Screen z filmu "Solomon Kane: Pogromca Zła"

Zapomniani synowie Roberta E. Howarda

Przed wymyśleniem bardzo małego bikini musicie wymyślić kilka takich, które zakrywają trochę więcej ciała. Z bohaterami powieści jest podobnie. Nim traficie w przysłowiową dychę musicie oddać kilka mniej celnych strzałów. Robert E. Howard nim wydał na świat Conana – naprawdę nie ma chyba osoby po tej stronie globu, która nie wie kim jest ten umięśniony brutal – stworzył kilku bohaterów, którzy nie odnieśli takiego sukcesu jak młodszy brat, ale to nie oznacza, że należy o nich zapomnieć.

Żyć szybko umierać młodo

Robert E. Howard zmarł w wieku 30 lat. Z tego powodu czuję się z nim w chwili pisania emocjonalnie związany, bo w tym roku stuknie mi trzydziestka, a jeszcze nie stworzyłem żadnego bohatera na miarę Conana. Może chociaż umrę… Dość tego wisielczego humoru. Przejdźmy do rzeczy. Na początek pewna prawda, z którą musicie się pogodzić. Howard był grafomanem. Pisarzem, który trzaskał kolejne historyjki do sensacyjnych periodyków kasując za to całkiem przyzwoite pieniądze. Był jak Janusz Wiśniewski – tylko lepszy. Lepszy, bo o Howardzie pamiętamy dziesiątki lat po jego śmierci, a o Wiśniewskim no cóż… zawsze będzie czym rozpalać w kominku, gdyby doszło do katastrofy nuklearnej. Lepszy, bo mimo braków w warsztacie miał naturalny dar do opowiadania historii. Tym wygrał całą literaturę fantasy.

Chciałbym napisać, że ojciec Conana przeszedł długą drogę od początków swojej kariery do stworzenia ikony. Chciałbym, ale tego nie zrobię, bo pomiędzy pierwszym słynnym bohaterem a Conanem minęły raptem cztery lata. Tym pierwszym wartym odnotowania jest Solomon Kane. Mój absolutny numer jeden, który – wybaczcie herezje – wygrywa nawet z Cymmeryjczykiem. Historia smutnego purytanina, który pozbywa się wszelkiego zła jakie napotka na swojej drodze chwyta mnie za serce i inne mniej lub bardziej wrażliwe organy. Wyobraźcie sobie dojrzałego mężczyznę, o smutnym zimnym spojrzeniu, którego wyraz twarzy oprócz smutku wyraża jeszcze coś:

Zaraz spuszczę ci łomot, synku

Red Shadows
Okładka pierwszego opowiadania z Kanem

Czyli prawie tak jak jak, gdy ktoś mówi, że lubi Tottenham. Kane zadebiutował w 1928 roku w opowiadaniu “Red Shadows”. Historia była prosta. Oto Solomon Kane w trakcie podróży po Francji spotyka dziewczynę zaatakowaną przez złoczyńców z bandy zwanej Le Loup. Dziewczyna wybiera się posłuchać aniołów, a Kane postanawia pomścić jej śmierć. Jak już znacie fabułę pierwszego opowiadania to w sumie jakbyście poznali je wszystkie. Zawsze gdzieś jest ktoś do uratowania albo do pomszczenia. Jak macie problem z wampirzą królową grasującą w ogródku, to Kane na pewno Wam pomoże. Solomon był czymś w rodzaju łowcy czarownic. Van Helsinga w długim skórzanym płaszczu z charakterystycznym kapeluszem na głowie. Nie twierdzę, że Games Workshop portretując Witch Hunterów wzorowała się właśnie na wizerunku Kane’a, ale gdy o nich myślę, to właśnie jego widzę. Podobnie jak Michael J. Basset, który w 2009 roku nakręcił film “Solomon Kane”. Film całkiem udany, od którego nie bolą zęby, gdy go oglądamy bez jakiegoś dodatkowego przymusu. Plusem jest fakt, że w głównej roli pojawił się James Purefoy znany na przykład z serialu “Rzym”.

Kane pojawił się w kilkunastu historiach i był pierwszym bohaterem, który powoli wykuwał przyszłą legendę swojego ojca. Kolejnych dwóch pojawiło się w tym samym roku, 1929.

Wielki myśliciel i marynarz, który boksował

Conan nie zrodził się z niebytu. Nim zaczął przeklinać Croma i oliwić swoje boskie ciało po ziemi chodził Kull. Bohater zadebiutował w 1929 roku i gdy przypatrzycie się jego charakterystyce, to dostrzeżecie, że sporo go łączy z Conanem. Kull był potężnym wojownikiem, który przy okazji był również najemnikiem, niewolnikiem, gladiatorem, piratem, banitą, sprawnym dowódcą, który ostatecznie zasiada na tronie. Brzmi znajomo?

Salomon Kane
O tak sobie wyobrażam Salomona Kane’a

Kierowany przez barbarzyńską naturę jest uosobieniem tego, czym później za kilka lat stanie się Conan. Pochodzący z Atlantydy osiłek za życia swojego ojca pojawił się w trzech opowiadaniach „Królestwie cieni”, „Lustrach Tuzua Thune’a” i „Królach nocy”. Po śmierci Howarda opublikowano kolejne. Co ciekawe Howard z Kullem postąpił inaczej niż z Conanem. O ile w książkach o słynnym barbarzyńcy towarzyszymy przyszłemu królowi w różnych etapach jego życia następujących po sobie, o tyle w przypadku Kulla jego żywot poznajemy z jego opowiadań. Kull jest już królem, a z czytelnikami dzieli się swoimi wspomnieniami. Oprócz tego całe tło jakie zbudowano na potrzeby tego bohatera zwyczajnie rozłazi się w szwach, bo jak się wczytacie w kolejne historie, to zauważycie, że Howard nie trzymał się sztywno ram czasowych. Pojawiają się niespójności, które wynikały z tego, że pisarz eksperymentował wprawiając się przed stworzeniem wspominanego już wiele razy słynniejszego bohatera.

Oczywiście to, co piszę nie oznacza, że ta wprawka jest zła. Wręcz przeciwnie. Howard chodź nie był mistrzem pióra to i tak potrafił pisać w sposób zajmujący. Trup w opowiadaniach ściele się gęsto, a całość powinna zainteresować fanów Conana, bo została wykorzystana do tego, aby wyjaśnić narodziny świata, w którym później głowy będzie ścinać przyszły król. Nie byłbym jednak sprawiedliwy, gdybym zostawił Was z przekonaniem, że Kull i Conan to jedno. Choć faktycznie sporo ich łączy, to rozkładając tych bohaterów na czynniki pierwsze dochodzimy do wniosku, że to dwójka zupełnie innych wielkoludów. Conan nie był myślicielem. Kull to filozof, który potrafi sobie w życiu poradzić, ale przy okazji ma też czas na to, aby wszystko dobrze przemyśleć. Poszukiwał wiedzy, która często była celem samym w sobie. Conan tak nie postępował. Nie był idiotą, ale nie był też kimś, kto łaknie wiedzieć więcej. Po prostu czerpał garściami z doświadczenia nie wychodząc mądrości naprzeciw. Z tego powodu straszną krzywdę wyrządzono temu bohaterowi filmem z 1997 roku, w którym główną rolę zagrał Kevin “Na zawsze Herkules” Sorbo. Ani to udane, ani wierne pierwowzorowi. Nie oglądajcie go, bo wypaczy Wam wizję ciekawej postaci jaką niewątpliwe jest Kull.

Kull Zdobywca
Zło w czystej postaci

Po opowiadania możecie sięgnąć bez problemu, bo w tym roku wydawnictwo Rebis wpuściło na rynek zbiór “Kull: Banita z Atlantydy”. Warto sprawdzić.

W podtytule wspominam o marynarzu. Nie ma w tym przypadku, bo Kull to rówieśnik Steve’a Costigana. Stworzony przez Howarda bokser, który został marynarzem – albo odwrotnie, nie pamiętam – to kwintesencja humoru sytuacyjnego. Costigan jest przekonany o swoich licznych talentach, ale w rzeczywistości z reguły myli się okrutnie. Tak, jak Kull był filozoficzną ścieżką Howarda, tak Costigan jest jego lekką stroną, która często ma za cel “uderzyć” – chwytacie dowcip, no nie? – w czytelnika celną puentą. Costigan to najczęściej wykorzystywany w publikacjach bohater stworzony przez pisarza. Pojawia się w kilkudziesięciu opowiadaniach, jest wspominany w innych jego publikacjach dystansując pozostałych przedstawicieli swojej wesołej rodziny. Zresztą przypadek marynarza jest ciekawy z tego powodu, że Howard tworząc swoje opowiadania na potrzeby Oriental Magazines nie mógł umieszczać w nich kolejnej postaci. Nie mógł w ogóle nic więcej pisać, bo taka była polityka wydawnictwa, które nie pozwalało na kolejnych bohaterów od tego samego autora. Co zrobił sprytny pisarz, który starał się znaleźć miejsce dla Costigana? Zmienił imię i nazwisko na Patrick Ervin, a Steve Costigan stał się nagle Dennisem Dorganem. Po tym zabiegu kasa znowu płynęła na konto pisarza, a on i jego agent byli zadowoleni.

Swoją drogą ciekawostką jest fakt, że Costigan/Dorgan wzorowany był na bokserze Joe Grimie. Howard go uwielbiał i to nawet pomimo faktu, że Grim przez zawodową karierę na 152. walki przegrał… 104. Mimo to i tak był popularny, bo jak mało kto potrafił przyjąć na siebie bardzo dużo ciosów ciągle trzymając się na nogach. Costigan był właśnie takim osiłkiem, który może czasami wolno myśli, ale ma w sobie coś, co sprawia, że nie możemy go nie kochać. Opowieści, których bohaterem jest marynarz to chyba najśmieszniejsze, co stworzył Howard przez całą swoją karierę. Choć marynarz był tak często wykorzystywany przez swego ojca, to tak naprawdę nigdy nie doczekał się należytej sławy. Podobnie jak pewien Pikt.

Mój przyjaciel Lovecraft

Howard Phillips Lovecraft
Howard Phillips Lovecraft

Nie jest tajemnicą, że Howard i Lovecraft byli przyjaciółmi, których znajomość rozwijała się dzięki ożywionej korespondencji. W twórczości tego drugiego pojawia się bohater stworzony przez Howarda. Pikt o imieniu Bran Mak Morn. Narodził się rok po wszystkich wspomnianych i jest ostatnim królem Piktów. Czemu akurat Piktowie? Howard był bardzo zainteresowany ich historią. Badał ją i ostatecznie stała się dla niego czymś w rodzaju hobby. Jego literacki opis tego ludu odbiegał od stanu faktycznego, ale na pewno warto pamiętać o tym bohaterze, gdy w ogóle piszemy o twórczości Howarda. Bran Mak Morn nie różnił się bardzo od archetypu do jakiego przyzwyczaił czytelników jego twórca. Silny barbarzyńca, który jest władcą. Dlaczego w takim razie o nim wspominam? Bo jego związki z Lovecraftem mają drugie dno.

Howard jest często krytykowany. Niekiedy można spotkać się z opiniami, że był genialnym idiotą. Od samego początku swojej przygody z literaturą popularną spotykał się z zarzutami, że garściami czerpie z twórczości wspominanego tu króla grozy, a prywatnie przyjaciela. Inny król horroru Stephen King wspomniał wręcz, że dzieła Howarda to tak naprawdę pastisz tych stworzonych przez Lovecrafta. To moim zdaniem spore nadużycie. Jeżeli już mamy krytykować Howarda to raczej za fakt, że był jak piłkarz, który nabiera przeciwnika ciągle na ten sam zwód. Nie dodaje nowych do repertuaru, bo nie musi skoro ten jego ulubiony ciągle działa. To z kolei też nie jest w stu procentach sprawiedliwe, bo przez całe swoje krótkie życie udało mu się stworzyć kilku interesujących bohaterów, a przy okazji starał się eksperymentować, czy pozostając w poetyce piłki nożnej – nauczyć nowych sztuczek.

Ci bardziej zajadli krytycy stwierdzali wręcz, że jego opowiadania nie miały nic wspólnego z prawdziwą literaturą. Znowu pijąc do Lovecrafta, który miał inspirować głównego bohatera tego tekstu. Nawet jeżeli Howard był genialnym idiotą, który nie powinien być tytułowany “prawdziwym pisarzem” – zresztą czy jest coś takiego? – to nie można mu odebrać tego o czym wspomniałem na początku. Pomijając Conana nie można odmówić mu talentu do opowiadania historii. Jego twórczość jest trochę jak lepszy fast food. Od takiego jedzenia korona nam z głowy nie spadnie. Od czytania historii o wielkich barbarzyńcach też. Ba, może nam nawet sprawić sporo przyjemności, a to chyba nic złego?

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed
More Stories
Torment: Tides of Numenera
Czy wieloświat istnieje i co to ma wspólnego z popkulturą?