Ćwiartka, czyli 25 najlepszych filmów 2016

Doczekaliście się. Cieszę się, że się doczekaliście, bo jak Wy się doczekaliście, to i ja się doczekałem. Z tego też się cieszę. W końcu mogę zaprezentować Wam doroczną Ćwiartkę, czyli zestaw 25 najlepszych filmów ubiegłego roku. Istotne jest to, że próżno w nim szukać polskiego kina. Nie znajdziecie go, ale nie dlatego, że nie kocham polskiego kina, ale dlatego, że pod względem polskich filmów z ubiegłego roku mam olbrzymie braki, które dopiero będę nadrabiać, jak tylko interesujące mnie filmy pojawią się na przykład na DVD. Tak czy inaczej na tapet wjeżdża rok 2016, który wbrew temu co niektórzy twierdzą filmowo wcale nie był taki zły. Przez dwanaście miesięcy pojawiło się sporo filmów, które są warte zapamiętania, a przede wszystkim warte są tego, aby je obejrzeć. Ćwiartka powoli staje się tradycją, a wraz z nią tradycją staje się kilka rzeczy, o których powinniście wiedzieć przed przystąpieniem do czytania:

  • Lista jest subiektywna – NA RANY HANA SOLO! NIEMOŻLIWE. A jednak. Przyznaję, że nie mam monopolu na prawdę, więc nie, moja lista nie jest tą, którą Mojżesz dostał od Boga. Jak się z nią nie zgadzasz to świetnie. Napisz mi o tym w komentarzu. Jak się z nią zgadzasz, to też super. Też o tym napisz, od tego są komentarze.
  • To niekoniecznie są najlepsze filmy, które w ogóle pojawiły się 2016 – pamiętajmy, że to przede wszystkim najlepsze filmy, które udało mi się obejrzeć w 2016 roku. Są najlepsze według mnie, choć może nie muszą być najlepsze, a właściwie te, które mi się po prostu podobały.
  • Nie obejrzałem wszystkich filmów – łączy się bezpośrednio z powyższym. Tym samym mój wewnętrzny kinoman podcina sobie właśnie więzadła kolanowe z rozpaczy.
  • Kolejność filmów jest przypadkowa – to nawet nie jest kolejność oglądania czy premier. Czysty przypadek. Nie ma też wartościowania, który jest lepszy, który gorszy.
  • Mogą pojawić się pozycje z 2015 – bo np. miały swoją premierę na jakimś festiwalu, a później trafiły do kin. Takie rzeczy mają miejsce. To nie jest nic nienormalnego. Proszę się rozejść. Naprawdę.
  • Na pewno na liście jest za mało pozycji z: Polski, Rumunii, Sri Lanki, Bhutanu, Czadu, Azerbejdżanu, Indii, Nigerii, Sierra Leone, Argentyny, Vanuatu, Beninu, Gabonu, Iranu, Iraku, Syrii, Izraela, Bora-Bora (tak, wiem, że nie jest to państwo), Księżyca, Marsa, Wysp Zielonego Przylądka czy w końcu Radomia.

Podobnie jak w ubiegłym roku wszelkie interpelacje, zażalenia, kłopoty, boleści, problemy, porady sercowe i kulinarne można kierować bezpośrednio za pomocą wszystkich kanałów social media na świecie – nie jest to do końca prawda, bo głównie złapiecie mnie na Facebooku i Twitterze. Jednak skoro wszystko jest już jasne to zabieramy się do mięcha. Od tego momentu nic nie będzie takie samo.

Zaczniemy od przejmującej historii o stracie matki. O wewnętrznej walce, które prowadzi do tego, że dwóch prawych ludzi – w tym jeden z nich jest kosmitą, ale bardzo chce być człowiekiem, zupełnie jak Pinokio – staje twarzą w twarz, aby dać sobie po mordach w zwolnionym tempie. Prawdziwy reżyserski popis Zacka Snydera, który od czasu reklamy płatków śniadaniowych dla japońskiej telewizji nie nakręcił nic równie dobrego. Oczywiście chodzi o “Batman v Superman”. Dzieło kompletne. Skończone…

Dobra, a teraz poważnie.

“Aż do piekła”, reż.  David Mackenzie

Zaczniemy od filmu, który jest moim największym filmowym zaskoczeniem 2016. Dosłownie niczego nie oczekiwałem po filmie Mackenziego oprócz tego, że widziałem zwiastun, który mnie zainteresował. Co otrzymałem? Pełnokrwisty neo-western, w którym nawet Chris Pine nie jest irytujący. Mało tego, wypada naprawdę dobrze. “Aż do piekła” przeszło przez nasze kina niepostrzeżenie. Szkoda, bo klimat południa USA można w tym filmie kroić nożem. Aktorskie trio: Ben Foster, Chris Pine i Jeff Bridges dają popis sztuki, którą uprawiają i angażują widza od samego początku. Muzyka, realizacja, wszystko stoi na bardzo wysokim poziomie. To z jednej strony film drogi, z drugiej western, a w końcu heist-movie. Dużo, dużo dobra.

“Bone Tomahawk”, reż. S. Craig Zahler

Znowu zerowe oczekiwania i spore zaskoczenie. Western inny niż wszystkie. Film, który wykonuje gatunkową woltę w kierunku, którego po westernie mało kto z Was by się spodziewał. W końcu horror i dramat w jednym, to nie zawsze połączenie, którego spodziewamy się po filmie z dzielnymi kowbojami. Swoją drogą to właśnie tutaj zobaczycie najlepszy występ w karierze Matthew Foxa (był kiedyś taki serial, “Lost”, i on tam grał). Historia powstania tej wyprawy mężczyzn do krainy Indian kanibali jest zajmująca z tego powodu, że reżyser i scenarzysta S. Craig Zahler doprowadził do realizacji filmu sam. Po prostu chciał w końcu nakręcić coś na własną rękę. Zebrał 2 miliony dolarów, całkiem interesującą obsadę i voila film jak malowanie.

“Równi goście”, reż. Shane Black

Po wykwicie chorego umysłu jakim był trzeci “Iron Man” zwątpiłem nieco w Shane’a Blacka. Na szczęście ten niezwykle utalentowany scenarzysta wrócił. I to jak. Choć “Równi goście” to ten sam patent, który Black zastosował w takich filmach jak “Zabójcza broń” czy “Ostatni skaut”, to właśnie czegoś takiego kinu akcji ostatnio brakowało. Dobrze napisanych dialogów dla pary bohaterów, którzy choć się nie lubią, to ostatecznie się pokochają. Russell Crowe świetnie sprawdza się w roli gburowatego brutala – czyli jak donoszą media zupełnie jak w życiu – a Ryan Gosling jako ten, którego biją. Fakt faktem i tak najlepiej wypada Angourie Rice, która wciela się w rolę córki jednego z bohaterów. Do piwa na wieczór ten film nadaje się lepiej niż dobrze.

“Kubo i dwie struny”, reż.  Travis Knight

Ten film nie miał prawa odnieść sukcesu na świecie. W końcu nie oferuje widzowi lekkostrawnej historyjki o miłości. Nie rzuca żartami o pierdzeniu. Nie okłamuje widza, że przecież wszystko będzie dobrze. Nie, cholera, nie będzie. Życie to nie bajka. “Kubo i dwie struny” idzie drogą wytyczoną przez Studio Ghibli. Nie oszczędzają widzów. Serwują śmierć, choroby, smutek. Dają też nadzieję. Jednak to co najbardziej uderza w tym filmie to fakt, że nawet Twój wróg może mieć rację. Nie musisz się z nią zgadzać, ale to, że stoi po drugiej stronie nie oznacza, że jest gorszy od Ciebie. “Kubo i dwie struny” nie korzysta z tanich, sprawdzonych sposobów na kreację świata i bohaterów. Nie upraszcza relacji czy charakterów. Oferuje nam prawdziwą baśń, która hipnotyzuje od pierwszych sekund. No i wygląda pięknie. Powtórzę dla efektu, PIĘKNIE!

“Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów”, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Bracia Russo znowu dostarczyli. Tym razem udało się im nakręcić film o “wielkiej” wojnie bohaterów, który ogląda się bez poczucia zażenowania czy zadawania sobie pytania, co ja robię w kinie i dlaczego mimo tytułu nikt nie popełnia samobójstwa – taki żart sytuacyjny dla fanów DC Comics. Byli chyba najlepszymi osobami do tego, aby w ogóle spróbować zafundować nam wojnę domową. W tym rasowym kinie akcji w zasadzie wszystko działa – no, może oprócz pewnego barona, który baronem nie jest, ale to i tak kwestia dyskusyjna, bo swój cel spełnił. To kino rozrywkowe w najczystszej możliwej postaci. Choć miłośnicy kina moralnego niepokoju z Andory będą się tego brzydzić, to takie kino jest potrzebne i może konkurować z najlepszymi produkcjami traktującymi o wewnętrznych konfliktach pary śledzi.

“10 Cloverfield Lane”, reż.  Dan Trachtenberg

Po premierze tego filmu przeczytałem naprawdę sporo słów na temat tego, co to kurde jest? Dlaczego tak dobrze zapowiadająca się historia zmienia się w to coś, takie coś dziwne, coś bez sensu na sam koniec? Nie zdradzę, co się dzieje na końcu oprócz tego, że “10 Cloverfield Lane” to kapitalny dreszczowiec, w którym akcja zostaje zawiązana nim zdążycie przygotować sobie herbatę. Wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, a później pierdoli się koncertowo do samego końca. Tego końca, który tak wielu z widzów uznało za żart. Ja jestem kupiony nie tylko świetnymi rolami Mary Elizabeth Winstead, Johna Goodmana i Johna Gallaghera Jr., ale przede wszystkim klaustrofobicznym klimatem. Finał to z kolei strzał w pysk dla wszystkich, którzy myślą, że tak nie można. Nie można do momentu, gdy ktoś w końcu nie zrobi tego o czym inni boją się mówić.

“Nowy początek”, reż. Denis Villeneuve

Film, który w skrócie prezentuje się tak: po serii lądowań Obcych na Ziemi wojsko werbuje ekspertkę lingwistyki, której zadaniem jest odkrycie nastawienia przybyszy z kosmosu. I faktycznie jest lingwistka i są Obcy. Tylko później cała historia rozwija się inaczej niż większość widzów oczekuje. To kameralny dreszczowiec, w którym kluczową rolę odgrywa nauka. Szanuję to, jak Denis Villeneuve potrafi prowadzić aktorów oraz budować napięcie. Oczywiście kolejny raz może się pojawić zarzut dotyczący zakończenia – rany, jak bardzo chciałbym Wam je zaspoilować – pytanie tylko, czy w banalnych prawdach nie jest ukryte to, co nas definiuje. Nawet jeżeli bronimy się przed tym rękami i odwłokami.

“Swiss Army Man a.k.a. Człowiek-scyzoryk”, reż. Dan Kwan, Daniel Scheinert

Film, w którym pojawiają się pierdzące zwłoki i grają tam główną rolę nie może być zły. A tak poważnie to trzeba obejrzeć. Ciężko jest to opisać. Ten na pozór idiotyczny pomysł na film, to tak naprawdę jedna z najlepszych historii o wolności, samotności i przyjaźni. Nie przejdziecie obok tego filmu obojętnie.

“Deadpool”, reż. Tim Miller

Bez kozery powiem pińcet i napiszę, że to najlepszy film superbohaterski ubiegłego roku i jeden z najlepszych w ogóle. Nie dlatego, że jest świetnie zrealizowany, nie dlatego, że będzie każdego bawić, nie dlatego, że jest świetnie zagrany i ma bohaterów, którzy nas obchodzą. Nic z tych rzeczy. To, że istnieje jest pochwałą miłości do kina i realizacji marzeń. Dziwne prawda? Rzecz w tym, że Millerowi udało się uchwycić urok jednej z najpopularniejszych aktualnie postaci z komiksów Marvela jednocześnie realizując film, w który praktycznie nikt nie wierzył. Nawet studio jakoś specjalnie nie trzymało z niego kciuków. Okazało się jednak, że podziwu godna determinacja Ryana Reynoldsa może zafundować wielki hit.

“Hunt for the Wilderpeople”, reż.  Taika Waititi

O poważnych sprawach można rozmawiać tak, aby nikt nie zaczął zbyt głośno płakać. Waititi potrafi z uczuciem opowiedzieć o przyjaźni i potrzebie akceptacji w taki sposób, że nie tylko się wzruszymy, ale przede wszystkim będziemy się dobrze bawić. Jest szczery w tym, co robi nie tracąc przy tym poczucia humoru. “Hunt for the Wilderpeople” to chyba jedna z najbardziej szczerych opowieści o życiu rodzinnym i relacji między ludźmi od dawna. Możecie być spokojni o kolejnego “Thora”, bo jest w świetnych rękach.

“Każdy by chciał!!”, reż. Richard Linklater

Linklater pozamiatał “Boyhood”, a później wrócił wcale nie gorszym “Każdy by chciał!!”. Rzecz w tym, że to produkcja realizacyjnie mniej spektakularna. Reżyser cofa się do lat 80. i prezentuje swoje przemyślenia na temat dojrzewania, młodości i przyjaźni. Wreszcie ktoś postanowił zerwać ze stereotypami, które piętrzą się w amerykańskim kinie, gdy główne role mają odgrywać nastolatki. Rozprawia się ze szkolnymi podziałami, prezentuje wszystko bez popadania w banał. Jest zabawnie i nostalgicznie. Można się oczywiście kłócić, czy przy okazji Linklater nie wpadł w zbytnie idealizowanie wszystkiego wokół, ale po co, gdy to tak dobrze się ogląda.

“Lament”, reż. Hong-jin Na

Koreański film, który jest jednocześnie:

  • Kryminałem policyjnym,
  • Horrorem,
  • Dramatem obyczajowym,
  • Komedią,
  • Filmem gore,
  • Kinem filozoficznym.

Pewnie jeszcze kilkoma innymi gatunkami, które tutaj się nie pojawiły. Wynika to z tego, że Koreańczycy inaczej niż my pojmują gatunki filmowe. To znaczy rozumieją je tak samo, ale nie mają problemu, aby mieszać je ze sobą z taką częstotliwością, że widzowie o słabszych nerwach będą oszołomieni, ale i zdenerwowani. No właśnie, tylko o czym jest ten film? O policjancie, który usiłuje rozwiązać tajemnicę nieznanej choroby szerzącej się w małej wiosce. Resztę radzę po prostu obejrzeć. Ostrzegam jednak, że możecie wiele razy złapać się za głowę.

“Łotr 1. Gwiezdne Wojny – Historie”, reż. Gareth Edwards

Choć to “Przebudzenia mocy” jest reprezentantem głównej serii filmów, to właśnie na filmie Edwardsa bawiłem się zdecydowanie lepiej. To tutaj poczułem klimat “starej trylogii”. Klimat, który rozpalił miłość do całego uniwersum. W końcu dostaliśmy bohaterów, którzy nie zaprzyjaźniają się ze sobą po 10 minutach. W końcu film kończy się tak, że można sobie powiedzieć:

O, i to jest dobre zakończenie.

Ma interesujące postacie, całkiem sprawnie poprowadzoną fabułę. Nie potrzebuje Jedi, aby widza przy sobie zatrzymać. Ma w końcu najlepszą scenę z Darthem Vaderem w dotychczasowej historii uniwersum i fantastyczne sceny batalistyczne. Coś, co można oglądać bez końca. Tak, ten film jest momentami chaotyczny, ale przy okazji ogląda się go z autentycznym zainteresowaniem. To są TE Gwiezdne Wojny, na które czekałem po tym, jak zobaczyłem pierwsze filmy.

“Siedem minut po północy”, reż.  J.A. Bayona

Już nie dziecko, jeszcze nie mężczyzna. Tak narrator przedstawia głównego bohatera filmu “Siedem minut po północy”. Jego życie się wali. Matka jest ciężko chora. Ojciec ma nową rodzinę. W szkole nie ma lekko, a do tego żyje w przeświadczeniu, że przyjdzie mu mieszkać z babcią. No i jest on. Potwór. Ten, który opowie trzy historie. Z każdej bohater dowie się czegoś nowego o sobie i innych. Z każdej my się też czegoś dowiemy. Tym bardziej, że wnioski jakie pojawiają się po tych historiach nie są zbyt popularne. To znaczy, że rzadko zobaczycie je w kinie. Film Bayona naturalnie kojarzy się z “Labiryntem Fauna”. Jest przede wszystkim gorzki. Ma nas czegoś nauczyć. Tak jak kiedyś robiły to baśnie nim zdominowały je puchate stworzonka, które tańczą.

“Zwierzogród”, reż.  Byron Howard, Rich Moore

Skoro o kudłatych stworzonkach mowa, to na szczęście są historie, w których te na pozór kochane zwierzątka są bardziej wiarygodne od ludzi. Tak jest ze “Zwierzogrodem”, który łączy w sobie rasowe kino policyjne, szczyptę kina noir, trochę horroru czy nawet science-fiction. Zręczność z jaką reżyserski duet prowadzi swoją opowieść jest spora nawet pomimo potknięć, które od czasu do czasu im się zdarzają. “Zwierzogród” to mądra historia o sprawach, które dotyczą każdego z nas. I wcale nie chodzi tutaj o rozwiązywanie spraw kryminalnych. Jest piękny, świetnie zrealizowany (pierwszorzędna animacja) i zdecydowanie nadaje się do oglądania w każdym wieku. Disney jeszcze potrafi. I całe szczęście.

“Zjawa”, reż. Alejandro González Iñárritu

Film Iñárritu nie załapał się do zestawienia najlepszych filmów za 2015. Na szczęście z początkiem ubiegłego roku udało mi się go obejrzeć wraz z polską premierą i muszę przyznać, że to świetny kawałek kina. Penicyliny tym oczywiście nie odkrywam, bo wie to praktycznie każdy. Kino drogi, które jest jednocześnie zwykłą opowieścią o ludzkich emocjach. W zasadzie przede wszystkim o człowieku i jego naturze. Więcej nie piszę. Powiedziano już o tym filmie wszystko.

“Miles Davis i ja”, reż. Don Cheadle

Pewnie nikt z Was tego filmu nie obejrzał ani nawet o nim nie słyszał. Tymczasem Don Cheadle, którego aktorstwo cenię, postanowił spróbować swoich sił jako reżyser. Na warsztat pełnometrażowego debiutu wziął legendę jazzu, czyli Milesa Davisa. Jednak miast kręcić klasyczny film biograficzny postanowił zmierzyć się z formułą po swojemu. Tym samy dostajemy obraz opowiadający o tym, co słynny muzyk robił między 1975 a 1981 rokiem, gdy nagle zniknął i stwierdził, że nie będzie nagrywać. Jest w tym wszystkim odrobina komedii, sporo dramatu, ale i kina gangsterskiego. “Miles Davis i ja” urzekł mnie nie tyle tematem, co faktem, że jest niedoskonały. Zagrany z odpowiednią emocją jednocześnie gubi się gdzieś w meandrach scenariusza. Jednak za podejście, temat i wspomniany bagaż emocji nie mogłem przejść obok tego filmu obojętnie.

“Doktor Strange”, reż. Scott Derrickson

Znowu ktoś zarzuci mi, że patrzę na filmy przez pryzmat wyników finansowych. Faktem jest, że na moich listach pojawiają się produkcje głośne, świetnie zarabiające na świecie. Reprezentanci tej wzgardzanej grupy filmów skierowanych do mas. Jestem dzieckiem pepsi i popcornu, na filmach chcę się przede wszystkim dobrze bawić, a to że film dużo zarobił nie jest grzechem filmu, bo kino rozrywkowe może być dobre. I takim dobrym kinem rozrywkowym jest “Doktor Strange”. Oczywiście z każdym kolejnym filmem Marvela zadaję sobie pytanie, czy to jeszcze mnie bawi. W tym wypadku tak. Przede wszystkim przez to, że uwielbiam tego bohatera i w końcu mogłem zobaczyć jak ożywają psychodeliczne kadry Steve’a Ditki. Bezcenne doznanie.

“Syn Szawła”, reż. László Nemes

Kiedy masz 39 lat i kręcisz film, który zgarnia Oscara to wiedz, że coś się dzieje. Szczególnie w momencie, gdy okazuje się, że ten film to debiut fabularny. Węgierski reżyser nakręcił przejmujący film na temat, który choć wiele razy prezentowany w kinie to nigdy w taki sposób, jaki ma miejsce tutaj. Wszystko przez to, że Nemes zrywa z utartymi kliszami, kto jest dobry, a kto zły. Mówi o zagładzie w sposób bolesny dla każdego bez względu na to, czy jest Żydem czy Niemcem. Nie ma tu bowiem dobrych Żydów i złych Niemców. Są po prostu ludzie, którzy zostali zrzuceni do piekła. Radźcie sobie.

“Służąca”, reż. Chan-wook Park

Czapki z głów przed panem Parkiem. Koreański reżyser nakręcił dramat, który ogląda się jak kryminał, a oprócz tego znajdziecie tam też sporo thrillera czy fantasy. W końcu historia o służącej, której zadaniem było rozkochanie swojej pani jest stworzona do tego, aby film nakręcił Chan-wook. Udało mu się nakręcić kino angażujące, które sprawia, że widz stara się układać w głowie to, co już wie na temat bohaterów, by później wszystko wyrzucić do kosza i zacząć od początku. Jeżeli nie przeszkadza Wam balansowanie na granicy kiczu i chcecie się zmierzyć z kinem koreańskim, to macie coś na dobry początek.

“Ja, Daniel Blake”,  reż. Ken Loach

Mam słabość do Kena Loacha, bo jak nikt potrafi pochylić się nad losem klasy robotniczej. Może lepiej będzie napisać nad losem normalnego człowieka, którym bez wątpienia jestem. Za każdym razem jak oglądam jego filmu mam wrażenie, że kręci je w pewnym sensie o mnie. “Ja, Daniel Blake” jest takim filmem. Zabawnym, ale przede wszystkim poruszającym poważne problemy. Tym razem dostało się pomocy społecznej, która i w Polsce funkcjonuje w sposób daleki od ideału. Wymierzony w system ma nas pobudzić do działania, a w zasadzie obudzić, bo często tym czego potrzebujemy jest porządny cios w twarz.

“Czerwony żółw”, reż. Michael Dudok de Wit

Koprodukcja Studia Ghibli i Wild Bunch to efekt współpracy między laureatem Oscara Michaelem Dudokiem de Witem, a Isao Takahatą, który odpowiadał m.in. za “Grobowiec świetlików” czy “Rodzinkę Yamadów”. Wspólnie stworzyli film o rodzicielstwie, który z jednej strony czerpie z tradycji filmów Studia Ghibli, a z drugiej jest mocno osadzony w kulturze europejskiej. To połączenie nie zawsze gra, momentami forma niestety wygrywa z treścią, ale nawet pomimo tych wad “Czerwony żółw” zostawia daleko w tyle wiele innych animacji.

“Anomalisa”, reż. Duke Johnson, Charlie Kaufman

Charlie Kaufman w reżysera zmienia się rzadko, ale jak już się w niego zmieni, to ręce same składają się do oklasków. Tak jest w tym wypadku. Jego “Anomalisa” to depresyjna opowieść o zakamarkach ludzkiej psychiki. Trudne doświadczenie zarówno dla widza, jak i pewnie dla twórcy, który nie ukrywa, że jego historie są często mocno autobiograficzne. Animacja, której nie będziecie chcieli pokazywać dziecku, bo zwyczajnie nie jest dla dzieci. Prawdopodobnie wielu dorosłych skrzywi się na jej widok, ale to dobrze. Takie trudne w odbiorze filmy są bardzo potrzebne, bo zmuszają nas do odrobiny intelektualnego wysiłku.

“Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii”, reż. Robert Eggers

“Czarownica” zadebiutowała na początku 2015 roku, ale dopiero w ubiegłym udało mi się ją obejrzeć. Rany boskie, co to jest za film. Zło czające się gdzieś w oddali, a jednocześnie namacalne, coraz bliższe. Napięcie dawkowane z takim pietyzmem, że seans przestaje być przyjemny, a staje się przykrym doświadczeniem. Film Eggersa płynie pod prąd trendom i prezentuje nam horror bazujący nie na krwi, ale przede wszystkim na klimacie. Surowy, brudny i przerażająco naturalistyczny. Z pierwotnym złem, przed którym ciężko uciec, bo kryje się w każdym z nas.

“Spotlight”, reż.  Tom McCarthy

Kolejny film tak naprawdę z 2015 roku, który dopiero w ubiegłym trafił do nas. Choć podczas ceremonii rozdania Oscarów po cichu liczyłem na to, że statuetkę dla najlepszego filmu zgarnie “Mad Max: Na drodze gniewu”, to nie mogę odmówić filmowi McCarthy’ego magnetyzmu, który sprawia, że widz z wypiekami na twarzy ogląda go od początku do końca. “Spotlight” choć jest dramatem, to ogląda się go jak najlepszy thriller. Jest świetnie zagrany i wyreżyserowany. Od innych tego typu obrazów wyróżnia go to, że podczas seansu wzbudzi w Was złość, ale i rozbudzi chęć działania. Grunt, żeby jak się nie poddawać w poszukiwaniu prawdy.

Rany jakie te podsumowania są męczące. Dobrze, że to raz w roku. Częściej bym tego nie zniósł. Do zobaczenia.

 

  • Są filmy, które już oglądałam, ale widzę, że mam też kilka do nadrobienia. Jedynie nie mogę zgodzić się co, do “Równi goście”. Jakoś nie mój typ humoru 🙂 Fajnie, że pojawili się Avengersi, Zjawa, Deadpool i Doktor Strange 🙂 Do zestawienia dodałabym Pitbulla, myślę też nad “Zanim się pojawiłeś”. Swego rodzaju wielką premierą był “Legion samobójców”, chociaż akurat na nim trochę się zawiodłam. I uśmiałam się w tym roku na nowej Bridget Jones 🙂 Z komedii podobała mi się jeszcze “Co ty wiesz o swoim dziadku?” – może banalna i taka na wyrost miejscami, ale śmieszna 🙂 I warta wyróżnienia jest “Ostatnia rodzina” 🙂