Ćwiartka, czyli 25 najlepszych filmów 2017

To był dobry rok. Nie chodzi mi o film z Russellem Crowe (Crowem, nie wiem, czy to się odmienia), ale o jakość filmów, które pojawiły się w kinach w 2017. Co ważne nie chodzi tylko o filmy zagraniczne, ale i o filmy polskie. To drugie cieszy szczególnie. Głównie dlatego, że męczą mnie już komentarze o tym, że jeszcze Polska nie zginęła. Kinematografia. Nie zginęła. Dłużej niż ostatni rok wykazuje oznaki coraz lepszej kondycji. Dlatego dobry film z Polski, to już nie zaskoczenie, a coś, co miejmy nadzieję wkrótce stanie się normą. Dobrze, ale nie zebraliśmy się tutaj, aby bronić polskiego kina. Zebraliśmy się tutaj, aby poznać Ćwiartkę, 25 najlepszych filmów 2017 zdaniem moim. Jedynym, jakie w tej chwili znam.

Tradycyjnie nim zbierzecie drużynę przed wyruszeniem w drogę musimy przedstawić zasady gry. Te wyglądają następująco:

  • Lista jest subiektywna – NA RANY KYLO RENA! NIEMOŻLIWE. A jednak. Przyznaję, że nie mam monopolu na prawdę, więc nie, moja lista nie jest tą, którą Mojżesz dostał od Boga. Jak się z nią nie zgadzasz to świetnie. Napisz mi o tym w komentarzu. Jak się z nią zgadzasz, to też super. Też o tym napisz. Od tego są komentarze.
  • To niekoniecznie są najlepsze filmy, które w ogóle pojawiły się 2017 – pamiętajmy, że to przede wszystkim najlepsze filmy, które udało mi się obejrzeć w 2017 roku. Są najlepsze według mnie, choć może nie muszą być najlepsze, a właściwie te, które mi się po prostu podobały.
  • Nie obejrzałem wszystkich filmów – łączy się bezpośrednio z powyższym. Tym samym mój wewnętrzny kinoman podcina sobie właśnie więzadła kolanowe z rozpaczy.
  • Kolejność filmów jest przypadkowa – to nawet nie jest kolejność oglądania czy premier. Czysty przypadek. Nie ma też wartościowania, który jest lepszy, który gorszy.
  • Mogą pojawić się pozycje z 2016 – bo np. miały swoją premierę na jakimś festiwalu, a później trafiły do kin. Mogą być też takie, których w kinach nie było, ale można je już obejrzeć na płytach (DVD lub BR) lub za pośrednictwem streamingu. Takie rzeczy w przyrodzie mają miejsce. To nie jest nic nienormalnego. Proszę się rozejść. Naprawdę.
  • Na pewno na liście jest za mało pozycji z: Polski, Rumunii, Sri Lanki, Bhutanu, Czadu, Azerbejdżanu, Indii, Nigerii, Sierra Leone, Argentyny, Vanuatu, Beninu, Gabonu, Iranu, Iraku, Syrii, Izraela, Bora-Bora (tak, wiem, że nie jest to państwo), Księżyca, Marsa, Wysp Zielonego Przylądka czy w końcu Radomia.

Podobnie jak w ubiegłym roku wszelkie interpelacje, zażalenia, kłopoty, boleści, problemy, porady sercowe i kulinarne można kierować bezpośrednio za pomocą wszystkich kanałów social media na świecie – nie jest to do końca prawda, bo głównie złapiecie mnie na FacebookuTwitterze. Jednak skoro wszystko jest już jasne to zabieramy się do mięcha. Od tego momentu nic nie będzie takie samo. Ktoś padnie na zawał, kogoś zaleje krew, a może i inne płyny ustrojowe. Wszystko może się zdarzyć jak mówią słowa piosenki. Jasne, kurwa, że wszystko może się zdarzyć… To z filmu, który niestety nie może się na tej liście pojawić.

“To przychodzi po zmroku”, reż. Trey Edward Shults

Zaczynamy z grubej rury. Filmem, który dostał po łbie za to, że ludzie szli na horror, a tam z szafy wyskoczył Roman Gutek. Przy całej sympatii i szacunku do pracy Pana Romana, to jednak nie chciałbym, aby ktoś siedział mi w szafie. Tymczasem siedzi w szafach wielu widzów. Problem z “To przychodzi po zmroku” jest taki, że w pewnym sensie sugerowano nam klasyczny film grozy, może jakieś zombie, a tymczasem dostaliśmy pełną napięcia opowieść o ludzkich lękach. Odbicie tego, czego bał się jego reżyser. W zasadzie nie mamy do czynienia z filmem, który może porwać miliony, to bardziej psychodrama. Rozprawienie się z własnym strachem. Ze świetnymi kreacjami aktorskimi, ale bez elementów (czy, aby na pewno?) charakterystycznych dla klasycznych horrorów. Mi to jak najbardziej pasuje. Wielu z Was, na pewno nie. Szczególnie biorąc pod uwagę wiadra pomyj, które wylano na film Trey’a Edwarda Shultsa. Jeżeli jeszcze nie oglądaliście, to nie dajcie się zwieść, to nie jest horror. Jeżeli już oglądaliście, to postarajcie się myśleć o nim inaczej niż o horrorze czy nawet kinie grozy. Może to pomoże. Może.

Śmierć to niewiadoma. Nie przewidzimy jej. To zawsze jest przerażające. Jeszcze bardziej przeraża żal. Sposób, w jaki prowadziłeś twoje życie, decyzje, które podjąłeś. To mnie przeraża. – Trey Edward Shults

PS. Joel Edgerton jest fantastyczny. Miód, malina normalnie.

Recenzja filmu Spider-Man: Homecoming
Spider-Man: Homecoming

“Spider-Man: Homecoming” a.k.a “Spider-Man: Wdomowstąpienie”, reż. Jon Watts

Zastanawiałem się, czy umieścić ten film na liście. Bo to nie jest ani dzieło wybitne, ani szczególnie wybijające się na tle wielu produkcji superbohaterskich. Wiecie, tego raka, który toczy kino według niektórych ludzi. Dlaczego zatem się tutaj pojawia? Bo to dobra rozrywka, a ja zawsze będę powtarzał, że kino to:

  • Od czasu do czasu rozmyślania o nieuchronności przemijaniu ślimaków,
  • Rozrywka, coś, co sprawia Ci radość. Mimo wszystko bez nagłych zgonów ślimaków.

“Spider-Man” w reżyserii Jona Wattsa ma w sobie to, czego szukam w Peterze Parkerze. Młodzieńczą naiwność, naukę poprzez popełnianie błędy i humor. To tak naprawdę taki Spider-Man na jakiego od dawna czekałem. Przynajmniej tak udało mi się wmówić. Bawiłem się świetnie. Na pewno dużo lepiej niż na najnowszych “Gwiezdnych Wojnach”.

“Toni Erdmann”, reż. Maren Ade

Duch Andy’ego Kaufmana nie umarł póki żyją ludzie tacy jak Maren Ade. Niemiecka reżyserka przyznawała, że do napisania scenariusza swojego niezwykle udanego filmu inspirowała się twórczością Kaufmana. Z tej inspiracji wyszło jej dzieło zabawne, ale nie oderwane od rzeczywistości. Możemy mówić, że to bardziej komediodramat, w którym sporo elementów satyry. Świetnie zagrany, sprawnie złożony, a do tego celnie komentujący realia rządzące światem i naszym życiem (na przykład różnice między pokoleniami). Tym samym dostajecie film, który jest jak klaun. Na zewnątrz wydaje się szczęśliwy, uśmiechnięty, ale wewnątrz przepełnia go żal. Smutek, którego nie jest w stanie opisać, czy sobie z nim poradzić. Prawdziwy filmowi Joseph Grimaldi.

“Uciekaj!”, reż. Jordan Peele

Kolejny po “To przychodzi po zmroku” zawód, który spotkał widzów szukających w kinie horroru. Zamiast tego otrzymali… No właśnie, co tak naprawdę dostali? Komentarz na temat rasizmu. Ubrany dla niepoznaki w szaty kina grozy. Peele bawi się gatunkami, a wszystko po to, aby wykrzyczeć swoje zdanie, obserwacje na temat rasizmu. Mamy tutaj młodego chłopaka, który ma poznać rodziców swojej białej dziewczyny. Wszystko idzie dobrze, ale im dalej w las tym więcej drzew, a w przypadku “Uciekaj!” więcej napięcia. To później zostaje brutalnie rozładowane. Co mam konkretnie na myśli? To, że nie niektórzy z Was nie wytrzymają ładunku absurdu, który serwuje nam reżyser. Tam, gdzie klasyczny horror oferuje nam “poważny” punkt kulminacyjny w “Uciekaj!” zastąpiono wprawką do absurdalnej komedii. Złoto, a nie film.

“Obdarowani”, reż. Marc Webb

Film z gatunku tych, który został z premedytacją uszyty po to, aby wywołać konkretne emocje. Dla jednych jest to dyskwalifikujące, a dla mnie jak najbardziej dopuszczalne. Nie widzę w takim działaniu nic złego, gdy osiągasz swój cel. Wszak wiele dzieł kultury powstaje po to, aby wywołać konkretne emocje. Krytyka takiego podejścia przypomina mi trochę przypieprzanie się do komedii za to, że jest zabawna. Webb swój cel osiągnął. Historia o samotnym mężczyźnie wychowującym swoją genialną siostrzenicę wyciska z kanalików łzowych wszystko, co wycisnąć może. Chris Evans odpoczywa od roli Kapitana Ameryki, a Marc Webb od swojej średnio udanej przygody ze Spider-Manem. Show kradnie Mckenna Grace, która w roli ponadprzeciętnie uzdolnionego dziecka wypada… ponadprzeciętnie. Jeżeli szukacie niepozornego chwytającego za serce dramatu, to właśnie go znaleźliście. Jeden z najcieplej wspominanych przeze mnie filmów 2017. Tak, płakałem.

“Mudbound”, reż. Dee Rees

Przed seansem słyszałem o tym filmie sporo dobrego. Naprawdę sporo. Chwała najwyższemu, że się nie zawiodłem. “Mudbound” to z jednej strony spojrzenie na segregację rasową amerykańskiego południa – ale nie tylko – a z drugiej historia dwóch rodzin, które zostały wciśnięte w ramy tej niewygodnej dla wszystkich sytuacji. To kino powolne, ale nagrane i zagrane z nerwem. Oparte nie tyle na niesamowitych zwrotach akcji czy innym scenariuszowym mambo jambo, a na postaciach. Pełnokrwistych bohaterach. Mary J. Blige, Garrett Hedlund, Jason Clarke czy Jonathan Banks dają popis aktorstwa. Nawet smutna jak zwykle Carey Mulligan zdaje się pasować jak ulał do brudu, oblepiającego błota, które staje się jednym z bohaterów filmu. Mówiąc krótko wszystko tu się zgadza. 8/10.

“Coco”, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

Co by było, gdyby Meksykanie mieli uczucia? Po sieci krąży grafika, w której cytowanym zdaniem opisywane są filmy Pixara. Najnowszy film tej wytwórni opowiada o chłopcu, który postanawia sprawdzić pewną rodzinną legendę. Jednocześnie, jak to w filmach Pixara bywa, ma swoje marzenia. Konkretnie marzenia o karierze muzyka. Popieprza, więc Miguel, ze swoją mandoliną i wręcz modli się do pewnego legendarnego króla muzyki, którą możemy uznać za rozrywkową jako mieszkańcy Meksyku. Rodzina odciąga Miguela od marzeń, a wiecie co się dzieje, gdy coś się nam zakazuje? Film Unkricha i Moliny spokojnie można postawić na tej same półce, co inne wybitne dokonania studia. Opowiadając o takich tematach jak przemijanie, dojrzewanie czy prezentując psychomachię broni się w starciu z “Odlotem”, “Toy Story 3” czy “Ratatuj”. To kolorowa, głośna, opowieść o nas. O sprawach trudnych, ale i błahych. Błahych jednak nie dlatego, że nie mają dla nas znaczenia. Błahych, bo uważamy, że o te najbardziej oczywiste rzeczy nie trzeba walczyć. Tymczasem błąd. Trzeba. O nie trzeba walczyć z całą zaciekłością. Z wściekłością, bo gdy nie będziecie walczyć zorientujecie się, że jest już za późno. Skończycie jak babcia Miguela rozdzierająca ciszę nocy swoim przeraźliwym śpiewem.

“Logan Lucky”, reż. Steven Soderbergh

Kryminał, dramat, a nawet komedia. “Logan Lucky” to heist movie, ale choć można znaleźć podobieństwa z serią “Oceans”, to jednak mimo wszystko bliżej mu do wspomnianego dramatu. Historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Jimmy Logan (Channing Tatum) zostaje zwolniony z pracy. Potrzebuje kasy, więc przekonuje swojego brata, Clyde’a (Adam Driver) i siostrę Mellie (Riley Keough), aby obrabowali Charlotte Motor Speedway w trakcie wyścigu formuły NASCAR. Żeby tego dokonać potrzebują pomocy jegomościa imieniem Joe Bang (Daniel Craig). Problem w tym, że Joe siedzi w więzieniu. Więcej nie zdradzę. Jest spora szansa, że jak nie lubicie Channinga Tatuma, to po tym filmie choć trochę zmienicie zdanie. Jak kochacie Adama Drivera, to pokochacie go mocniej, a Daniel Craig… Cóż. Ciężko mi opisać, co tak naprawdę na ekranie robi Craig. Joe Bang jest, no, jest w pewnym sensie wyjątkowy. Może Bond trochę (ok, bardzo) szarżuje, ale czasami takie aktorskie szarże pasują. Do obejrzenia przy piwie lub dwóch, ewentualnie siedmiu.

“Klient”, reż. Asghar Farhadi

Asghar Farhadi potrafi budować napięcie jak Alfred Hitchcock. Naprawdę mało jest reżyserów, którzy to potrafią. Jeżeli podobało się Wam “Rozstanie”, to “Klient” też przypadnie Wam do gustu. Tym razem bierze się za historię, w której Emad (Shahab Hosseini) i jego żona Rana (Taraneh Alidoosti) muszą wyprowadzić się z luksusowego mieszkania. Powód jest prosty, budynek grozi zawalaniem. Ich kolega, aktor jednego z lokalnych teatrów, proponuje im mieszkanie. Na pozór wszystko jest w jak najlepszym porządku. Problem w tym, że ów kolega zapomina dodać, że poprzednia lokatorka, która wciąż nie zabrała z mieszkania swoich rzeczy, trudniła się prostytucją. Później napięcie między postaciami tylko rośnie.

“Zabicie świętego jelenia”, reż. Yorgos Lanthimos

Jest spora szansa, że jak tylko będzie pojawiać się film Lanthimosa, to automatycznie będzie lądować w ćwiartkach. Dwa lata temu był “Lobster”, a teraz jest “Jeleń”. Reżyser nadal trzyma się tego, że najlepiej wychodzą mu oniryczne dreszczowce. Tym razem jednak na warsztat wziął opowieść o historii króla Agamemnona i jego córki Ifigenii. Nie szukajcie jej, jeżeli nie chcecie sobie psuć seansu. Choć trąci momentami banałem, to jednak coś po sobie zostawia. Jeszcze nie wiem, co, ale na pewno coś. Colin Farrell ma brodę i jest zatroskany. To powinno wystarczyć za rekomendację.

“Cicha noc”, reż. Piotr Domalewski

Niebywałe. Dobry polski film. Tak na poważnie, to debiut Piotra Domalewskiego jest komediodramatem, który zwyczajnie w świecie się udał. Historia pewnej świątecznej kolacji, to nic innego jak trafna obserwacja na temat kondycji narodu. W tym miejscu wstawcie jedyny kraj, który wstawić można, Polskę. Jest to diagnoza bolesna. Gorzka. Nie do przełknięcia dla niektórych wierzących w jego niekwestionowaną wielkość i nieomylność. Fałszywych patriotów. To z jednej strony. Z drugiej strony człowiek może odebrać film “Cicha noc” jako może i momentami gorzki zapis naszych przywar, ale z drugiej informację o tym, że nie jest z nami tak źle. Tak jak Smarzowski wywleka tylko nasze demony, tak Domalewski dostrzega, że obok grzechów są i cnoty. I z tego, i z tego filmu też, możemy być dumni.

Blade Runner 2049
Pobili mnie i sobie poszli

“Blade Runner 2049”, reż. Denis Villeneuve

Jeszcze nie arcydzieło, ale na pewno film udany. Broniący się w starciu ze swoim legendarnym już poprzednikiem. Więcej przeczytacie w recenzji. Dlatego podsumuję całość fragmentem z owego tekstu:

Nawiązuje do poprzednika, czerpie z tego, co w nim najlepsze, ale jednocześnie nie jest po prostu jeszcze raz tym samym. Przynajmniej stara się nie być. Blockbuster z założenia, a artystyczne kino z przekonania.

“Dunkierka”, reż. Christopher Nolan

Film wojenny to paradoksalnie nie jest łatwy gatunek. Zresztą jaki jest łatwy? “Dunkierka” Nolana ma w sobie coś z “Cienkiej czerwonej linii” Terrence’a Malicka. Może to sposób w jaki pochyla się nad tematem konfliktu zbrojnego. Jak gra tym, czym większość filmów wojennych grać nie chciało, nie mogło? Dźwiękiem lub jego brakiem. Bohaterami, którzy u Nolana mimo wszystko są mocno niedookreśleni charakterologicznie. Praktycznie ich nie znamy, a jednak nie możemy o nich powiedzieć, że są nam obcy. To spora sztuka. Może w końcu doczeka się Oscara?

“Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane)”, reż. Noah Baumbach

Gdzieś przeczytałem, że w filmie Baumbacha pojawiają się kiepscy aktorzy w świetnych rolach. Wiem, co autor miał na myśli, ale jest to tak samo nieprawdziwe stwierdzenie, co niesprawiedliwe. Głównie dlatego, że pisząc coś takiego przyznajemy się do własnej niewiedzy. Wszak Adam Sandler ma na koncie role co najmniej dobre, podobnie Stiller, a o Emmie Thompson i Dustinie Hoffmanie nawet nie wspominając. Owszem, ta druga para jest dla wielu z nas lepszym gwarantem aktorskiej jakości, ale jedynym grzechem tej pierwszej nie jest brak talentu, co głównie skojarzenie z komediami. Niekoniecznie mądrymi. Tak czy inaczej film Baumbacha, to jedna z pozycji, którą kochają krytycy, a do której widzowie podchodzą jak pies do jeża. Nie bójcie się. Dajcie się porwać do świata o ludziach w życiowej matni, których męczą niezrealizowane ambicje. To o nas jest. Niestety.

Ghost Story
Fot. Andrew Droz Palermo/Sundance Institute

“A Ghost Story”, reż. David Lowery

Pamiętacie jak wspominałem o Romanie Gutku w szafie? No to znowu on tam jest. To znaczy tutaj trochę mniej, bo mimo wszystko “A Ghost Story” nie zapowiadało się na horror, ale i tak ostrzegam, że tytuł jest tylko tytułem. Tak naprawdę film Lowery’ego jest dramatem o przemijaniu. To piękny, smutny film. Na szczęście też inspirujący. W końcu, jak pisał David Foster Wallace każda historia miłosna, to historia o duchach.

“Zaginione miasto Z”, reż. James Gray

Dwa ostrzeżenia. W filmie pojawia się Robert Pattinson oraz choć jest to film o wyprawie w nieznane, to daleko mu do filmów z Indianą Jonesem. Dzieło Graya to film jakby wyjęty z przeszłości kina. Kręcony w autentycznych plenerach, gdzie pot, krew i łzy towarzyszyły aktorom na planie. Surowy w formie, bez wciskanego dla rozładowania napięcia humoru. Z bardzo powolnym, wręcz ślimaczym tempem. Męczy, ale w ten satysfakcjonujący widza sposób. Wspominany Pattinson powoli zmywa z siebie połyskujący pył z czasów swojej roli w “Zmierzchu” i wybiera ciekawe role w produkcjach, które może nie skradną serc nastolatek, ale mogą pozostać w pamięci miłośników kina szukających filmów, które coś w nich pozostawią. Dlatego jak macie cierpliwość i samozaparcie to obejrzyjcie film Graya o wyprawie zorganizowanej przez Percivala Fawcetta. Faceta, który wyruszył do El Dorado.

“Twój Vincent”, reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman

Na tej liście chyba jest tylko jeden film, który może rywalizować w kategorii mistrzostwa formalnego. Choć pod innym względem. “Twój Vincent” zwraca uwagę przede wszystkim warstwą wizualną. W końcu rzadko zdarza się, aby na ekranie ożyły obrazy wielkiego artysty. Wielkiego, ale mimo wszystko nieznanego od strony swojego jestestwa. Mamy bowiem z Van Goghiem problem. Polega on na tym, że wszyscy wiemy, że odciął sobie ucho, ale mimo wszystko nie wiemy, jakim w rzeczywistości był człowiekiem. “Twój Vincent” wprawdzie nie oferuje nam prawdy obiektywnej, ale serwuje trochę inne spojrzenie na wielkiego artystę. Na jego tajemnicę i motywacje.

“Captain Fantastic”, reż. Matt Ross

Znowu komediodramat. Nie będę ukrywać, że upodobałem sobie ten gatunek. Głównie dlatego, że wydaje mi się on najbliższy mojej osobie. Trochę w tym wszystkim śmiechu, ale sporo tematów poważnych. Nie ma tu może przewrotności “Toniego Erdmanna”, ale jest stara prawda o tym, że ludzie dojrzewają za sprawą trudnych doświadczeń. Że to nie szczęście nas kształtuje, a przede wszystkim to, co sprawia nam ból. Ross swoją historię przerysował, pociągnął bardzo grubą kreską, ale przy okazji zapewnił, że jego ekranowa naiwność nie będzie nas razić. Historia Bena, który mieszka z sześciorgiem swoich dzieci w leśnej enklawie, z daleka od cywilizacji i pokus kapitalizmu jest celowo przerysowana, aby uwypuklić morał płynący z tego, że rodzicielstwo to naprawdę nie jest łatwy kawałek chleba. Szczególnie, jak się czyta Chomsky’ego.

“Logan”, reż. James Mangold

To prawdopodobnie najlepszy film o X-Men. Ci wprawdzie się w nim nie pojawiają, ale nie muszą. Wyszło Mangoldowi kino drogi, ale i polana sporą dawką przemocy historia o przemijaniu i przyjaźni. Mamy tu do czynienia z zakamuflowanym westernem ubranym w szaty kina o zmęczonym superbohaterze. Tempo prowadzenia akcji, etos postaci, konstrukcja filmu i podział na wyraźne różniące się tonacją rozdziały przywodzą na myśl film George’a Stevensa “Jeździec znikąd”. Nawiązań do gatunku, który być może wygląda jakby nie pasował do opowieści o zmęczonym i starym członku X-Men jest tu multum. W kategoriach kina superbohaterskiego to jest mój numer jeden.

 

“Wojna o Planetę Małp”, reż. Matt Reeves

Nowa seria opowiadająca o tym, jak to małpy odzyskały to, co straciły na rzecz innych małp, to mała perełka kina akcji. Podlanego filozoficzno-politycznym sosem. Reeves na szczęście nie zatraca się w rozważaniach na temat człowieczeństwa. Choć te o ludzkiej naturze są obecne, to ciągle mówimy o wspomnianym kinie akcji. Są tu nawiązania do “Czasu apokalipsy”, ale jest też dużo autorskiego pomysłu Reevesa na to, jak opowiedzieć o walce starego z nowym, a przede wszystkim o walce wewnętrznej, która toczy się w każdym z nas. Świetne domknięcie udanej trylogii.

“Najlepszy”, reż. Łukasz Palkowski

Można odetchnąć z ulgą. Łukasz Palkowski znowu nakręcił świetny film. Po “Bogach”, w którym wykonał operację na historii Zbigniewa Religi, wziął się za innego barwnego bohatera. Jerzego Górskiego, który z życiowego dna odbił się z siłą wodospadu. Po drodze wygrywając podwójnego Ironmana. Uwielbiamy podobne historie. Ludzi, którzy wspinają się na szczyt pomimo tego, że już byli na samym dnie. Wbrew wszystkim, nawet wbrew sobie. Nawet jak ostatecznie nie wygrywają (“Rocky”), to i tak pozostają jedynymi zwycięzcami, z których chcemy brać przykład. Górski dla odmiany wygrał. Drugą szansę, gdyby skorzystać z ogranego banału. Bohater Palkowskiego zmierza do celu, ale przy okazji za każdym zakrętem musi zmierzyć się ze swoimi demonami. Hollywood ogrywa ten model od dziesięcioleci. My się dopiero uczymy. Na szczęście z sukcesami.

“To”, reż. Andres Muschietti

Nie spodziewałem się, że nowa filmowa wersja “To” Stephena Kinga będzie aż tak dobra. Tymczasem jest. Głównie dlatego, że Muschietti z jednej strony rozumie literacki pierwowzór, a z drugiej świetnie odnajduje się w kinie grozy, w którym jest miejsce na odrobinę nerwowego poczucia humoru. Być może – a może i na pewno – jest to też zasługa świetnej obsady. Nie tylko dzieciaki, które muszą się zmierzyć z demonicznym klaunem, ale i sam klaun robią to, co do nich należy. Niektórzy próbowali rysować połączenie między filmem Muschiettiego, a na przykład “Stranger Things”. Rzecz w tym, że reżyser nie sięga do lat 80. XX wieku, aby zrobiło się nam nostalgicznie. Najważniejsza staje się historia, a nie gęsto upchane nawiązania. Kończy opowieść w połowie historii snutej przez Kinga, ale robi to tak, że nawet jeżeli kontynuacja nie powstanie – w co nie wierzę biorąc rewelacyjny wynik finansowy filmu – to jesteśmy usatysfakcjonowani.

“Thor: Ragnarok”, reż. Taika Waititi

Waititi nakręcił najlepszego jak dotąd Thora. Być może nakręcił też najciekawszy film w historii Marvela. Dziękuję. Pozdrawiam.

Baby Driver
Fot. TriStar Pictures

“Baby Driver”, reż. Edgar Wright

Moja słabość do filmów Wrighta nie jest tajemnicą. Uwielbiam jego filmy, a “Baby Driver” od pierwszego trailera odmalował się jako coś na czym będę siedzieć, jak zaczarowany. Udało się. “Baby Driver” to film dla fetyszystów kina. W dobrym tego słowa znaczeniu. Sam Wright jest kinem wręcz obsesyjnie owładnięty. Cytuje i sam tworzy cytaty, które przy dobrych wiatrach będą wykorzystywać w przyszłości inni twórcy. Formalnie jest to produkcja w zasadzie bez zarzutu. Montaż zgrany doskonale z dźwiękiem kradnie show, ale i sprawnie odwraca naszą uwagę od mimo wszystko niezbyt wyszukanej historii. Pewnie to ona może być jego największą słabością, ale pytanie, czy każda historia musi chwytać nas za serce, jeżeli pozostałe elementy działają tak dobrze?

“Good Time”, reż. Ben Safdie, Joshua Safdie

Zaskakująco kończę Robertem Pattinsonem. Wspominałem, że wybiera ciekawe role, w interesujących filmach. “Good Time” Bena i Joshuy Safdich jest tego dowodem. W ich filmie dwóch braci kradnie pieniądze. Teoretycznie – znowu – wszystko idzie dobrze, ale gdy dochodzą do części, w której można spokojnie odjechać z łupem okazuje się, że los ma dla nich inne plany. W filmie Safdich jest z jednej strony coś z klasycznych heist movies, ale i z surowego kina przyglądającego się jednostce na tle skąpanego w światłach neonów miasta. Jeżeli lubicie kino o złodziejach, które wykorzystuje tych złodziei, aby powiedzieć coś o nas samych, to “Good Time” jest dla Was. Poważnie.

I to by było na tyle. Kilka tysięcy słów o najlepszych filmach 2017. Przynajmniej moim zdaniem. Idę odpocząć.

Przeczytaj:

8 najlepszych komiksów 2017 12 najlepszych albumów 2017 10 najlepszych nowych seriali
Total
40
Shares
  • Karol Adamiec

    Dzięki za ciekawą listę, obejrzałem tylko 5 filmów z niej ale napewno sięgnę po resztę. Pozdrawiam

  • Twoja lista uświadomiła mi jak mało w 2017 obejrzałam filmów :O Chyba czas nadrobić 😉

    • Akurat czasu to z reguły jest go zawsze za mało. Mam postanowienie noworoczne, aby w końcu zacząć oglądać to, co naprawdę warto obejrzeć.

  • rumianman

    bardzo dziękuję, przeczytałem, połowy nie znałem, przyznaję, ale się po to się czyta się, żeby dowiedzieć, co obejrzeć.
    puściłem dalej. pozdrawiam