Przez ciemne zwierciadło, czyli najlepsze książki science fiction #3

Tak się jakoś nieszczęśliwie złożyło, że cykl z książkami fantasy rozrósł się do ośmiu części, a ten związany z książkami science fiction ma ich raptem dwie. Z tego powodu nie pozostaje mi nic innego, jak doprowadzić do zmiany tego stanu rzeczy. Najlepsze na początek będzie przedstawienie kolejnych pięciu propozycji dla tych, którzy szukają książek, w których nie giną elfy, a fikcja miesza się z nauką. Odnośniki do poprzednich części znajdziecie na samym końcu tekstu. Tradycja taka, więc niech tak zostanie.

“Żołnierze kosmosu/Kawaleria kosmosu” – Robert Heinlein

Przy okazji tekstu o Philipie K. Dicku wspominałem, że jego przyjacielem był Robert Heinlein. Pisarz oprócz tego, że pomagał swojemu genialnemu koledze miał na koncie wiele książek, które są warte uwagi. Jedną z nich są “Żołnierze kosmosu”. Książka kojarzona przez moje pokolenie głównie z tego powodu:

Film Paula Verhoevena to kawał solidnego kina science fiction i jeden z tych obrazów, które można oglądać, oglądać i oglądać, a on naprawdę ciągle daje radę. Książka pojawiła się w 1959 roku, a rok później zgarnęła Nagrodę Hugo – kolejną w karierze Heinleina – a on sam napisał ją pod wpływem zerwania przez ZSRR postanowień dotyczących zaprzestania prób z bronią jądrową. To w zasadzie manifest, któremu bardzo się dostało w USA z powodu mocno zarysowanego militaryzmu, który w świecie leczącym rany po wielkiej wojnie nie był przyjmowany jako doktryna, którą należy wprowadzać w kraju. Zostawmy jednak kwestie polityczne i zajmijmy się powodami, dla których warto sięgnąć po ten tytuł. “Żołnierze kosmosu” to jedna z najlepszych książek traktujących w ogóle o konflikcie zbrojnym. Nic w tym dziwnego, bo sam autor odebrał wykształcenie wojskowe oraz służył w marynarce wojennej. Heinlein zadbał o najmniejsze szczegóły struktur wojskowych ziemskich sił zbrojnych prowadzących wojnę z robalami. Świetnie opisuje starcia oraz zastosowaną w ich trakcie taktykę. W pewnym stopniu “Żołnierzy” można uznać za wzór dla kolejnych powieści z gatunku militarystycznego science fiction. Jest to też punkt zwrotny w karierze pisarza, który od tego momentu zabrał się za poważniejszą tematykę.

“Człowiek z wysokiego zamku” – Philip K. Dick

Skoro wspominamy Heinleina to wypada postawić obok jego przyjaciela. Philip K. Dick wielkim pisarzem science fiction był. Z tym chyba nie będziemy dyskutować. Dowodów na swój talent zostawił sporo, a jednym z nich jest “Człowiek z wysokiego zamku”. Nie wiem czy wiecie, ale ta książka oprócz tego, że jest świadectwem talentu jest też świadectwem, jak niezwykłym pisarzem był Dick. Napisał ją bowiem pod wpływem “Yijing”, czyli “Księgi przemian”, czyli jedną z najważniejszych ksiąg taoizmu. To powieść trudna, przez którą przebrnąć jest sporą sztuką, ale gdy już damy jej szansę dostajemy coś czego nie da się napisać słowami. Próbował Maciej Parowski w przedmowie do polskiego wydania:

Nieszczęścia, jakie wyrządza wojna ludności miast, granicom i państwom, opisują bataliści; zagrywkami polityków zajmują się stratedzy; zmagania wodzów analizują specjaliści od logistyki, rodzajów broni, gospodarki i szyfrów… Dicka interesowało to, co się wyprawia z duszami. Toteż odwracając w tej książce znane wszystkim losy wojny, pokazał historię jako udrękę, pułapkę, niezrozumiały spektakl wprawiający w przerażenie, wobec którego pozostajemy bezradni. Chyba że ocalejemy, że odzyskamy równowagę w wyniku kaprysu losu. Który czasem odpowiada na nasze starania, na modlitwy, tęsknoty.

W skrócie chodzi o to, że oto dostajemy świat, w którym wojnę wygrywają państwa Osi. Dick skupił się na losie kilku bohaterów, którzy próbują ułożyć sobie życia w powojennej rzeczywistości. Tak jak Heinlein skupił się na militarnym aspekcie wojny, tak Dick pokazał, że szary człowiek nigdy nie wygrywa wojny. Bez względu na to czy jesteście wśród zwycięzców, czy przegranych cena jaką płacicie jest wysoka. To jest właśnie ten egzystencjalizm charakterystyczny dla powieści tego pisarza.

“2001: Odyseja kosmiczna” – Arthur C. Clarke

Książka, bez której nie może istnieć żadna lista, która korzysta z przymiotnika “najlepsze”. Jej autor to jeden z najwybitniejszych pisarzy science fiction w historii. Z “Odyseją” jest ten problem, że większość ludzi kojarzy przede wszystkim film Stanley’a Kubricka. Dzieło wybitne, do które napisał scenariusz razem z Clarkiem. Choć książka i film wydają się być komplementarne, to warto sięgnąć po samą książkę, bo to  crème de la crème historii sf. Niepewność wynikająca z pierwszego spotkania z obcą cywilizacją. Relacje ludzi ze sztuczną inteligencją i próba odpowiedzi na jedne z fundamentalnych pytań o pochodzenie człowieka oraz jego przyszłość. Co z nami będzie, jak będzie wyglądać nasze życie? Gdzie trafimy? Clarke zadaje je wszystkie i choć nie udziela jednoznacznych odpowiedzi to jego książka jest ważna dla samego faktu dyskusji na ten temat. Jak macie w sobie coś z filozofa, to w zasadzie jest to pozycja obowiązkowa, bo filozofia i rozważania na temat naszego przeznaczenia stanowią rdzeń historii.

“Zamieć” – Neal Stephenson

Gibson przedstawił poważną wizję cyberpunku. Z kolei Stephenson potraktował gatunek jako okazję do tego, aby trochę się pośmiać. Autor zaprasza czytelników do świata, który stworzył, a który charakteryzuje się tym, że społeczeństwa jakie znamy aktualnie nie istnieją. Cholera, USA praktycznie nie istnieje jako państwo. W “Zamieci” poznacie Hiro Protagonistę (on tak naprawdę się nazywa) hakera, który oprócz tego, że sprawnie porusza się cyberprzestrzeni jest doskonałym szermierzem oraz… rozwozicielem pizzy. Dziwne prawda? To właśnie jedna z takich absurdalnych rzeczy, które charakteryzują powieść Stephensona. Napisaną z nerwem, iskrzącą się od czarnego humoru i sarkazmu, który dosłownie wylewa się z każdej strony. Autor spogląda w niedaleką przyszłość, w której nie ma prawa, wszystkim rządzą korporacje, a całą resztą zajmuje się mafia. Podstawą egzystencji bohaterów jest Metawers. Futurystyczna wizja sieci, do której logujecie się za pomocą specjalnych okularów. Każdy człowiek ma swojego awatara, a jego wygląd świadczy o statusie właściciela. Nie dajcie się jednak zwieść wspominanemu humorowi. Choć absurd goni absurd powieść jest trafną krytyką współczesnego społeczeństwa.

“Wojna światów” – H. G. Wells

Nie będę Was zanudzać anegdotą o słuchowisku radiowym. Zamiast tego napiszę dlaczego trzeba “Wojnę światów” przeczytać. Prawdopodobnie gdyby nie “Wojna światów” Roland Emmerich byłby bezrobotny. Wydana w 1898 roku książka, to absolutny kanon gatunku. Wizja apokalipsy, której sprawcami są przybysze z innej planety została później przemielona przez popkulturę tysiące razy. Oczywiście konflikt to tylko jeden aspekt powieści. Dla samego autora była ona okazją do tego, aby pokazać jak ludzie zachowują się w sytuacji zagrożenia. Jakie postawy przyjmują, co się z nimi dzieje, jakie są ich reakcje. Tym bardziej, że w tym wypadku mówimy o ekstremalnej – nawet jak na nasze czasy – sytuacji. Gdyby można było opisać ją jednym słowem, to ja stawiałbym na strach. To po prostu metafora lęku przed przyszłością i tego, jak na nią zareagujemy. O wielkości dzieła Wellsa niech świadczy fakt, że ona ciągle jest aktualna i ciągle działa na wyobraźnię każdego, kto się z tą powieścią zetknie. Wielka rzecz.

Pięć pozycji za nami. Kolejnych pięć pojawi się w następnej części. Jak macie swoje propozycje, które powinny pojawić się w zestawieniu, to piszcie w komentarzach.

Kolejne odsłony:

[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/najlepsze-ksiazki-science-fiction-cz-1/”]Najlepsze książki science fiction – Część 1[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/ciemne-zwierciadlo-najlepsze-ksiazki-science-fiction-2/”]Najlepsze książki science fiction – Część 2[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/najlepsze-ksiazki-science-fiction-4/”]Najlepsze książki science fiction – Część 4[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/najlepsze-ksiazki-science-fiction-5/”]Najlepsze książki science fiction – Część 5[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/przez-ciemne-zwierciadlo-czyli-najlepsze-ksiazki-science-fiction-6/”]Najlepsze książki science fiction – Część 6[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/najlepsze-ksiazki-science-fiction-7/”]Najlepsze książki science fiction – Część 7[/button]
  • Jędrzej Cieślak

    Scena walki z robalami odpala mi alert i każe książki nie tykać ;). Ile tego potem dokręcono? 2, 3 części?

    • Chyba trzy, ale jedynka jest naprawdę spoko.

      • Jędrzej Cieślak

        Czyli piszesz, żeby ci zaufać? 😉

        A potem pewnie obudzę się bez portfela…

        • Nie ma lekko 🙂 A tak poważnie, to Starship Troopers jako film jest tak absurdalny, że aż zabawny. Chyba że nie trawisz Verhoevena wtedy lepiej do filmu się nie zbliżać 🙂

          • Jędrzej Cieślak

            :D, ale nie zamierzony absurd? A czy trawię Verhoevena ciężko powiedzieć, ostatni raz jego produkcje oglądałem za dzieciaka ;).

          • On nie jest niezamierzony – chyba – ale tak ten film kojarzę. Ja obejrzałem go kolejny raz jakiś czas temu i bawiłem się wyjątkowo dobrze 🙂

          • Jędrzej Cieślak

            Dobra, zaryzykuję! 🙂
            Tylko nie wiem kiedy! 😉

            A jak już rozmawiamy o kinie, to niedawno widziałem Michael Kohlhaas, bardzo udana produkcja, przynajmniej dla mnie :).

  • Niestety tego nie czytałem, ale tak jak w przypadku cyklu o fantasy pojawiają się w jego ramach pozycje polecane przez czytelników LO. Dzięki temu powoli powstaje pokaźna lista książek w danym gatunku. Cykl, o którym piszesz uwzględnię przy którejś z odsłon wraz z odpowiednią adnotacją, kto poleca 🙂

  • Andrzej Kozakiewicz

    Heinlain to klasyk gatunku, z perspektywy czasu może wydać się czytelnikowi ździebko naiwny. Szczerze mówiąc moje powroty do lektur, które były obowiązkowe w młodości troszkę mnie rozczarowują. A wracając do tematu, polecam “Diunę” Herberta (późniejsze części też można strawić), cykl “Fundacja” Asimova i jeśli ktoś lubi trochę absurdu pierwsze II części “Autostopem przez Galaktykę” Douglasa Adamsa (filmu powstałego na kanwie książki natomiast nie polecam)

    • W wielu wypadkach powroty bywają rozczarowujące. Szczególnie jak wracamy do pozycji, które przeczytaliśmy we wczesnej młodości. Doświadczenia sprawiają, że inaczej patrzymy na każdą z nich, co w sumie nie jest takie złe, bo czasami udaje się dostrzec coś czego wcześniej nie widzieliśmy.

      “Diuna” i “Fundacja” już były w serii – inaczej być nie mogło 🙂

      • Andrzej Kozakiewicz

        to zamieniam na Non-stop i Cieplarnię Aldissa oraz książeczkę Silverberga “Człowiek w labiryncie” (znowu labirynt ale nie tak głupkowaty jak w książce Jamesa Dashera)

    • Nox

      O, “Autostopem przez galaktykę” koniecznie. Duch Adamsa unosi się nad wszystkimi fantastycznymi satyrami. Ale, w przeciwieństwie do Andrzeja, uważam ekranizację za udaną. Inną, owszem, ale zabawną i sympatyczną komedię z kilkoma ciekawymi motywami, których w książce nie było, z fenomenalnymi kostiumami (Vogoni!) i kapitalnym głosem Alana Rickmana 🙂

      • “Kongres futurologiczny” chyba był wśród inspiracji Gibsona, gdy pisał “Neuromancera”, a tym samym inspirował również Wachowskich. Co do samego Lema to jest w kolejce jako bohater “Alfabetu”. Bez bicia przyznaję się, że ciągle uważam się za zbyt głupiego, aby w pełni docenić jego kunszt i przekaz.

  • Absolutnie najlepszą książką s-f współcześnie jest “Ślepowidzenie” Petera Wattsa. Czytam co najmniej 2x w roku. Próbowałeś? Z Twoich typów wiele już przeczytanych, także nie ma źle. 😉

    • Nie sprawdzałem, ale zapiszę. Tym bardziej, że kolejnych pięć propozycji będzie na podstawie tego, co proponujecie w komentarzach.

      PS. Na razie leci absolutna klasyka, którą trzeba znać. Później pewnie pojawią się jakiś mniej znane pozycje 🙂

      • Mnie bardzo podobała się również “Rozgwiazda” Petera Wattsa, a z klasyki moją ulubioną książką jest 451 stopni Fahrenheita.