Piaseczniki George'a R. R. Martina
Zergowie są prawie jak Piaseczniki

Piaseczniki – najlepsze, co napisał George R. R. Martin

Staruszek Martin osiągnął status półboga literatury fantasy grafomańskimi popisami w “Grze o tron”, bo bóg pisarzy bywa szalony. Przez dziesiątki lat piszesz fantastyczne rzeczy, ale kasę zarabiasz na czytadłach dla mas. Prawdziwe perełki spod pióra Martina wyszły przed narodzinami większości z Was. Taką perełką – dobra, perłą – są “Piaseczniki”.

Małe jest piękne

Jeżeli czytaliście “Grę o tron” to wiecie, że Martin nie należy do pisarzy, którzy potrafią zamykać swoje myśli w krótkiej formie. Opasłe tomiska, każde grubsze od poprzedniego roją się od wypełniaczy, niepotrzebnych zapychaczy. Charakteryzują się też nudą, którą przerywają nagłe zgony głównych bohaterów. Nim pisarz zapadł na tą ciężką i chyba już nieuleczalną chorobę był zupełnie zdrowy. Dowodem na to jest opowiadanie “Piaseczniki”. Krótkie, kilkudziesięciostronicowe, dzieło, które trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Martin zaczął publikować w 1971 roku, ale pierwszą wartą uwagi pozycję wydał w 1977 roku. Wtedy do księgarń trafiło “Światło się mroczy”. Książka wzbudziła zainteresowanie i była chwalona za to, jak szczegółowo pisarz sportretował mieszkańców obcej planety i ich kulturę. Od tamtej pory powoli zdobywał renomę twórcy, który dba o szczegóły – za kilkadziesiąt lat miliony będą przez to cierpieć czytając opisy bardziej szczegółowe niż te, które spłodziła Orzeszkowa, co jeszcze parę lat temu wydawało mi się niemożliwe – ale ciągle brakowało mu sukcesu, który zwyczajnie pozamiata krytykami. Aż do 1979. Wtedy pojawiły się “Piaseczniki” i z miejsca zgarnęły najważniejsze nagrody, jakie może dostać pisarz fantasy/science fiction. Hugo, Nebula, Bram Stoker Award. Wszystkie zdobyte dzięki opowiadaniu, które jest pewnie krótsze niż opis jednego zabójstwa w jego najnowszych książkach. Martin z kopa otworzył sobie drzwi na salony.

Pycha

Motyw zabaw w boga i wiążące się z tym konsekwencje są w literaturze wykorzystywane często, ale gdy pisarz jest utalentowany, to można stworzyć z tego coś wyjątkowego. Mary Shelley dała światu przedsmak tego, co można stworzyć zręcznie operując tym motywem w swoim “Frankensteinie”. Martin poszedł w tym samym kierunku, ale na szczęście nie oferuje nam tego samego odgrzewanego kotleta. Jego główny bohater to znudzony życiem biznesmen. Mieszkaniec planety Baldur raz na jakiś czas opuszcza swoją wygodną willę i wybiera się do Asgardu. Miasta, w którym kupuje egzotyczne zwierzęta. Niestety Simon Kress miał już wszystkie, które były rzadkie i co najważniejsze nie były słodkimi domowymi stworzonkami. Podczas kolejnej wizyty sprzyja mu jednak szczęście, bo trafia do sklepu, w który sprzedawczyni zwraca jego uwagę na Piaseczniki. Owadzie istoty, które walczą ze sobą, zawierają sojusze, budują prymitywne zamki i co najważniejsze swojego właściciela traktują jak boga. Taki opis skusiłby praktycznie każdego, bo przecież większość z nas byłaby ciekawa jak to jest zostać bogiem. Nawet takim dla trochę większych od mrówek owadów. Niestety od podjęcia tej decyzji każdy z nas byłby też w wielkich kłopotach, bo cytując wielkiego mędrca jakim był Wujek Ben:

With great power comes great responsibility – Wujek Ben w miliardzie sytuacji, a szczególnie po śmierci. Swojej.

Choć wiemy, co może się stać od pierwszego zdania tego opowiadania, to muszę oddać Martinowi to, że napisał je z jakąś wyjątkowo swadą. Nie bawi się w zbędne opisy, nie zarzuca czytelnika ciągnącymi się kilometrami dialogami. Jest czysta akcja, decyzje, które później pociągną za sobą konsekwencje. Podobnie jak w przypadku najlepszych opowiadań Stephena Kinga udało mu się sprawić, że siedzimy na brzegu fotela wpatrzeni w słowa i nie możemy przestać czytać. Czytamy, czytamy i nagle dopada nas zakończenie, a jedyne, co w tej sytuacji można po nim powiedzieć, to “cholera, ale to było dobre”. Tym bardziej, że jednym z talentów Martina jest tworzenie postaci, których nienawidzimy, ale je rozumiemy. Kress jest właśnie takim bohaterem. Gardzimy nim, ale w gruncie rzeczy wiemy, dlaczego tak postępuje.

Piszcie opowiadania

Ta wyjątkowa mieszanka science fiction i horroru oprócz nagród miała swój wpływ na kulturę popularną. Pojawił się komiks, a fani serialu “Po tamtej stronie” zapewne pamiętają odcinek, w którym główną rolę grał Beau Bridges. Epizod “Sandkings” to nic innego jak ekranizacja opowiadania Martina. Ma kilka różnic w stosunku do oryginału, ale ogólnie warto ją zobaczyć szczególnie po jego przeczytaniu. Piaseczniki szczególnie upodobały sobie kultowe seriale animowane, bo pojawiły się w “Simpsonach”, “South Parku” i “Futuramie”. Pomyśleć, że wszystko to jest efektem historii o akwarium z piraniami. Te przemiłe ryby posiadał kolega Martina ze studiów, który jak sam opowiadał dla zabawy między horrorami wrzucał im złotą rybkę.

Dla mnie opowiadania są jak papierek lakmusowy dla talentu pisarza. Jeżeli przez 30 stron potrafisz zaciekawić czytelnika, który nie ma poczucia, że historia jest wykastrowana, czegoś jej brakuje, to właśnie wygrałeś. Później zaczniesz pisać opasłe tomiska będące ledwie cieniem twojego talentu, ale co z tego skoro konto będzie puchło proporcjonalnie do liczby stron, które napiszesz…

PS “Piaseczniki” są częścią zbioru opowiadań zatytułowanego tak samo. Całość nie wypada źle, ale to tytułowe opowiadanie trzeba przeczytać. Po prostu trzeba.

More Stories
How to Display Your Favorite Objects for a Big Impact