

  • Varginius

    Jeśli tutaj dodałeś Anioła Nocy to chyba grzechem byłoby w następnej części nie polecić Powiernika Światła również Brent’a Weeks’a 😉

  • Karen

    Brakuje mi jeszcze na tej liście:
    “Shannara” Terry’ego Brooksa – nie jest to może wybitna literatura, a pierwszy tom to wręcz plagiat “Władcy Pierścieni”, ale z każdym kolejnym tomem jest coraz lepiej, no i jest to dobra seria dla młodzieży, zaczynającej swoją przygodę z fantasy;
    “Conan” Roberta Howarda – klasyk, wstyd nie znać, tym bardziej, że ostatnio było kilka reedycji;
    “Fafhrd i Szary Kocur” Fritza Leibera – mniej znany, ale na Zachodzie zaliczany do klasyki, świetny miks fantasy przygodowej, humorystycznej i dark fantasy, do tego parę lat temu Solaris wydało cały cykl;
    “Mistrz Zagadek” Patricii McKilip albo “Zapomniane Bestie z Eldu” tej pani -właściwie cokolwiek tej autorki, gdyż pisze piękne, baśniowe historie, trochę inne od standardowej high fantasy – no i jej wielkim fanem jest Andrzej Sapkowski, co samo w sobie powinno stanowić rekomendację;
    “Heroldowie z Valdemaru” Mercedes Lackey- specyficzny cykl, mocno inspirowany “Światem Czarownic”, ale wystarczająco oryginalny, momentami trochę infantylny, ale idealny dla młodszego czytelnika i fanów Norton;
    “Kupcy i żywostatki” Robin Hobb – rozgrywa się w tym samym uniwersum co “Trylogia Skrytobójcy”, a jest nawet lepszy, jeśli chodzi o kreację postaci, świata przedstawionego i skalę wydarzeń;
    “Vlad Taltos” Stevena Brusta – bardzo oryginalny cykl, naprawdę ciekawe spojrzenie na niektóre motywy występujące w fantasy (elfy), łączy fantasy z powieścią kryminalną -w Polsce wydano niestety chyba tylko 5 tomów;
    “Gormenghast” Mervyna Pyke’a – połączenie fantasy i powieści gotyckiej, momentami świetny, ironiczny humor i jedna z najbardziej oryginalnych wizji, jakie kiedykolwiek powstały;
    “Tigana” Guya Gavriela Kaya czy jakakolwiek jego powieść z typu “pseudohistorycznych” – “Fionavarski Gobelin” już był, ale on akurat mocno czerpie z twórczości Tolkiena (moim zdaniem momentami zbyt mocno), natomiast gość pisze rewelacyjne powieści bazujące na rzeczywistych miejscach i wydarzeniach z historii świata i chyba nie trafił się wśród nich jeszcze gniot;
    “Był sobie raz na zawsze król” T.H. White’a – jeśli już mowa o powieściach zekranizowanych przez Disney’a i cyklach inspirowanych legendami arturiańskimi – absolutny klasyk i pozycja dla czytelnika w każdym wieku, choć w zasadzie im jest się starszym, tym więcej warstw się tam odkrywa;
    na razie tyle mogę sobie przypomnieć, ale jest tego znacznie więcej 🙂

    • Alv

      Brakuje mi tutaj świetnej serii Stracharza, bo wspomnieć o zwiadowcach (w którejś z poprzednich list) a ominąć ta serię to grzech! 🙂
      I warto też wspomnieć o Trudu Canavan, której książki może nie są wybitne ale zdecydowanie obdarzone potężnym magnetyzmem

  • Beduin

    Mnie brakuję tutaj serii królestwo zmierzchu toma lloyda

    • Beduin

      A co do weeksa to według mnie lepsza seria to saga powiernika światła. Ciekawy nowy sposób pokazania magii i nie taka banalna fabuła. Oczywiście główny bohater to też biedny chłopiec ktory zyskuje fantastyczne moce ale mimo to myślę że warto po to sięgnąć.

      • kanis

        Muszę się nie zgodzić. Trylogia Anioła Nocy to była moja pierwsza przygoda z literaturą fantasy, która wciągnęła mnie dosłownie po uszy. Pokochałem tę trylogię i do dziś jest to jedna z moich najukochańszych i ulubionych historii, do której zresztą jeszcze powrócę, by przeczytać ją ponownie. Pamiętam, że po zakończeniu przygody z Kaylarem i Durzo Blintem długo wahałem się przed sięgnięciem po nową trylogię Brenta Weeksa. Miałem obawy, że nie spodoba mi się tak jak poprzednia. W końcu przełamałem niepewność i zaczęłem czytać tom 1 Sagi Powiernika Światła. Początek nie był zły, jednak magia oparta na kolorach nie wydawała się do mnie przemawiać. Pomyślałem sobie jednak, że pewnie książka się rozkręci, więc nie ma co się zniechęcać. No i akcja co prawda ruszyła z kopyta jednak w tej powieści cały czas coś mi zgrzytało. Po pierwsze główny bohater – gruby i niezdarny, wnerwiający i strasznie schematyczny. Podobnie zresztą jak i pozostali – w tej powieści nie było ani jednej postaci, z którą mógłbym się utożsamić, co jest chyba najgorsze, co może spotkać czytelnika. W poprzedniej trylogii kibicowałem Kylarowi, zaś Durzo Blint również mnie intrygował. Tutaj odwrotnie. Po przeczytaniu połowy książki miałem dość, jednak z szacunku do autora dobrnąłem do końca, a wraz z statnią przerzuconą stroną poczułem ulgę, że to już koniec. Moim zdaniem ta seria to kompletna porażka. Wszystko tutaj trzeszczy, jest pisane na siłę, a co najgorsze sama fabuła pierwszego tomu (bo pozostałych nie czytałem) jest tak przewidywalna, że to się w pale nie mieści. No ale tak jak mówię, główny bohater, któremu momentami życzyłem, by wreszcie zamknął tę swoją niewyparzoną jadaczkę, to po prostu totalne nieporozumienie. Jakby tego było mało Brent Weeks w sposób doskonały burzył budowane napięcie poprzez właśnie wkładanie w kulminacyjnych scenach bohaterom do ust niedorzecznych wypowiedzi. Najlepszy był fragment, kiedy trwała zażarta walka z wrogiem a główny bohater w myślach rozbierał kobietę – totalny nonsens. I właśnie przez takie zabiegi tę powieść czytało mi się tak jakby to był zwyczajny pamflet napisany pośpiesznie na kolanie. Zakończenie zaś woła o pomstę do nieba z winy tłumacza. Tylu nagromadzonych powtórzeń to ja wżyciu nie widziałem w żadnej książce. Jedna wielka porażka.
        Jeżeli o mnie chodzi, to po skończonym tomie pierwszym kompletnie nie obchodzi mnie jak rozwinie się dalej akcja. Jeszcze raz powtórzę: absolutny zawód. Powieść dla małolatów. Zero oryginalności. Pretensjonalni bohaterzy. Nudna i przewidywalna fabuła. Dlatego nie polecam, choć gusta są różne. Mi się nie spodobała, a komuś być może przypadnie do gustu.

  • kanis

    Warto jeszcze wspomnieć o trylogii: “Pozaświatowcy” Brandona Mulla.
    I Opowieści o kamratach Douglasa Hulicka (Honor złodzieja oraz Przysięga stali)
    Nie pamiętam czy był już wcześniej wspomniany Pan Lodowego Ogrodu oraz Kroniki Wardstone jeżeli nie warto sprawdzić. Ja sam mam w planach przeczytać te dwie serie.

  • Adrian

    Zambocha – seria o Koniaszu czy Mroczny Zbawiciel. Tez niezgorsze:) Nie pamiętam czy była seria Metro 2033-2035 Glukhovskiego.