Tom Hanks w filmie Terminal
Tom Hanks "Terminal"

10 filmów, na których każdy mężczyzna może płakać

Czy wstydzimy się łez? Teoretycznie nie, ale są takie sytuacje, w których płacz może zostać uznany za oznakę słabości. Szczególnie, gdy jesteśmy twardymi samcami alfa. Wtedy płacz daje jasny sygnał samcom beta, gamma, delta itd., że osobnik alfa jest słaby. Słabość można wykorzystać, strącić samca alfa z tronu, zrzucić go w niebyt. Popłakał się na komedii romantycznej? Mięczak! Płacze na dramacie obyczajowym? Nie zna życia! Szlocha na “Zmierzchu”? Mamin… a nie, jak szlocha na “Zmierzchu” to pewnie stara sobie poradzić z porażającym aktorstwem jedynej aktorki z nomen omen porażeniem mięśni, czyli Kristen Stewart. Są jednak takie filmy, na których płakać mężczyźnie wręcz wypada. Nie jest to oznaką miękkiego jak u żółwia podbrzusza, a raczej emocjonalnej dojrzałości. Udowadnia tym samym, że ma uczucia. Że nie jest tylko brutalną maszyną do polowania, że ma duszę. Wrażliwą.

Korzystając po części z waszych odpowiedzi na Facebooku i własnego doświadczenia przygotowałem listę dziesięciu filmów, na których mężczyzna może płakać. W tym miejscu ostrzegam, że:

Ten tekst zawiera spoilery. Choć może się zdarzyć tak, że nawet oglądając później filmy z listy i tak nie zauważycie tego, co Wam zdradziłem z fabuły, bo… BĘDZIECIE RYCZEĆ!

“Król Lew”

Legendarny film i moje pierwsze tak mocne doświadczenie kinematograficzne. To tu był pierwszy raz. Wiem, co właśnie pomyśleliście, ale chodzi tylko o poczucie smutku bez podtekstów seksualnych. Byłem w podstawówce na litość boską. Jeżeli ktoś nie oglądał “Króla Lwa” – dopuszczam tylko osoby, które po prostu jeszcze się nie urodziły – pewnie zadaje sobie pytanie, dlaczego facet może na tym filmie płakać. Odpowiedź jest bardzo prosta. Z powodu ojca. Mufasa to synonim ojca idealnego. Władczy, wysportowany, z grzywą wolną od łupieżu, posiadający własną sawannę, polujący w trybie “like a boss”. Dorzucacie do tego piękną żonę, która dała mu dziedzica i dostajecie obraz lwa, którym każdy z nas chce być. Nawet na Wall Street. Jest tylko jeden mały szkopuł. Jego, jak się okazuje wraz z rozwojem fabuły, upośledzony psychicznie syn. Ten sam, który później w wyniku splotu kolejnych wydarzeń uwierzy, że może żywić się robakami, postanowił za bardzo przyrumakować i tym samym wystawia naszego ojca, którego nigdy nie będziemy mieli, na strzał od jego brata, skurwysyna. No i spada ten biedny Mufasa, wcześniej ratując swojego syna, antylopy stratują go, nasze młode serduszka liczą na to, że może jakimś cudem uda się go uratować, że żyje, bo to przecież film animowany dla dzieci. TAK BARDZO SIĘ MYLĄ! Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Disney czerpał perwersyjną wręcz przyjemność z uśmiercania rodziców głównych bohaterów. Podobno wynikało to z jego własnej traumy związanej ze śmiercią jego rodziców w domu, który im kupił. “Król Lew” kontynuował tradycję i tak ojciec kaput, syn płacze, szturcha nasz ideał, a ten ani drgnie. No i weź tu nie płacz człowieku. Nie da się. Po prostu.

Skaza mówiący głosem Jeremy’ego Ironsa “Long live the king” to absolutny top, jeżeli chodzi o zabójstwa w kinie. Dodatkowo uważam, że jeżeli ktoś nie płakał na “Królu Lwie”, to powinien zostać wysłany na badania do specjalisty, bo na pewno coś jest z nim nie tak w temacie empatii.

“Zielona Mila”

Ja wiem, że to film nakręcony z premedytacją. Wymierzony w nasze pierwotne instynkty. Frank Darabont zakpił z płynącego w naszych żyłach testosteronu i przygotował opowieść zręcznie szarpiącą czułe struny każdego faceta. Bo to, że kobiety płaczą, gdy John Coffey umiera to zrozumiałe, ale facet płaczący za wielkim osiłkiem może wydawać się czymś dziwnym, a jednak płakali. Płakali jak bobry, bo oto otrzymaliśmy historię o niesprawiedliwości, a nic tak nie denerwuje prawego człowieka jak jawna niesprawiedliwość. Tu tej jest aż nadto. Łzy wskazane, szczególnie, gdy grany przez Michaela Clarke’a Duncana John prosi, aby nie zakładać mu na krześle wymaganego przy egzekucji worka, bo boi się ciemności. Wow.

Choć lubię film, to i tak książka jest lepsza.

“Gladiator”

Ręka do góry, kto nie chciał być jak Maximus? Wzorzec z Sèvres dla każdego twardziela. Facet idealny. Taki trochę romantyczny, ale trochę brutalny. Trochę stanowczy, ale trochę uległy. Trochę szorstki, ale trochę delikatny. Trochę gburowaty, ale i trochę dowcipny. Trochę “idź mi z tą wichurą kobieto” i trochę, “no chodź, niech cię przytulę maleńka”. Grany przez Russella Crowe’a, czyli gościa, który z jednej strony jest przystojny, a z drugiej czasami przypomina troglodytę, który ma wypisane na twarzy:

Zaraz rzucę w Ciebie tym telefonem palancie.

Ridley Scott doskonale wiedział z jakim kalibru materiałem ma do czynienia i podobnie jak Darabont wykorzystał sto procent możliwości. Rozpalił w nas poczucie, że sprawiedliwość zatriumfuje, że Maximus wróci do rodziny stąpając po truchle Komodusa. Gdy wspomniane poczucie hajcowało się jak w ruskiej kotłowni nagle daje nam w twarz. Kopie prosto w splot słoneczny. Łzy spływają do pustego opakowania popcornu, a my szlochamy tylko krótkie… ale jak to….

“Marley i ja”

Przyjaźń między człowiekiem a zwierzęciem, która kończy się śmiercią, to w zasadzie samograj w kategorii wyciskaczy łez z obu płci. I “Marley i ja” trafia w najczulszy punkt, czyli koszmar każdego chłopca, który miał kiedyś psa i z różnych przyczyn musiał się z nim pożegnać. Najpierw tony szczęścia, trochę złości, ale później znowu sporo szczęścia, by na końcu doświadczyć prawdziwego końca. Śmierci przyjaciela, który zawsze przy tobie był nawet jak wypijał wodę z kibla, lizał się po klejnotach, a następnie biegł cię polizać. Twarda męska przyjaźń wymaga czasem kompromisów. Jak jesteście miłośnikami zwierząt, to ten film uruchamia mnożnik “wilgotnienia oczu” u każdego zwierzolubnego mężczyzny. Smutek razy dziesięć. Bez przebaczenia.

“E.T.”

I’ll be right there!

Naprawdę muszę tłumaczyć, dlaczego ten moment chwyta za przeponę?

“Terminator 2: Dzień Sądu”

W pierwszej części bezlitosna maszyna do zabijania wysłana w przeszłość, aby dopaść wujka stryja ciotecznego Sary Connor, która w przyszłości urodzi syna, który później wyśle w przeszłość tą samą bezlitosną maszynę do zabijania o twarzy Arnolda, aby tym razem chroniła go i jego matkę, którą w części pierwszej Arnold starał się zabić wysłany przez maszyny, które chcą zabić syna Sary, który chce zniszczyć maszyny, więc wysyła maszynę, aby zapobiegła powstaniu maszyn, które będą chciały zniszczyć go albo nas, albo tego, kto próbował stworzyć logiczny ciąg wydarzeń. Zostawmy to jednak, bo zebraliśmy się, aby popłakać. W “Terminatorze 2” wyciskaczem łez jest końcówka, w której prawdziwa przyjaźń między człowiekiem i maszyną dobiega końca zamordowana przez największe możliwe poświęcenie. Jak się głębiej zastanowić, to nawet nie tyle była przyjaźń między chłopcem i Arnoldem, a relacja ojciec-syn. Emocje można ciąć laserem.

“Odlot”

W sumie powinienem wpisać prawie każdy film wytwórni Pixar, która ostatnio wycisnęła mnie jak gąbkę za sprawą “W głowie się nie mieści”. Ile w ich filmach jest uczuć, które teraz też mają uczucia. Ile tam jest emocji, mocnych momentów, a przy tym inteligentnej rozrywki dla kogoś, kto nie jest pozbawionym choć odrobiny wrażliwości chamem. W “Odlocie” łza może się zakręcić jeszcze zanim, któraś z postaci wypowie choć słowo. Otwierające go pierwsze minuty można wykorzystać do zakładów. Przegrywasz, jak oczy ci się nie zeszklą. Są to cztery minuty esencji Pixara naładowane taką ilością emocji, że można nimi obdzielić kilka innych filmów.

“Grobowiec świetlików”

Kiedy myślimy o najsmutniejszym filmie animowanym, jaki powstał, to bardzo często przychodzi nam na myśl opisywany już w tym tekście “Król Lew”, albo jak ktoś jest starszy niż węgiel, “Bambi”. Prawda jest jednak taka, że zupełnie poważnie patrząc na animacje, to film Isao Takahaty zostawia konkurencję w przedbiegach. Ten antywojenny manifest pokazuje konflikt zbrojny z perspektywy tych najbardziej bezbronnych, czyli dzieci. Bez rodziców, bez perspektyw na lepszy los. Jest źle, a może być tylko gorzej. Bez serca jest ten, kto nie zapłacze na tym filmie, bo jakim trzeba być zwyrodnialcem, aby nie zostać poruszonym przez tą opowieść?

“Szeregowiec Ryan”

Znowu męska przyjaźń i to jeszcze połączona z misją. Wojna, śmierć, zniszczenie i cel, do którego zmierzają nasi bohaterowie. Dzielni amerykański chłopcy na obcej ziemi przelewają krew za sprawę. Męskie kino, które tarmosi duszę faceta tak mocno, że jesteśmy w stanie uwierzyć, że Forrest Gump potrafi być dzielnym dowódcą. Tak jak w przypadku “Terminatora” tak i tutaj główną rolę odgrywa poświęcenie. Moment, za który w barze możemy wychylić szklaneczkę lub dwie. Wszystko się tam zgadza, nawet łzy.

“Stowarzyszenie umarłych poetów”

Ze świecą szukać nauczycieli takich jak John Keating. Robin Williams w wielu rolach chwytał mnie za serce. Był po prostu świetnym aktorem, który sprawdzał się zarówno w komedii, jak i w dramacie. Z początku chciałem tu umieścić “Buntownika z wyboru”, ale stwierdziłem, że “Stowarzyszenie” będzie jeszcze lepsze. O ile lepszy może być film, który wyciska z faceta tyle łez, że można by nimi napełnić chłodnicę w samochodzie. Gdy dochodzi do kulminacyjnego momentu i brutalnie zabierają nam człowieka, który był tak inspirujący, to zamiast żądzy mordu czujemy smutek, tak wielki smutek, że słysząc donośne:

O Captain! My Captain!

Musimy zacząć płakać.

To oczywiście nie wszystkie filmy, na których prawdziwy facet może uronić łzę lub dwie. Warto też wspomnieć o:

  • “Stań przy mnie”,
  • “Skazanych na Shawshank”,
  • “Breavehart”,
  • “Rockym”,
  • “Życie jest piękne”,
  • “Liście Schindlera”,
  • “Leonie zawodowcu”.

Jeżeli na nich zapłakaliście, to znaczy, że jesteście prawdziwymi samcami alfa.

Fot. tytułowa to kadr z filmu “Terminal” (DreamWorks) w reżyserii Stevena Spielberga

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed

Logotyp na górze przeniesie Cię na stronę główną. Poniżej znajdziesz konta w serwisach, w których możesz mnie obserwować. Miło mi, że poświęcasz swój cenny czas na obcowanie z tym, co przygotowałem.

More Stories
Najlepsze sagi Fantasy
Fantasy to coś więcej niż Tolkien i Martin – Część 9