Te przeklęte książki, czyli najlepszy sposób na złodzieja

Książki są cenne. Jedne mniej, inne bardziej, a inne są nawet bezcenne. Ewentualnie po prostu za drogie dla przeciętnego czytelnika. Jak zgubimy książkę to jesteśmy źli, smutni, a później kupujemy sobie nową. Jak ktoś nam ją ukradnie, to scenariusz się powtórzy. Choć złość w tym wypadku jest większa. Tak jest teraz, ale co się działo w przeszłości, kiedy za cenę książki można było kupić wioskę i pół konia? Wtedy działy się cuda. Wtedy trzeba było sobie radzić.

Gniew boży w służbie literatury

Nie przypominam sobie, abym rzucał klątwy na książki. Zaklęcia, które mają przestrzegać potencjalnego złodzieja przed tym, że jak ukradnie moją książkę, to spotkają go rzeczy z gatunku tych nieprzyjemnych. Choć brzmi to dziwnie, to właśnie w ten sposób zabezpieczano książki już w starożytności. Najstarszy znany przypadek klątwy wypisanej w książce prowadzi nas do króla Aszurbanipala. Był władcą Asyrii, który założył słynną bibliotekę w Niniwie. Powstała w połowie VII w. p.n.e. i była domem dla ok. 20.000 glinianych tabliczek. Król bardzo był do nich przywiązany, a że nie miał kopii zapasowych, to postanowił zniechęcić potencjalnych złodziei przed kradzieżą. Nie przywiązał ich łańcuchami do półek, nie postawił przy każdej strażnika. Zamiast tego rzucił na nie klątwę. Bardzo dobrze widoczną, bo zapisaną na tabliczkach.

Mam spisaną na tabliczkach pracę pisarzy, której żaden król przede mną nie posiadł. Razem z mądrością Nabu [bóg mądrości, któremu przypisywano to, że zesłał ludzkości pismo i wspomniane gliniane tabliczki – przyp. Marcin]. Posegregowałem je, spisałem ich stan i umieściłem w swoim pałacu, dlatego ja, nawet ja, władca, który poznał światłość Aszura, króla bogów, może je przeczytać. Ktokolwiek wyniesie tabliczkę, napisze na nich swoje imię obok mojego, ściągnie na siebie wściekłość i gniew Aszura i Belita, którzy zniszczą jego imię oraz jego potomstwo na ziemi.

Mówiąc krótko, król się w tańcu nie opieprzał. Jak ukradniesz tabliczkę, to musisz się liczyć z tym, że twoja córka już nie zatańczy w balecie o co zadbają bogowie. Asyryjczycy bronili się w ten sposób nie tylko przed kradzieżą, ale i przed bazgraniem po tabliczkach – łatwo można było się na takiej tabliczce coś dopisać – oraz przed ich zniszczeniem. W każdym wypadku ostrzegano potencjalnego sprawcę o konsekwencjach, które często sprowadzały się do tego, że grożono jemu i jego rodzinie. Klasyka mafijnego jazzu.

Tabliczki z Niniwy
Jedna z tabliczek z biblioteki/Fot. Fae (CC BY-SA 3.0)

Choć na pierwszy rzut oka może się nam wydawać, że takie podejście jest zabawne, to w rzeczywistości należy Asyryjczyków po prostu zrozumieć. Pismo uważane było za coś świętego. Książki były nośnikami wiedzy, więc co bardziej oświeceni władcy upatrywali w nim jedno ze źródeł swojej władzy. Tą z kolei nikt nie chce się dzielić, więc musieli się zabezpieczać przed zakusami z zewnątrz. Nie było w tych klątwach nic niezwykłego. Mało tego, ich tradycja rozwinęła się na dobre w średniowieczu.

Jelita ci spłoną, a żołądek wypełni się kamieniami

O ile gliniane tabliczki nie muszą robić ogromnego wrażenia, to już ciasno zapisany i ozdobiony pięknymi rysunkami manuskrypt takie wrażenie po prostu robić musi. Wchodzimy do średniowiecznego klasztoru, a tam w ciszy pochyleni nad swoimi pulpitami mnisi kopiują księgi. W skupieniu zapisują każdą literę. Uważnie stawiają kolejne kreski. Wszystko po to, aby powstało małe dzieło sztuki – lub duże, wszystko zależy od gabarytów księgi. W średniowieczu książki nadal uważane były za coś wyjątkowego. Tym cenniejszego, że wiele z nich nie występowało w ilościach hurtowych. Trzeba było o nie dbać i trzeba było ich pilnować. Co w takim razie robili posiadacze książek? Korzystali z “najnowszych” osiągnięć techniki. W ich skład wchodziły:

  • Łańcuchy – jest w tym trochę Barei, a w zasadzie w PRL-u było coś ze średniowiecza. Tak jak w „Misiu” mogliśmy zobaczyć łyżki na łańcuchach, tak w wielu średniowiecznych bibliotekach czy klasztorach można było zobaczyć książki na łańcuchach. Przyznaję, że to najmniej subtelny sposób zabezpieczenia się przed kradzieżą, ale prawda jest taka, że ten jest bardzo skuteczny. Trzeba było je chronić, bo kupiec na książkę zawsze się znajdzie, a ceny były bardzo wysokie.
  • Kufry na księgi – wielkie, masywne, ale i pięknie zdobione kufry na księgi były narzędziem do przechowywania książek. Oczywiście dla pewności czasami manuskrypty przykuwano łańcuchem do kufra. Najlepszym przykładem tego “procederu” jest Gorton Chest z biblioteki w Chetham. Znowu w trzymaniu książek w kufrach nie było nic niezwykłego.

W końcu były też klątwy. O ile łańcuchy i kufry to nic szczególnego, o tyle klątwy to prawdziwa jazda bez trzymanki. Podobnie jak w czasach wspominanego już Aszurbanipala upodobano sobie odwołania do gniewu bożego. Niszcząc czy kradnąc księgę musieliśmy się liczyć z tym, że dosięgnie nas zemsta sił wyższych. Dostanie się nam, naszym dzieciom, rodzinie, przodkom, wnukom, psom, kotom, innym zwierzętom futerkowym i tym bez futra też. Jesteś złodziejem, masz przegwizdane na całego. Choć zdarzały się klątwy z lżejszymi konsekwencjami. Najczęściej karą dla złodzieja były:

  • Ekskomunika,
  • Potępienie,
  • Anatema – i wcale nie chodzi o słuchanie utworów świetnego zespołu założonego przez braci Cavanagh.

Najmniejszym problemem była ekskomunika. Wynikało to z tego, że według Kościoła nałożona na delikwenta mogła zostać zdjęta. Podobnie jak anatema, która zakłada wyłączenie ze społeczności wierzących. Swoją drogą to też nie musiało robić na nikim większego wrażenia.

Książki były święte i cenne. Przekładały się na prestiż klasztoru, który je posiadał, a mnisi nie mogli ich spuszczać z oczu. Klasztory starały się zabezpieczyć swoją własność poprzez dołączanie do cennych manuskryptów klątw. – Stephen Greenblatt

W obu wypadach wymagały identyfikacji złodzieja i tym samym organu, który ogłosi, że ponosi konkretne konsekwencje. Co innego, gdy w grę wchodziło potępienie. Tutaj sprawa była prostsza, bo na to skazywaliśmy się automatycznie. Wziąłeś cudzą książkę? Bóg cię ukarze. Będziesz cierpieć. Kary były srogie, więc stosowanie klątw było powszechne, bo to po prostu działało. Najprostsza klątwa zazwyczaj ograniczała się do informacji, co stanie się ze złodziejem. Kto mu wydłubie oczy, jak umrze, co się stanie z jego jelitami. Taka średniowieczna normalka. W jednej z ksiąg pochodzących z Kościoła Świętej Cecylii umieszczono taką klątwę: “Ktokolwiek weźmie lub ukradnie tę książkę albo jakieś złe siły sprawią, że opuści Kościół Świętej Cecylii, zostanie przeklęty i potępiony na wieczność. Chyba że ją zwróci lub odpokutuje swój czyn”. To jest przykład najmniej wyszukanej klątwy, która dodatkowo daje nam możliwość naprawienia swoich błędów. Czasami trzeba było wytoczyć cięższe działa. Takie, które naprawdę zabolą. Jak tu:

Ktokolwiek ją ukradnie dowie się, że w Dniu Sadu najświętszy z męczenników będzie jego oskarżycielem przed obliczem Pana Jezusa Chrystusa.

Sprawa jest prosta. Ukradłeś, jesteś potępiony i nie ma dla Twojej duszy ratunku. Koniec, ciemność, kaplica. Niektórzy woleli być bardziej dosłowni i bawili się w dobry horror klasy B. Przykładem niech będzie Simon Vostre of Paris, który w “Księdze godzin” z 1502 roku napisał tyle:

Ktokolwiek ukradnie tę Księgę Modlitw zostanie rozerwany na sztuki przez świnie, jego serce zostanie rozszczepione, przysięgam, a jego ciało będzie wleczone wzdłuż Renu.

Jedno zdanie, a wiesz, że skończysz raczej w nieciekawym stanie. Osobiście bardzo lubię klątwę, którą zapisano w manuskrypcie z XV wieku we Francji. Jego właścicielem był Jean de Dunois, a ten kto się połasił na cenny kawałek papieru musiał wiedzieć, że:

Ktokolwiek ukradnie tę książkę zostanie powieszony na szubienicy w Paryżu. Jak nie zawiśnie, to zostanie utopiony. Jak nie utonie, to zostanie upieczony. Jak się nie upiecze, to spotka go gorszy los.

To już chyba lepiej umrzeć na tej szubienicy, a najlepiej w ogóle księgi nie ruszać.

Cóż mogę dodać?

Kilka rzeczy. Oprócz tego, że starano się przeklinać złodzieja wykorzystywano podpisy również do tego, aby księga wróciła do prawowitego właściciela. Po prostu pisano, że jak ktoś daną książkę znajdzie, to musi wiedzieć, że należy ona np. Johna Fossa. W ten sposób liczono, że szczęśliwy znalazca odnajdzie właściciela i odda mu zgubę. Wypada mi też wyjaśnić, gdzie te wszystkie klątwy się znajdywały. Miejscem, które skryba mógł wykorzystać był kolofon. W skrócie chodziło o zwieńczenie pracy:

Formuła umieszczona na końcu średniowiecznej książki rękopiśmiennej, zawierająca fragment z tytułem dzieła, datę, imię pisarza, czasem jego funkcję (np. prezbiter, organista itp.) i pochodzenie, a nieraz także inne informacje dotyczące okoliczności powstania danego egzemplarza, np. na czyje polecenie czy za czyjego panowania powstał.

Uzupełniany o owoce inwencji własnej twórcy. Ten często umieszczał opisywane tutaj zabezpieczenia i dzięki temu mógł spać spokojnie. Jak dziecko. Oprócz klątw, którymi naznaczano książki osobną grupę stanowiły te, które chroniły dokumenty. Nie chodziło jednak o ochronę fizyczną dzieła, a bardziej tego, co zostało w nich zapisane. Takie klątwy można było znaleźć np. na testamentach.

Skoro już wszystko wiecie, to nie pozostaje mi nic innego, jak pożegnać Was własną klątwą:

Ktokolwiek skopiuje ten tekst bez mojej wiedzy i pozwolenia zostanie zjedzony przez karaluchy, w jego wnętrznościach zalegną się traszki, a głowa eksploduje niczym fajerwerki na 4. lipca. Jak to nie pomoże to przyjdzie kilku murzynów z palnikami i zrobią złodziejowi z dupy jesień średniowiecza.

Przeczytaj:

Gdzie tanio kupować książki w Internecie
  • Na złodziei w moich bibliotekach jeszcze klątwy nie rzucałem, ale zdarzyło mi się rzucić klątwę na osobnika, który w sposób okropny i bardzo irytujący pokreślił ołówkiem egzemplarz “My” Zamiatina (nigdy nie wiem czy odmieniać tytuł tej książki). Klątwę można znaleźć u mnie, ale dla pełniejszego przekazu umieszczę ją też tutaj:

    „Obyś ty, który wstąpiłeś w te progi w poszukiwaniu światła
    mądrości, wiedzy i zrozumienia, który odwiedziłeś gmach, w którym
    króluje porządek i rozum ludzki, a któryś swym nikczemnym i niegodnym
    postępowaniem zburzył ten porządek. Obyś dostał biegunki nieustającej,
    połączonej z hemoroidami oraz przeraźliwym i wiecznym swędzeniem pięt
    twoich. Obyś nie zaznał nigdy snu sprawiedliwego u boku małżonki swojej,
    która chrapaniem swym mury burzyć będzie. Oby alkohol nie dawał ci
    radości, a kac po najmniejszym łyku piwa czy też wina objawiał się
    potęgą i mocą stada słoni afrykańskich biegnących przez wyschniętą na 
    wiór sawannę. Kto bowiem świadomie przychodzi do gmachu uczoności i 
    świadomie innym przeszkadza w podążaniu ścieżką prawdy i wiedzy ten
    zasługuje na wieczne męki w Hadesie.”

    Mam nadzieję, że klątwa zadziałała i ten ktoś nie bazgrze już po książkach.

  • Kamil Orzech

    Zastanawiam się czy nie byłbym bardziej wkurzony za swoją głupotę (zagubienie), anieżeli przez cudzą chęć przeczytania czegoś (kradzież).
    Wszak jeśli ktoś ukradł książkę znaczy że chciał ją przeczytać, a niemiał ku temu okazji 🙂