Mój rok 2017: 10 najlepszych nowych seriali

Mój rok 2017: 10 najlepszych nowych seriali

W pierwszym podsumowaniu mijającego roku skupię się na serialach. Wybrałem dziesięć. To okrągła liczba. Podobnie jak 1, 9 lub 8740323,146. Skupiłem się tylko na serialach nowych. Zaskoczeń brak. To znaczy ja nie jestem zaskoczony, bo sam je wybierałem. Wy pewnie będziecie, bo nie ma seriali, które sami uznajecie za świetne.

Jedna rzecz jeszcze. Taka ostatnia, nim zaczniecie czytać. Kolejność jest przypadkowa. No dobrze, jeszcze dwie rzeczy, które pojawiają się przy okazji podobnych podsumowań:

  • Lista jest subiektywna – NO FUCKING WAY! A jednak. Pewnego dnia napiszę coś o obiektywnym i subiektywnym podejściu do różnych rzeczy, ale to jest po prostu moja lista. Nie lista Tomka, pani Hani, Rysia z gimnazjum. Moja. Dlatego można się z nią nie zgadzać. Nawet trzeba się z nią nie zgadzać. Jak się nie zgadzasz, to napisz mi o tym w komentarzu. Jak się z nią zgadzasz, to też super. Też o tym napisz, od tego są komentarze. Piszmy sobie komentarze albo i nie.
  • Nie obejrzałem wszystkich seriali na świecie – trochę mi z tego powodu smutno. Wam pewnie mniej, ale trudno. Nie udało się. Nie robię postanowień na 2018. I tak nie obejrzę tylu seriali,  ile bym chciał obejrzeć.

To teraz, to już naprawdę lecimy.

Opowieść podręcznej
Fot. Hulu

“Opowieść podręcznej”
Gdzie obejrzeć: Showmax/Hulu

Jeżeli jest serial, który sprawił, że mam ochotę pociąć się tępym narzędziem, wydłubać nerki łyżeczką, czy zwyczajnie zawyć z powodu bólu istnienia, to jest to właśnie “Opowieść podręcznej”. Książkę czytałem dawno, dawno temu, za górami, za lasami. Serial świetnie oddaje klimat powieści Margaret Atwood. Jest fantastycznie zagrany – Elisabeth Moss to mistrzostwo świata – ale przy okazji jest po prostu do bólu wręcz prawdziwy. Wiem, że przerysowany, wiem, że to fikcja, ale uprzedmiotowienie kobiet fikcją nie jest. Fanatyzm religijny też nią nie jest. To wszystko i jeszcze więcej pojawia się w serialu. Jestem absolutnie urzeczony i mam nadzieję, że ci, którzy go jeszcze nie widzieli, a w końcu zobaczą, też będą. Nawet pomimo tego, że oglądanie kolejnych odcinków naprawdę boli.

Komiksy i choroby
Choroba w komiksie

“Legion”
Gdzie obejrzeć: FOX Polska

Kiedy usłyszałem o tym, że FOX planuje przygotować serial, którego bohaterem będzie syn Charlesa Xaviera z jednej strony cieszyłem się, a z drugiej przepełniał mnie lęk. Lęk przed tym, jak wielkiego kaszana mogą wyprodukować. W końcu David Haller jest prawdopodobnie najpotężniejszym mutantem – a na pewno jest w pierwszej lidze – rzecz w tym, że tym, co go kształtuje jako postać jest jego szaleństwo. Fakt, że w ciele jednej osoby mieszka tytułowy legion. Innych osobowości. Uspokoiłem się, gdy okazało się, że za całość odpowiada Noah Hawley. Twórca rewelacyjnego “Fargo”, która komplementuję przy każdej możliwej okazji. Hawley okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Jego serial jest niepokojący. Dziwny. Pokręcony. Momentami przekombinowany, ale nawet te momenty ratują aktorzy. Na ekranie pojawia się w końcu fantastyczna Aubrey Plaza, są Dan Stevens, Katie Aselton i Bill Irwin. Zaryzykuję stwierdzenie, że pod względem seriali na podstawie komiksów to najlepszy serial aktorski, jaki powstał. Nie jako ekranizacja komiksu, ale jako produkcja, która motywy znane z komiksów postanowiła twórczo wykorzystać.

Manhunt Unabomber
Fot. Netflix

“Manhunt: Unabomber”
Gdzie obejrzeć: Netflix

Trzymajcie się krzeseł, bo nadchodzi serial, który zjada pewną opiewaną przez bardów i obłąkanych widzów serię o seryjnych mordercach, na śniadanie. Bez popijania zjada. Połyka w całości. Masakruje w zasadzie pod każdym względem. “Mindhunter” jest dobry, ale jeżeli ktoś szuka najlepszego serialu traktującego o mordercy, to kłania się właśnie “Manhunt: Unabomber”. Serial, w którym pierwsze skrzypce grają Sam Worthington i Paul Bettany, to produkcja podobna do “American Crime Story”. Zresztą tak jest pomyślana, bo kolejne sezony mają traktować o innych słynnych sprawach, które wstrząsały USA. “Manhunt” ogląda się z zapartym tchem nawet pomimo tego, że wiemy, co się stanie na końcu. Gdybym miał podać jeden powód, dla którego warto go obejrzeć, to będzie to fakt, iż jest to prawdziwa wiwisekcja postaci nie tylko Teda Kaczynskiego, ale i tego, który swoją determinacją doprowadził do jego ujęcia, czyli agenta Jima “Fitza” Fitzgeralda. Ten pierwszy to skrzywdzony geniusz, a temu drugiemu daleko do stereotypowego bohaterskiego agenta. Idealny serial do binge-watchingu. Naprawdę.

Dark
Dark

“Dark”
Gdzie obejrzeć: Netflix

Tutaj dostajecie serial, który dzieli. Być może i łączy, ale ostatnio przyglądam się temu, że głównie dzieli. Jedni krzyczą, że beznadziejny. Drudzy, że świetny. Skoro “Dark” pojawia się w tym tekście, to już wiecie, w której grupie znajduje się moja skromna osoba. Uważam, że to jedna z najlepszych produkcji tego roku nie dlatego, że wielu stara się tam zobaczyć europejskie “Stranger Things” (błagam, dajmy sobie z tym spokój), ale dlatego, że:

To serial o relacjach między ludźmi. O beznadziejności sytuacji, w której możecie się znaleźć. Bezsilności. To serial pełen wspomnianego gniewu. Kłamstw. Tajemnic. Skrywanych uraz i osobistych pragnień. Część tajemnicza to tylko fasada. Prawdziwe mięso jest pod nią. Tam jesteśmy my. Ja, Ty i ta pani z tyłu. Tylko boimy się tego przyznać. – pewien genialny autor w recenzji “Dark”

Jeżeli spodziewacie się tego cholernego “Stranger Things” po europejsku to sobie darujcie. Jeżeli natomiast chcecie poczuć wilgoć niemieckich lasów i sprawdzić, czy oglądacie naprawdę uważnie i potraficie łączyć fakty, to wtedy zapraszam Was serdecznie.

Możecie też posłuchać muzyki, która pojawia się w tym serialu. Tak się składa, że listę składałem sam. Tymi oto rencami:

Amerykańscy Bogowie
Amerykańscy Bogowie

“Amerykańscy Bogowie”
Gdzie obejrzeć: Amazon Prime

Ekranizacja, która się udała. Przynajmniej mi się tak wydaje. Owszem, Bryan Fuller stylistycznie za bardzo stara się nam zrobić wszystkim “Hannibala” na podstawie Neila Gaimana, ale i tak nie udaje mu się zepsuć dobrego wrażenia. Razem z Michaelem Greenem postanowili oddać w nasze ręce serial, który z jednej strony spodoba się fanom książki, a z drugiej zainteresuje tych, którzy jeszcze jej nie czytali. Nie każdego dało się zadowolić, ale efekt końcowy jest i artystycznie udany, i wystarczająco intrygujący, aby zdecydować się na lekturę dzieła Neila Gaimana. Na brawa zasługują przede wszystkim:

  • Casting – w obsadzie są w końcu m.in.: Gillian Anderson, Ian McShane, Orlando Jones i Peter Stormare.
  • Efekty specjalne.

Jedyny problem jaki w tej chwili mam z tym serialem jest taki, że przez te wszystkie wizualne wodotryski Fuller i Green zrezygnowali z realizacji 2. sezonu. Okazało się bowiem, że koszty były wysokie, stacja chce taniej, a panowie chcą mieć wolną rękę. Co się stanie dalej nie wiem, ale wiem, że możecie obejrzeć pierwszy sezon. Naprawdę.

Wormwood
Fot. Netflix

“Wormwood”
Gdzie obejrzeć: Netflix

Nie spodziewaliście się. Czekaliście na “Mindhuntera” albo “Tabu”. Tymczasem ja wyjeżdżam z jakimś “Wormwood”. Co to kurwa jest? Co to jest ten “Wormwood”? Robak jakiś? Rodzaj kornika? Nie. To serial, który jest hybrydą serialu dokumentalnego i fabularnego thrillera. Wszystko kręci się wokół sprawy śmierci Franka Olsona. Amerykańskiego bakteriologa, który w tajemniczych okolicznościach wypadł z 13. piętra hotelu Statler w Nowym Jorku. Olson pracował dla CIA i według jednej z wersji część jego kolegów była zaangażowana w projekt znany jako MKUltra. Ten sam, który stał się jedną z podstaw pierwszego sezonu “Stranger Things”. Twórca serialu Errol Morris przez sześć odcinków prezentuje nam to, co mogło się wydarzyć w sprawie Olsona. Dokładnie zbierał materiały i teraz uznał, że nadszedł czas opowiedzieć nam więcej niż życzyłoby sobie tego CIA. To świetny materiał dla kogoś, kogo interesuje to, jak działają służby wywiadowcze. Przynajmniej jak wydaje nam się, że działają. Do tego, aby nam to wszystko pokazać zebranego interesujący zestaw aktorów. Jest Peter Sarsgaard,  jest też Molly Pakers i Tim Blake Nelson. Są też emocje. Całkiem sporo, jak ktoś lubi teorie spiskowe.

The Toys That Made Us
Fot. Netflix

“The Toys That Made Us”
Gdzie obejrzeć: Netflix

Kolejny dokument. Choć tym razem faktycznie bardziej dokument. Seria o zabawkach, które podbiły świat. Nakręcona z humorem, lekkością, pełna ciekawych wywiadów i informacji na temat narodzin zabawek, którymi sami się bawiliście. W kolejnych odcinkach dowiecie się, kto i w jakich okolicznościach zdobył licencję na stworzenie gadżetów związanych z “Gwiezdnymi Wojnami”, jak powstała Barbie oraz dlaczego dzieciaki oszalały na punkcie He-Mana. Jeżeli myślicie, że jak film zarabia w kinach miliard to dużo, to być może zdębiejcie na wieść o tym, ile właściciele licencji są w stanie zarobić na tytułowych zabawkach. Wtedy też stanie się jasne, dlaczego każde kolejne “Gwiezdne Wojny” będą miały jakiegoś stworka, nad którym będzie można się spuszczać z radości, że taki słodki. Nawet, gdy wygląda jak efekt nieudanego eksperymentu genetycznego. Tak, piszę o Porgu. W końcu jest to też socjologiczne i psychologiczne spojrzenie na to, dlaczego niektórzy nadal zbierają zabawki.

Ania, nie Anna
Anie, nie Anna

“Ania, nie Anna”
Gdzie obejrzeć: Netflix

Nic się nie zmieniło. “Ania, nie Anna” to nadal serial, który wspominam bardzo ciepło. Przy czym należy zaznaczyć, że nie jest to wierna adaptacja książek Lucy Maud Montgomery. Stąd zmiany, które pojawiają się w całej historii mogą niektórych z Was – być może tych najwierniejszych fanów Ani – najzwyczajniej w świecie zirytować. Swoich intencji nie kryła twórczyni serialu, czyli Moira Walley-Beckett, która rozmyślnie dodała mu więcej dramaturgii, rozbudowała też przeszłość Ani. Pomijając jednak te zmiany nie sposób nie zwrócić uwagi na to, że jej artystyczna wizja spina się jako całość. Serial nie żeruje na znanych postaciach, a stara się opowiedzieć o nich coś po swojemu. Jak pisałem przy okazji recenzji dostajecie nową, lepszą, Ania z Zielonego Wzgórza. A nawet jak nie lepszą, to na pewną taką, która dobrze wpisuje się w percepcję widza w XXI wieku.

Runaways
Fot. Hulu

“Runaways”
Gdzie obejrzeć: Showmax/Hulu

Na liście pojawiają się z dziką kartą. Nie dlatego, że to serial zły, ale dlatego, że gdy to piszę nie wyemitowano wszystkich odcinków. Tak czy inaczej ich obecność może zaskakiwać, więc śpieszę z wyjaśnieniem. Przypadek “Runaways” jest podobny do tego z “Legionem”. Dostajemy serial, który rozumie materiał źródłowy. Tam, gdzie “Legion” eksperymentuje ze względu na wyjątkowość głównego bohatera, tam “Runaways” po prostu “rozumieją”, że powstali na bazie komiksu. To nie jest dzieło wybitne, ale świadome tego, że opowiada o dzieciakach, które odkrywają rzeczy, których odkryć mimo wszystko nie chciały. O starciu pokoleń, o problemach, które dobrze znacie nawet, jeżeli nie macie supermocy. Do oglądania przy okazji. Bez ciśnienia, ale z przyjemnością.

Kroniki Times Square
Fot. HBO

“Kroniki Times Square”
Gdzie obejrzeć: HBO

Będzie krótko:

  • James Franco z wąsem.
  • Twórcą jest twórca “The Wire”, czyli David Simon.
  • Branża porno.
  • Historia bez idealizowania, niektórzy uznają, że i bez tempa, ale oni się nie znają.
  • To nie porno, to HBO.

Dziękuję, pozdrawiam, kocham Was. Tymczasem na sam koniec podrzucam jeszcze kilka tytułów, które nie załapały się z różnych powodów do dziesiątki.

Też warte uwagi:

  • “Ozark” – Jason Bateman prawie jak Walter White. Tylko inaczej. Dobry kryminał.
  • “Tabu” – nie oglądałem, ale słyszałem, że Tom Hardy biega z gołą pupą. Warto.
  • “Grace i Grace” – więcej napisałem o tym serialu tutaj – a w zasadzie o prawdziwej jego bohaterce.
  • “Riverdale” – ostatnio bardziej guilty niż pleasure.
  • “Mindhunter” – nadal nie uważam tego serialu za coś wybitnego, ale skoro tak wielu krzyczy, że to świetny serial, to tak, oglądajcie.
  • “Kacze Opowieści” – bo kaczki, uuu.

PS. Tekst nie jest sponsorowany przez Netflixa. Nie płacą mi, naprawdę. Choć przyznaję, że powinni zacząć.

Przeczytaj:

5 nowych seriali w 2018 Moje albumy muzyczne 2017