To jest biznes i tu nie ma sentymentów

It’s serious shit. Tak powinien zareagować każdy, kto zapozna się z „Niezwykłą Historią Marvel Comics”. Komiksy to poważny biznes, w którym w grę wchodzą miliony dolarów. Tam, gdzie są wielkie pieniądze, nie ma miejsca na sentymenty, bo i czemu ma być?

Ludzie

Branża komiksowa przebyła długą drogę od wydawania historii na papierze, który pod względem jakości miał sporo wspólnego z papierem toaletowym, do wydań deluxe w twardych oprawach i hitowych ekranizacji zgarniających miliardy dolarów. Książka Seana Howe’a opisuje tę drogę bez sentymentów czy niepotrzebnego lukru. Razem z autorem przechodzimy przez kolejne dziesięciolecia, w trakcie których Marvel stał kilka razy na skraju przepaści, odnosił sukces, a później znowu był bliski upadku. Teraz jest na szczycie. Nie każdy rozumie ten fenomen. Są tacy, którzy twierdzą, że zbliża się kolejny kryzys, że branża się załamie. Moda minie, ludzie przestaną kupować komiksy, przestaną chodzić do kina. Być może tak będzie, ale nie o tym jest „Niezwykła Historia Marvel Comics”. Ona przede wszystkim jest o ludziach.

Wy kochani myślicie o komiksach w kontekście książeczek, ale jesteście w błędzie. Powinniście myśleć o komiksach w kontekście narkotyków, wojny, dziennikarstwa, sprzedaży, w kontekście biznesu. Jeżeli masz swój punkt widzenia na narkotyki, na wojnę albo ekonomię, to myślę, że możesz o tym więcej powiedzieć za pomocą komiksu niż słów. Myślę, że nikt tak nie robi. Komiksy to dziennikarstwo. Teraz ograniczone do opery mydlanej. – Sean Howe “Niezwykła Historia Marvel Comics”

Jack Kirby
Jack Kirby/Fot. Susan Skaar – Kirby Museum (CC BY-SA 3.0)

Nie ma biznesu bez tych, którzy stoją za jego sukcesem. Z Marvelem jest dokładnie tak samo. Gdyby była jakaś ściana z nazwiskami, które warto upamiętnić w historii wydawnictwa, to najpewniej byłaby duża. Nie będę wymieniać wszystkich, które przez lata budowały pozycję firmy i stopniowo budowały też mit. Wystarczająco dużo nazwisk dostaniecie czytając książkę. Można powiedzieć, że wręcz za dużo. Dzieło Howe’a skrzy się od nazwisk, jest nimi naszpikowane, a każde z nich wiąże się z jakąś historią. Z jednej strony to świetnie. Mało kto został pominięty i tym otrzymujemy wyraźny obraz tego, jak działało wydawnictwo. Z drugiej strony nagromadzenie faktów, fragmentów rozmów (150 osób, z którymi rozmawiał lub do których wypowiedzi dotarł), nazwisk, anegdot, postaci komiksowych, sprawia, że od nadmiaru może nas rozboleć głowa. Fan będzie zadowolony, postronny czytelnik, który chwycił „Niezwykłą Historię Marvel Comics” z ciekawości będzie zagubiony.

Nie jest to wada, bo ciężko zapał pisarza i jego skrupulatność w gromadzeniu informacji uznać za wadę. To trochę tak, jakbym miał przyczepić się do kierowcy rajdowego, że jeździ za szybko. Howe jest takim kierowcą i bardzo dobrze, bo dzięki swojej miłości udało mu się napisać jedną z najciekawszych książek jakie można przeczytać na temat branży komiksowej. Branży opartej na wspomnianym już…

Micie

Nim zaczęliśmy się wpatrywać w ekrany telefonów modląc się do mobilnego boga ludzie mieli inne rozrywki. Inaczej tłumaczyli też świat, w którym przyszło im żyć. W tym tłumaczeniu pomagali im herosi, o których wyczynach można opowiadać kolejnym pokoleniom. Lata płynęły, a ludzkość nie zmieniła się tak bardzo, jak staramy to sobie wmówić. Nadal potrzebujemy bohaterów. Którzy pokrzepią nasze serca, pozwolą oderwać się na chwilę od szarej rzeczywistości. Superbohaterowie ze swojego zadania wywiązują się bez problemów, ale za każdym z nich stoi człowiek z krwi i kości.

To twórcy tacy jak Jack Kirby, Bill Finger czy Bill Everett odpowiadają za stworzenie bohaterów, którzy później wychowywali kolejne pokolenia. Celowo wymieniłem te trzy nazwiska. Każde z nich pokazuje tę mroczniejszą stronę tworzenia komiksów. Legenda, człowiek okradziony i artysta zapomniany. Każdy z nich na własnej skórze przekonał się, że ramię w ramię z pasją tworzenia komiksów idą interesy. Ich marsz czasami kończy się trupami i spalonymi wioskami, więc nie każdy potrafi sobie z tą świadomością poradzić. Ten element w „Niezwykłej historii Marvel Comics” urzekł mnie najbardziej. Została napisana z perspektywy osób, którym nie zawsze wszystko w życiu się udało. Gdyby książka Howe’a była tylko faktograficznym zapisem wydarzeń niczym z osi czasu, to skończyłoby się to totalną katastrofą. Bohaterowie przypominają trochę tych, których później tworzyli. Ktoś uznawany jest za herosa, ktoś inny zostaje „przestępcą”. Zmiany stron, przechodzenie do konkurencji, noże w plecach, to codzienność tej historii.

Kolejny raz przekonał się, że los Marvela leży w rękach osób, które nic nie wiedzą na temat komiksów. W Los Angeles, jak tylko sprzedaż została sfinalizowana, Rehme [Robert z New World Pictures – przyp. Marcin] wezwał wiceprezydenta działu marketingu i z dumą powiedział mu: “Właśnie kupiliśmy Supermana”. – Sean Howe, “Niezwykła Historia Marvel Comics”

Howe uniknął stawiania na piedestale tych, którzy teoretycznie powinni się na nim znaleźć. Można zaryzykować stwierdzenie, że „mówi, jak jest lub było”. Z tego powodu władze Marvela nie są wielkim fanem tej publikacji. Nie uświadczycie tam grafik czy zdjęć. To z kolei sprawia, że potencjalny, przygodny fan komiksów, nie będzie mógł od razu zobaczyć, jak dana postać wygląda. Musi szukać sam.

Stan Lee
Stan Lee/Fot. Gage Skidmore (https://www.flickr.com/people/22007612@N05)

Przyszłość

Nie wiem, co będzie z branżą w przyszłości. Czy moda na komiksy jest chwilowa. Mam nadzieję, że nie, bo sam staram się na łamach bloga udowadniać, że komiks to interesujące medium. Warte uwagi tych, którzy normalnie się nim nie interesowali. Nie sprowadza się do superbohaterów, ale marginalizowanie ich znaczenia, czy wręcz traktowanie ich jak dzieł drugiej kategorii, uważam za przejaw ignorancji ludzi, którzy na takie sądy się decydują. Marvel Comics nie jest firmą bez skazy. Nic z tych rzeczy. Ma ich sporo, niektóre bardzo głębokie. W wielu wypadkach nierozerwalnie związanych z chciwością jednych i błędnymi decyzjami drugich. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to firma ważna dla całej popkultury i choćby z tego powodu warto „Niezwykła historię Marvel Comics” przeczytać. Ja ją traktuję jak kolejny dowód na to, że jak masz miękkie serce, to musisz mieć twardą dupę. W biznesie przede wszystkim. Jest to też świetny przykład na to, jak marzenia kilku osób potrafią wprawić w ruch wielką machinę, pod której kołami część nieuważnych marzycieli może skończyć. W końcu jest to też świadectwo tego, że autokreacja jest często podstawą sukcesu. Musicie w niego wierzyć, musicie się stać tym, kim chcecie być i mówicie wszystkim, że nim właśnie jesteście. Zupełnie jak Stan Lee. Reszta to już historia.

BookmasterRecenzja powstała przy współpracy z księgarnią Bookmaster.pl, w której opisywaną książkę możecie kupić. O tutaj.

Przeczytaj:

Komiksy - od czego zacząć? Matki superbohaterów - kim są?
  • i_am_keyser_soze

    Raczej mnie odstraszyłeś niż zachęciłeś. Nie jestem pewien czy chce mi się teraz czytać książkę przypominającą o tym i uznającą za fakt że ludzie generalnie to dupki, ale trzeba to akceptować bo tak już jest.