25 najlepszych filmów 2018
Najlepsze filmy 2018

Ćwiartka, czyli 25 najlepszych filmów 2018

Złap je wszystkie

Spokojnie mogę napisać to samo, co napisałem w roku ubiegłym. To był dobry rok. Dobry pod względem filmów, które pojawiły się w kinach. Zarówno artystycznie, ale i jak się okazało finansowo, bo dystrybutorzy osiągnęli rekordowo wysokie zyski. Przy okazji ubiegłej Ćwiartki rozpisywałem się we wstępie o polskiej kinematografii. Tym razem tego nie zrobię, ale jedno się nie zmieniło, nadal jest dobrze. Szczególnie za sprawą jednego filmu, o którym później, a który pewnie już widzieliście. Na szczęście nie samą wojną polskie kino stoi. Choć przyznaję, że tym razem tylko wspomniana wojna pojawia się na liście. No dobrze. To jeszcze kwestie formalne. Jak co roku:

  • Lista jest subiektywna – ALE JAK TO? CO TO ZNACZY? KIM JEST TEN ZAMASKOWANY WARIAT STOJĄCY ZA MOIMI PLECAMI W MASCE BAŁWANKA. A jednak. Przyznaję, że nie mam monopolu na prawdę, więc nie, moja lista nie jest tą, którą Mojżesz dostał od Boga. Jak się z nią nie zgadzasz to świetnie. Napisz mi o tym w komentarzu. Jak się z nią zgadzasz, to też super. Też o tym napisz. Od tego są komentarze.
  • To niekoniecznie są najlepsze filmy, które w ogóle pojawiły się 2018 – pamiętajmy, że to przede wszystkim najlepsze filmy, które udało mi się obejrzeć w 2018 roku. Są najlepsze według mnie, choć może nie muszą być najlepsze, a właściwie to po prostu te, które mi się podobały.
  • Nie obejrzałem wszystkich filmów – łączy się bezpośrednio z powyższym. Tym samym mój wewnętrzny kinoman podcina sobie właśnie więzadła kolanowe z rozpaczy. I Achillesa też sobie podcinam. O tak, powolutku, aby bolało.
  • Kolejność filmów jest przypadkowa – to nawet nie jest kolejność oglądania czy premier. Czysty przypadek. Jak w życiu. Nie ma też wartościowania, który jest lepszy, który gorszy.
  • Mogą pojawić się pozycje z 2017 – mimo wszystko starałem się kierować premierą w Polsce, bo wtedy można było ten czy inny film obejrzeć w naszym kraju. Mogą być też takie, których w kinach nie było, ale można je już obejrzeć na płytach (DVD lub BR) lub za pośrednictwem streamingu. Takie rzeczy w przyrodzie mają miejsce. To nie jest nic nienormalnego. Proszę się rozejść. Naprawdę. Błagam, nie róbcie zbiegowiska. No już dobrze, dobrze.
  • Na pewno na liście jest za mało pozycji z: Polski, Rumunii, Sri Lanki, Bhutanu, Czadu, Azerbejdżanu, Indii, Nigerii, Sierra Leone, Argentyny, Vanuatu, Beninu, Gabonu, Iranu, Iraku, Syrii, Izraela, Bora-Bora (tak, wiem, że nie jest to państwo), Księżyca, Marsa, Wysp Zielonego Przylądka czy w końcu Radomia.

To tyle przynudzania. Przejdźmy na zaplecze. Pokażę Wam mięso.

Logan Marshall-Green Yes GIF by UPGRADE - Find & Share on GIPHY

“Upgrade”, reż. Leigh Whannell

Włączyłem bez większych oczekiwań skuszony trailerem, który kiedyś, dawno temu, obejrzałem w sieci. Skończyłem zachwycony. To nie jest film wybitny. To nie jest nawet film fabularnie odkrywczy. To kino zemsty w cyberpunkowym sosie. Z kapitalnymi zdjęciami, niskim budżetem, ale zamiast tego pomysłami, jak ten niski budżet wykorzystać do maksimum. Zresztą reżyser i scenarzysta Leigh Whannell powoli wyrasta na speca od wyciskania maksimum ze swoich opowieści i nie potrzebuje do tego miliardów dolarów. W końcu to on z James Wanem dał nam serię “Piła” – choć pamiętajmy tylko o pierwszej części. Później poczęstował nas “Naznaczonym”, a teraz zafundował rasowe kino zemsty ze świetnymi scenami akcji. Oglądać. Na koniec dodam tylko, że Logan Marshall-Green oprócz tego, że ląduje obok Toma Hardy’ego w porównaniach aktorów, którzy wyglądają “tak samo”, to nie jest mniej od Toma utalentowany. Pamiętajcie o nim.

Alfonso Cuaron Roma GIF - Find & Share on GIPHY

“Roma”, reż. Alfonso Cuarón

Film przez wielkie F. Kompletny. Możecie przejść dalej, bo tu nie ma co więcej pisać. To jest coś, co powinno się oglądać jako pozycję obowiązkową, gdy ktoś chce zająć się kręceniem filmów. Poważnie.

Spider-Man Marvel GIF - Find & Share on GIPHY

“Spider-Man Uniwersum”, reż. Bob Persichetti, Peter Ramsey, Rodney Rothman

Najlepszy film superbohaterski. Jak na razie. Naprawdę. To z jednej strony bardzo mądra, ciepła historia, a z drugiej wizualna i dźwiękowa perełka. Coś, co sprawia, że oglądać go można wiele razy. Tak jak kiedyś wiele razy czytałem komiksy, które udało mi się kupić albo pożyczyć od kolegi. Twórcom udało się nie tylko uchwycić to, co definiuje Człowieka Pająka, ale dosłownie “ożywili” komiks. Każda scena to w zasadzie gotowa strona komiksu. Ramka, do której aż chce się dopisać dymki. Swoją drogą tekstu na ekranie pojawia się całkiem sporo. Szczególnie onomatopei. Obsada też jest niczego sobie, a Nicolas Cage daje prawdziwy popis jako Spider-Man Noir. Zakochałem się – w Nicolasie już dawno temu – i moja miłość raczej szybko nie przeminie. Tym bardziej, że Cage się w Ćwiartce jeszcze pojawi.

“Anihilacja”, reż. Alex Garland

Dla jednych zwód i to wielki, dla innych dobry film, dla jeszcze innych film świetny. Tych pierwszych chyba jest najwięcej. Ja plasuję się gdzieś po środku. Nie tak daleki od zachwytu, dostrzegający wady, ale mimo wszystko cholernie usatysfakcjonowany. Bo dlaczego mam nie być, gdy dostaję historię o rozpadzie relacji między ludzkich przedstawioną za pomocą tych wszystkich dziwacznych hybryd, które się w nim pojawiają. Garland z jednej strony stara się stawiać trudne pytania, te same, które stawia autor książkowego pierwowzoru napisanego przez Jeffa VanderMeera. Body horror przenikający się z egzystencjalizmem i prawdziwym unicestwieniem na poziomie pojedynczej komórki. Filozofia przeplatająca się z grozą. Tak jak w “Ex Machinie” rozważania na temat człowieczeństwa zostały obleczone w opowieść o miłości. Być może ten ciężki do przetrawienia mariaż w “Anihilacji” stał się głównym problemem widzów, którzy nie do końca wiedzieli, co oglądają.

“Ciche miejsce”, reż. John Krasinski

Rzadko zdarza się, abym oglądał film na krawędzi fotela. Tutaj miało to miejsce i jestem z tego powodu cholernie szczęśliwy. Z jednej strony dostałem satysfakcjonującą opowieść grozy, a z drugiej naprawdę intrygujący portret rodziny, która mierzy się nie tylko z prawdziwymi potworami, ale i tymi, które toczą ją od wewnątrz. Całość oparta prosty acz genialny pomysł polegający na tym, że bohaterowie muszą być cicho. W końcu potwory mają wyjątkowo wyczulony słuch. Film Krasinskiego to również dowód na to, jak długą i interesującą drogę przeszedł horror przez lata. Kiedyś mieliśmy albo wyjątkowo wystawne widowiska – choćby jak “Dracula” – albo produkcje skierowane do miłośników kina klasy nawet nie B, a C. Teraz mamy tutaj z jednej strony kino wysokobudżetowe mieszające pomysły z dramatów, filmów obyczajowych, prawdziwy tygiel gatunków. Miłośnicy tych klasycznych opowieści trochę zgrzytają zębami. Reszta jest w ekstazie.

Ryan Gosling GIF by TIFF - Find & Share on GIPHY

“Pierwszy człowiek”, reż. Damien Chazelle

Ma Chazelle talent. Co film to wydarzenie, co film to sukces. Nie inaczej jest w przypadku “Pierwszego człowieka”. Produkcji opowiadającej o podróży na Księżyc. Tylko, że to nie ona jest tutaj najważniejsza. Najważniejszy jest tytułowy człowiek, który na Księżyc dał się wysłać z całym bagażem własnych lęków i smutku. Masy smutku, bo Neil Armstrong praktycznie cały film cierpi. My wiemy dlaczego cierpi i to cierpienie przeżywamy razem z nim. Tak samo jak ulgę, gdy już sobie z nim poradzi. Przynajmniej tak nam się wydaje. Pod względem realizacji ciężko się do czegoś przyczepić. Zdjęcia skupiające się na takich detalach jak drgające śrubki, zaparowane wizjery. Dźwięk, który ma nam dać do zrozumienia, że ten cały wspaniały statek zaraz się rozpadnie. Bo może. No i muzyka. Ach, cóż to jest za muzyka. Justin Hurwitz skomponował świetną ścieżkę. Walc w trakcie sceny dokowania to mistrzostwo świata, a utwór poniżej sprawia, że mam ciarki na całym ciele. Całe spektrum emocji z filmu zamknięte w dźwięku…

“Mission: Impossible – Fallout”, reż. Christopher McQuarrie

Seria stała się jedną z najrówniejszych i najlepszych serii kina akcji ostatnich lat. Nie będę się rozpisywać, bo znowu mamy tutaj schemat:

Tom Cruise kontra źli ludzie.

Tom Cruise wygra. To żaden spoiler. Scena pościgu jest kapitalna. Podobnie jak w zasadzie każda inna scena akcji, którą tutaj zobaczycie. Kolejny film i kolejny raz zwycięstwo. Całość nich zilustruje ten gif:

“Mandy”, reż. Panos Cosmatos

Mówiłem, że Cage jeszcze się pojawi? No to się pojawia. W roli głównej. W filmie, który określono w jednej z recenzji “pulpowym Tarkowskim”. To znowu jest kino zemsty, tylko zamiast cyberpunku mamy tutaj hipnotyzującą orgię przemocy. Trup się ściele gęsto. Krew tryska. Obłęd w oczach Cage’a nie znika, a on sam wykrzywia tylko twarz w sobie znany sposób. To kino z gatunku tych, które albo się kocha, albo się go nienawidzi, bo ciężko jest mieć wobec “Mandy” mieszane odczucia. Całość podlana jest muzyką nieodżałowanego Jóhanna Jóhannssona. Jak kochacie podróże po narkotykach, to zapraszam serdecznie.

“Wieczór Gier”, reż. John Francis Daley, Jonathan Goldstein

W teorii mamy do czynienia z filmem opartym o kliszę fabularną, w której oglądamy szaloną noc grupy przyjaciół. Do tego momentu wszystko się zgadza z tą różnicą, że duet Daley-Goldstein (to już kolejny ich wspólny film) wypracował formułę, która sprawiła, że przez cały film coś się dzieje. Już wyjaśniam o co chodzi. Mianowicie, kiedy weźmiecie sobie na tapet większość komedii ogranych według wspomnianego schematu to prawie zawsze jest moment, w którym nic więcej nie da się już wycisnąć, jakby zabrakło pomysłów na coś więcej. Tymczasem tutaj twórcy unikają tego problemu w bardzo prosty sposób. Serwują nam kolejne zwroty akcji. Nie jest tak, że owe zwroty są jakoś specjalnie odkrywcze. Jest za to tak, że one po prostu są i odpowiadają za dynamikę całego filmu. Oczywiście zawsze przy okazji komedii pojawi się temat samego humoru. Albo do Was trafia, albo nie. Dla mnie to po prostu udany, dobrze zrealizowany i przemyślany film. Z bardzo dobrymi kreacjami, wśród których na czoło wysuwa się postać grana przez Jessego Plemonsa.

“Dziedzictwo. Hereditary”, reż. Ari Aster

Rany, o rany. Ari Aster dostarczył widzom film tak niepokojący, że autentycznie może się zrobić słabo. Głównie dlatego, że Aster już od początków swojej kariery odkrywał rejony wypełnione pomysłami, których normalnie nie chcecie widzieć. W “Dziedzictwie” postanowił pójść na całość i z jednej strony zaoferował film grozy, w którym odpowiednio stopniuje napięcie, a z drugiej rodzinny dramat. Bo tak naprawdę to, co oglądamy na ekranie to jak w przypadku wielu podobnych horrorów nowej fali nie jest do końca to czego się spodziewamy. Aster podobnie jak wcześniej choćby Trey Edward Shults w “To przychodzi po zmroku” czy Jordan Peele w “Uciekaj” ubrał w szaty horroru jakiś konkretny temat, który chce omówić. Niektórzy rozliczają się z własnymi demonami, inni podejmują tematy społeczne czy obyczajowe. Gatunek się zmienia i choć wielu widzów to boli, to ja skaczę z radości. Toni Collette zasługuje na najwyższe laury.

“Zimna wojna”, reż. Paweł Pawlikowski

Czy to jest film wybitny? Nie. Bardzo byśmy chcieli, aby było inaczej, ale i bez tego jest fantastycznie. Na szczęście mimo tego, że Pawlikowski nic nie musi, to i tak ponawia kinową ucztę. Podobnie jak w “Idzie” jest czerń i biel. Jest świetne aktorstwo, ale i format 1:33. Ten ostatni jest istotny, bo kompozycja poszczególnych kadrów dodatkowo potęguje klimat panujący w jego najnowszym filmie. Klimat z jednej strony przemian zachodzących w Polsce po II wojnie światowej, a z drugiej opowieści o miłości, która krzywdzi. Nie tylko bohaterów, ale i ich bliskich. “Zimna wojna” jest z jednej strony bardzo oszczędna i surowa, a przy okazji niesie ze sobą masę emocji, które towarzyszą postaciom i tym samym widzom.

“Czarne bractwo. BlacKkKlansman”, reż. Spike Lee

Spike Lee nie skończył się na szczęście na “Kill’em All” i serwuje jeden z najbardziej przystępnych filmów w swojej karierze. Przystępnych, ale i celnie punktujących problemy, którymi ciągle przesiąknięta jest współczesna Ameryka. Mimo tego, że wydarzenia, do których reżyser się odnosi wydarzyły się w latach 70. XX wieku. Rasizm ma się dobrze i jeszcze wiele wody upłynie w Potomacu nim się to zmieni. Lee opowiada o policjancie, który postanawia przeszkodzić KKK w przejęciu władzy w Colorado Springs. Z pomocą swojego partnera przenika do organizacji, aby zrealizować swój plan. Stylizowany na kino nurtu blaxploitation film bawi, ale jeżeli pamiętamy o tym, aby użyć szarych komórek, również uczy. Wszystko jest tutaj przerysowane – nawet czołówka filmu – a mimo to film nie traci na przekazie, a wręcz przeciwnie, zyskuje.

“Ballada o Busterze Scruggsie”, reż.  Ethan Coen, Joel Coen

Miał być serial, a wyszedł film. Nie jest wielkim odkryciem fakt, że Coenowie bardzo lubią westerny. Nie kryli się z tym, a nawet mają jeden na koncie naprawdę udany, czyli “Prawdziwe męstwo”. Tylko że wtedy to był remake klasycznej historii, a tutaj mamy autorski pomysł. Pomysł, który się broni. Sześć historii, wiele barwnych postaci, humor, absurd, ale i drugie dno, jak to często u Coenów bywa. Tym razem odnoszą się do tęsknoty za przeszłością i jasnym podziałem na tych dobrych i tych złych. Bawią się konwencją i choć nie jest to najlepszy ich film w karierze, to jak zwykle nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Tradycyjnie warto.

Zawsze kochaliśmy nowelowe filmy utrzymane w konwencji westernu. Zwłaszcza te, które powstawały w latach sześćdziesiątych we Włoszech i skupiały kilku twórców krążących wokół tych samych tematów. Pisząc własny scenariusz takiego filmu, mieliśmy nadzieję, że uda nam się zatrudnić najlepszych reżyserów tworzących w naszych czasach. Na szczęście obaj się zgodzili.

“Nigdy Cię tu nie było”, reż. Lynne Ramsay

Kocham ten film. Naprawdę. Dostajemy historię człowieka, który swoje w życiu widział i przeżył. Być może za dużo, jak na jedną osobę. Zarówno jako dziecko, jak i jako dorosły. Mającego od najmłodszych lat kontakt z przemocą. Później obcującego z potwornościami świata dla zarobku i pewnie w pewnym sensie z powołania. Nie będę się dalej wgryzać w przeszłość głównego bohatera, bo tego dowiecie się, gdy obejrzycie film, ale ukłony dla Ramsay za to, że z prostej jak konstrukcja cepa historii wyciągnęła tyle emocji ile to tylko możliwe.

“Nigdy Cię tu nie było” jest jak brutalna podróż przez udręczoną duszę mężczyzny, dla którego jedyną przyjemnością jest moment znalezienia zielonego cukierka, które leżą u jego znajomego w misce. Wszystko skupia się na głównym bohaterze, którego brawurowo dźwiga na swoich barkach Joaquin Phoenix. W zasadzie nie mówi, chrząka, głównie patrzy. Jak to u Ramsay bardziej niż to, co wkoło interesuje ją główny bohater. Formowany zarówno przez wydarzenia, które możemy nazwać teraźniejszymi, jak i rozedrgane przebłyski z przeszłości. Momentami niczym z narkotycznej wizji jakiegoś psychopaty. Przy czym to nie Joe nim jest, on po prostu dźwiga cudze grzechy, aby inni mogli spać spokojnie. Dawno się tak dobrze nie bawiłem na filme, o ile w ogóle na tym filmie można się dobrze bawić. Być może końcówka mogłaby być inna, aby zamknąć całą historię naprawdę mocną puentą, ale w sumie Ramsay przez to, jak ją rozegrała dała nam z jednej strony jej posmak, a z drugiej zadrwiła z nas i pokazała, że tytuł świetnie oddaje rzeczywistość. Nawet – a może w szczególności – w obliczu śmierci.

Na koniec tylko dodam, że Joaquin Phoenix to prawdopodobnie jeden z najlepszych, jeżeli nie najlepszy aktualnie aktor dramatyczny (wyłączając tych, którzy już kończą kariery). Można rzucać kamieniami, ale fakt pozostaje faktem.

“Pierwszy reformowany”, reż. Paul Schrader

Paul Schrader, reżyser i scenarzysta filmu, to stary wyga branży. Choć część z Was może go nie kojarzyć, to jestem prawie pewien, że kojarzycie przynajmniej jeden film, przy którym pracował. W sumie to pewnie dwa, bo mówimy o człowieku, który odpowiada za scenariusze do “Taksówkarza” i “Wściekłego Byka”. Prawda, że tytuły nie są anonimowe? Od czasu do czasu Schrader oprócz pisania postanawia samemu coś wyreżyserować. Uważam, że to pierwsze wychodzi mu zdecydowanie lepiej, ale na szczęście w przypadku opisywanej produkcji zagrało i jedno, i drugie. W “Pierwszym reformowanym” otrzymujemy historię egzystencjalnych problemów pewnego pastora granego przez Ethana Hawke’a. Ten egzystencjalizm ma w sobie coś z przemyśleń Wertera. Bohater patrzy na świat, który staje się coraz smutniejszy. Nadzieja gdzieś tam jest, ale większość to i tak rozpacz. Tutaj warto zaznaczyć ważną rzecz. “Pierwszy reformowany” to film z gatunku tych, które mają tylko dwa tryby. Albo trafi do Was ten momentami – częstymi – napompowany do granic obraz ludzi mających rozterki, ocierając się o kicz, wpadający w banał, albo bardzo Wam się spodoba. Nie widzę tutaj stanów pośrednich. Ostrzegam, bo spotkałem się z opiniami, że mamy do czynienia z ramotą. Być może.

“Śmierć Stalina”, reż. Armando Iannucci

Film przeszedł cichutko przez nasze kina w kwietniu 2018. Zdecydowanie za cicho, bo Iannucci nakręcił świetną satyrę na zapędy autorytarne. Krytykuje kult wodza, krytykuje wszystko, co tak naprawdę się z tym wiąże, ale w tej krytyce sięga po broń skuteczną i groźną. Po śmiech. Owszem, czasami może to być śmiech przez łzy. Tym bardziej, że terror jest terrorem. Nawet w filmie Iannucciego. Takie podejście wydaje mi się o tyle wartościowe, że dobrze jest się śmiać z poważnych rzeczy, ale nie wolno zapominać o tym z czego tak naprawdę się śmiejemy. Żeby krytykować w ten sposób terror nie sprawiając, że przestaniemy na sam terror i jego źródło patrzeć krytycznie. Obsada wyborna, bo na ekranie pojawiają się m.in.: Steve Buscemi, Jason Isaacs, Michael Palin i Jeffrey Tambor.

“Avengers: Wojna bez granic”, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Tutaj będzie bardzo krótko. To nie powinno się udać, a jednak się udało. Jako pierwsza część zwieńczenia pewnego etapu w historii MCU ogląda się to z wypiekami na twarzy. Bracia Russo znają się na swojej robocie, jak mało kto.

“McQueen”, reż. Ian Bonhôte, Peter Ettedgui

Zacznę od truizmu. McQueen był jak meteor. Wpadł do świata mody, “zniszczył go”, by ustanowić własne porządki, ale jego życie skończyło się równie gwałtownie jak początek jego kariery. Chłopak z ulicy, który marzył o tym, że zostanie wielkim projektantem nie miał w sobie tylko buty i przekonania. Miał autentyczny talent, który często jest zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Jego tytaniczna praca ostatecznie okupiona została depresją, uzależnieniem od narkotyków, a w ostateczności śmiercią. Dla współpracowników bywał tyranem, dla koncernów kimś, kto się liczy w świecie i to bardzo, ale jakoś tak się dziwnie składało, że te same koncerny jedną ręką gratulowały, a drugą podpisywały grube czeki jego kolegom po fachu. Sam dokument zrealizowany jest poprawnie, wręcz książkowo. Z tego powodu realizacyjnie nie ma się do czego przyczepić, ale po seansie mamy ochotę dowiedzieć się o McQueenie więcej. I to chyba dobrze…

“Narodziny Gwiazdy”, reż. Bradley Cooper

Bradley Cooper i Lady Gaga śpiewają piękne piosenki, kochają się. Jest też alkohol. Cooper udowadnia, że nawet jak się kręci trzeci remake filmu z 1937 to można to zrobić dobrze. Cooper tego filmu potrzebował i okazuje się, że ten film potrzebował Lady Gagi. Piosenkarka nie tylko pięknie tutaj śpiewa, ale przede wszystkim jest autentyczna w roli dziewczyny, która zostaje gwiazdą. Czy ten film zmieni Wasze życia? Nie, ale pięknie wygląda i brzmi. Niektórzy nawet zapłaczą.

“Czarna Pantera”, reż. Ryan Coogler

Od czasu do czasu zdarza mi się wspomnieć o tym, że Czarna Pantera to jedna z moich ulubionych postaci świata Marvela. Postać ważna dla komiksu, bo to jeden z pierwszych czarnoskórych superbohaterów – tak naprawdę pierwszym, jeżeli mam być w stu procentach precyzyjnym. Tak jak pisałem przy okazji tekstu o czarnych bohaterach:

Zaprezentowanie T’Challi nie nastąpiło w jego własnym komiksie. Na to było za wcześnie. Czytelnicy pierwszy raz mogli go zobaczyć po sięgnięciu po 52. numer “Fantastycznej Czwórki”. Stan Lee i Jack Kirby wysłali popularnych superbohaterów do odległej Wakandy, w której na początku starli się, a później sprzymierzyli z tym wspaniałym wojownikiem.

Później wszystko zaczęło się toczyć coraz szybciej. W komiksach pojawiały się kolejne czarnoskóre postacie. Jednak na film – samodzielny – trzeba było chwilę poczekać. Na szczęście jak już się pojawił, to naprawdę nie sposób mu odmówić jakości. Coogler wzorem Spike’a Lee stara się wykorzystać fakt, że może przez swoje filmy dotrzeć do milionów widzów serwuje nam nie tylko interesujące widowisko od strony wizualnej, ale stara się przemycić komentarz polityczny. No dobrze, może bardziej społeczny, ale ostatecznie i tak wszystko sprowadzi się do polityki. Gdzie jest on obecny w filmie Cooglera? Przede wszystkim w całej wizji kraju i jego mieszkańców, których można traktować jako dowód, że można zniwelować nierówności społeczne. Te w USA ciągle są gigantyczne – swoją drogą przy okazji polecę świetną serię “Wyjaśniamy” realizowaną przez VOX dla Netflixa, gdzie ten temat jest poruszany w jednym z odcinków. Wakanda jest kolorowa, pełna zaawansowanej technologii i starożytnych rytuałów. Całość zilustrowana przez kapitalną muzykę daje nam film, który jest dowodem – kolejnym – że Marvel ciągle potrafi. Właściwi ludzie na właściwym miejscu potrafią w świat komiksowych ekranizacji wtłoczyć masę świeżego powietrza. “Czarna Pantera” to właśnie takie wtłaczanie.

“Jestem najlepsza. Ja, Tonya”, reż. Craig Gillespie

Jeżeli są na sali ludzie, którzy myślą, że Margot Robbie, to tylko ładnie wygląda, a talent ma tylko Glenn Close, to proszę odejść od komputerów i znaleźć sposób na obejrzenie filmu Craiga Gillespiego. Robbie w jego filmie to niesławna Tonya Harding. Dlaczego niesławna dowiecie się z filmu. Przecież nie będę Wam go tutaj opisywać. Za to postaram się odpowiedzieć, dlaczego w ogóle warto po ten film sięgnąć. Przede wszystkim po to, aby zobaczyć, że można film sportowy zrealizować wychodząc poza schemat gatunku. Później również po to, aby obcować ze świetnymi kreacjami aktorskimi, bo oprócz wspomnianej Robbie na uwagę zasługują również Allison Janney – za rolę matki bohaterki otrzymała Oscara – oraz Sebastian Stan tym razem bez metalowego ramienia, ale za to z wąsikiem i na dłuższą metę głupimi pomysłami. To w końcu ten rodzaj filmu, który choć opowiada historię gorzką i tragiczną, to potrafi do robić w taki sposób, że mamy tez miejsce na to, aby się porządnie uśmiać. Nawet jeżeli jest to czasami śmiech przez łzy. Bawiłem się przednio, ale fanem łyżwiarstwa nadal nie jestem.

“Tamte dni, tamte noce”, reż. Luca Guadagnino

Piękny film o pięknym uczuciu. Są też brzoskwinie. “Tamte dni, tamte noce” wzięły mnie trochę z zaskoczenia, bo choć słyszałem przed seansem wiele, to nie spodziewałem się jak dobry w rzeczywistości jest to film. Już pomijam samą część aktorską, to co zapadło mi najbardziej w pamięć to fakt, że autentycznie czułem słońce na twarzy. Klimat obrazu Guadagnino jest niepodrabialny, oblepia widza i sprawia, że czujemy jakbyśmy obserwowali wydarzenia na własne oczy, stojąc niedaleko od bohaterów. Jeżeli kochacie zmysłowe kino, to jest to pozycja obowiązkowa. Tylko komu ja to piszę. Pewnie i tak już dawno macie ten film za sobą.

“Walka. Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego”, reż. Ireneusz Dobrowolski

Ręka do góry, kto w ogóle słyszał o Stanisławie Szukalskim? Nikt. To nic dziwnego. Dziwnie zacznie się robić wtedy, gdy zorientujemy się, że mówimy nie o jakimś tam pierwszym lepszym artyście, ale Panu Artyście. Człowieku o wielkim talencie, który w pewnym momencie trochę się pogubił, ale i próbował poradzić sobie po prywatnych tragediach. No dobrze, ale czy warto ten dokument obejrzeć? Jak najbardziej warto. Właśnie przez to, że możecie się dowiedzieć, że ktoś taki jak Szukalski w ogóle istniał. Po drugie ze względu na to, że jak już się tego dowiecie, to okaże się, że mamy do czynienia z niezwykle intrygującą osobą. Przekonaną o własnej wielkości – w sumie słusznie – ale jednocześnie pełną wad. Oczywiście nie jest to żadne odkrycie. Każdy jest ich pełen, ale tutaj przyznają je otwarcie ci, którzy byli z nim blisko i niejako przez tą bliskość byli w stanie przypomnieć o jego istnieniu i “odzyskać go” dla świadomości osób takich jak ja.

To, co niektórzy mogą odebrać za kontrowersyjne, to poglądy Szukalskiego. Tutaj jednak warto pamiętać o tym, że nawet, gdy początkowo mógł i nawet powinien kojarzyć się z nacjonalizmem, to ostatecznie jego podejście ewoluowało. Co nie zmienia niestety faktu, że polscy nacjonaliści zaczynają zawłaszczać dzieła Szukalskiego i prezentować go jako “artystę polskiego”, takiego prawdziwego, czystego narodowo. To tylko dowód na wybiórczość, której się dopuszczają. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Reasumując. Oglądajcie. Warto.

“Wyspa psów”, reż. Wes Anderson

Psy, animacja poklatkowa, Wes Anderson. Naprawdę. Nie ma sensu więcej dodawać.

“Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, reż. Martin McDonagh

Kończę moim ulubionym filmem obok Spider-Mana, który obejrzałem w 2018. Martin McDonagh to specjalista od portretowania dwóch rzeczy, przemocy i przebaczania, które często z tą przemocą się wiąże. To nie moje, ten trafiony opis jest autorstwa Rafała Glapiaka, który o reżyserze pisał dla Polityki. Zgadzam się z nim w pełnej rozciągłości, bo w przypadku “Billboardów” mamy wszystko to połączone z duża dawką czarnego humoru i kapitalnym, napiszę dla efektu KAPITALNYM, aktorstwem. Tutaj nie ma nietrafionej roli, cholera mam wrażenie, że tutaj nie ma nawet przypadkowego czy niepotrzebnego kadru. Z jednej strony dostajemy masę przemocy, ale i momenty zadumy nad jej konsekwencjami. I ta zaduma nie wpada w banał, co jest wielką sztuką. Przynajmniej według mnie. Udało mu się stworzyć film, który z widzem zostaje. Dlaczego? Bo nawet po wielu miesiącach od seansu jak sięgam pamięcią do tego, co towarzyszyło oglądaniu jestem poruszony. Może dlatego, że to obraz, który nie pozostawia wątpliwości, że ludzie są źli, świat jest zły, ale nawet w beznadziejnej sytuacji można znaleźć światełko w tunelu najlepiej, gdy idziemy do niego razem z kimś komu ufamy i na kim możemy polegać.

To tyle. W tym roku. Pora umierać.

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed

Logotyp na górze przeniesie Cię na stronę główną. Poniżej znajdziesz konta w serwisach, w których możesz mnie obserwować. Miło mi, że poświęcasz swój cenny czas na obcowanie z tym, co przygotowałem.

More Stories
Ciekawostki o Jamesie Bondzie
Rzeczy, których nie wiesz o Jamesie Bondzie