5 gier, które sprawiły, że pokochałem cRPG

Nie wiem czemu mielibyście czytać o tym, co darzę wielkim sentymentem, ale chyba na tym polega prowadzenia bloga. Ten tekst długo “chodził mi” po głowie. Drapał gdzieś tam w z tyłu czaszki i skomlał, napisz mnie, wspomnij o nas, przypomnij ludziom, że jesteś już stary i niedługo umrzesz. Drapał, drapał i wydrapał sobie drogę na świat. Jak Obcy.

Starałem się ułożyć w głowie listę gier, które sprawiły, że pokochałem swoje hobby. Wyszedł mi jakiś gargantuicznych rozmiarów zestaw, który pewnie opisywałbym cztery dni. Są tam bijatyki, strategie, gry sportowe, ale szczególne miejsce zajmują RPG-i. To nie są najlepsze gry. Ba, w część nawet nie grałem. W takim razie dlaczego o nich piszę? Bo to moje wspomnienia z czasów, które dla części moich czytelników mogą być niezrozumiałe.

Te wspaniałe magazyny o grach

Tak naprawdę wszystko zaczęło się od prasy. Wychowałem się w czasach bez dostępu do internetu. Całą wiedzę czerpałem z pism pokroju Gamblera czy Secret Service, który jak wieść gminna niesie wraca i ma przed sobą trudne zadanie. Sam ich nie kupowałem. Nie musiałem, bo miałem kolegę, który miał dosłownie każdy numer SS-a. Tam – chyba w numerze 12 z 1995 roku – pojawił się opis Dungeon Master 2: The Legend of Skullkeep. Opis nie był najdokładniejszy i z tego, co pamiętam jakoś specjalnie mnie nie zaintrygował. Dopiero sięgnięcie po Gamblera – to też chyba był numer z 1995 roku, ale ręki nie dam sobie obciąć – sprawiło, że mnie zamurowało. Było tam wszystko, czego potrzebowałem, aby snuć plany własnych wypraw z drużyną w świat pełen niebezpieczeństw.

Screen z Dungeon Master 2: Legend of Skullkeep
Dungeon Master 2: Legend of Skullkeep

Dokładne mapy z oznaczonymi skarbami i potworami sprawiały, że sam chciałem rysować swoje. Mogłem tylko rysować i męczyć te biedne kartki z opisem w nieskończoność, bo w 1995 roku nie miałem jeszcze własnego peceta. Z tego powodu czytałem kolejne numery Secreta i Gamblera od deski do deski po kilka razy. Grałem u znajomych. Jeszcze więcej czytałem. Niestety nikt, kogo wtedy znałem nie miał Dungeon Mastera, więc cała gra rozgrywała się w sferze marzeń. Z tego powodu mogę powiedzieć, że “przeszedłem” tego RPG-a wiele razy i na różne sposoby. Kiedy w końcu dostałem upragnionego pieca – a musicie wiedzieć, że był to potwór jak na tamte czasy – ciągle nie udało mi się zagrać, bo serce skradła mi inna legendarna gra.

Co to do cholery jest shareware?

Cztery lata po wydaniu wspominanego opisu pojawił się komputer, a wraz z nim na początek płyty z demami. Wydawane były przez firmę Albion. Na jednej płycie CD znajdowały się dema gier z różnych gatunków. Oprócz wersji demonstracyjnych były też gry na licencji shareware, która pozwalała na korzystanie z produktu pod pewnymi ograniczeniami. Na rzeczonych płytach było wiele, ale to wiele świetnych gier. Jedną z nich było demo Lands of Lore: The Throne of Chaos. Do dzisiaj pamiętam swój pierwszy raz z tym tytułem i pierwsze zaskoczenie, gdy zginąłem za drugim zakrętem zaciukany przez jakieś ogry. Choć było to demo, to uderzył mnie – dosłownie tak to czułem, jakby ktoś dał mi w ryja mokrą szmatą – klimat. Miałem wrażenie, że uczestniczę w czymś wyjątkowym. Zachwycałem się grafiką, cieszyłem jak porąbany, gdy udało się pokonać wstrętne ogry, które za pierwszym razem wyprawiły mnie na tamten wirtualny świat. Chyba rok po grze w demo udało mi się dorwać pełną wersję i… wsiąkłem na długie godziny. LoL udało mi się skończyć i nawet kilka miesięcy temu odpaliłem ją znowu. Jest toporna, wygląda brzydko, ale ciągle ma gęsty klimat, który sprawia, że brniemy dalej, aby stawić czoło brzydkiej jak noc listopadowa w październiku Scotii. Grałem jeszcze w drugą część, ale nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak poprzedniczka. Niby wszystko gra, ale czegoś tam brakuje.

Screen z Lands of Lore: The Throne of Chaos
Lands of Lore: The Throne of Chaos

Kiedy udało mi się ukończyć Lands of Lore na tapecie pojawiła się inna seria, o której sporo czytałem. Ishar. Udało mi wtedy się namówić tatę na wyjazd do Bydgoszczy, aby kupić grę. Taką oryginalną, w pudełku. Tata się zgodził, ale nie wiedział, że jego przebiegły syn był po wielokrotnej lekturze tekstów Gulasha na temat serii Mortal Kombat. Po premierze Mortal Kombat 3 i zapamiętaniu wszystkiego, co można było zapamiętać na temat całego uniwersum MK postanowiłem, że ten tytuł musi pojawić się u mnie w domu. Wyjechaliśmy do Bydgoszczy, trafiliśmy do sklepu. Wpadam przed ladę i mówię, że chcę Mortal Kombat 3. Sprzedawca patrzy na mnie, patrzy na mojego ojca, potem znowu na mnie i w końcu mówi krótkie PRL-owskie:

Nie ma.

Chwila, zaraz. Jak nie ma? Co znaczy, nie ma. Panie, ja przyjechałem kilometry z ojcem, którego co najmniej dwa tygodnie urabiałem, aby mi grę kupił, a pan mi mówi, że nie ma. Czy ja panu obraziłem żonę, a może porysowałem samochód, aby tak się nade mną znęcać? Nie ma i koniec. Wyrok. Kaplica. No nic, trzeba kombinować. Przecież jak jestem w sklepie z grami, to nie wyjdę z tego miejsca z pustymi rękami. Błędnym wzrokiem przebiegłem po półkach. Tam wśród jakiegoś szajsu była ona. Trzecia część sagi Ishar. Dokładnie Ishar 3: The Seven Gates of Infinity. Chcę to. Transakcja zakończona, pudełko w łapy, ja do samochodu i wracamy do domu. Niestety już w trakcie jazdy okazało się że Ishar 3 chyba nie jest do końca Isharem 3. Instrukcja jaką znalazłem w pudle była do zupełnie innej gry. Jakiegoś polskiego pseudo RPG-owego crapu, którego nazwy nie pamiętam. Na razie nie robiłem z tego afery, może to jakiś błąd. Może gra będzie tą, którą ma być. Niestety nie była. Okazało się, że sprytny sprzedawca w pudełku po Ishar 3 trzymał badziewie. Nie pamiętam już dlaczego, ale wiem, że następnego dnia nie miałem ani Mortal Kombat 3, ani RPG-a. Znowu w ten tytuł przyszło mi zagrać po latach i spokojnie mogę napisać, że była to wymagająca rozrywka. Świetnie zrealizowana interakcja między członkami drużyny – gimby jarały się relacjami między bohaterami we współczesnych RPG-ach, a Silmarils zrobiło to lepiej w erze kamienia łupanego – dobra oprawa audiowizualna i wyśrubowany poziom trudności. Nic tylko grać.

Screen z Ishar 3: The Seven Gates of Infinity
Ishar 3: The Seven Gates of Infinity

Zanim powstali Hirołsi

Seria Might & Magic często gościła na łamach prasy growej, więc siłą rzeczy znowu złapałem fiksację na punkcie jakiejś gry tylko poprzez czytanie o niej. Powtórzyła się sytuacja z Dungeon Masterem 2. Im więcej czytałem o Might & Magic, tym częściej chciałem w nią zagrać. Nie ważne, w którą część. Ważne, że znowu przenosiłem się do świata, który później stał się podstawą do tworzenia kolejnych odsłon legendarnych strategii turowych. Zaczytywałem się o serii od drugiej części w górę, ale tak naprawdę zagrałem dopiero w szóstą odsłonę Might and Magic VI: The Mandate of Heaven. Specjalnie nie przeszkadzało mi to, że fabuła była mocno związana z poprzednimi odsłonami – szczególnie drugą i trzecią częścią. Klimat i wykonanie rekompensowały mi wszystko, co teoretycznie traciłem. Tym bardziej, że już wtedy królowało Heroes of Might and Magic: A Strategic Quest, które znalazło się na płycie przywiezionej przez ojca zaraz obok takich hitów jak Primal Rage oraz Jazz Jackrabbit – to była świetna płyta, najlepsze humble bundle w historii.

Screen z Might and Magic: World of Xeen
Might and Magic: World of Xeen

Głównie dlatego, że była tam jeszcze jedna gra. Moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenionych RPG-ów w historii, gdy przychodzi do wyboru najlepszych tytułów z gatunku. Moja ukochana firma Blue Byte była znana przede wszystkim z serii The Settlers, Jednak w 1996 roku wydała grę, do której od czasu do czasu zdarza mi się wracać. Albion. To symptomatyczne, że nazwa, która pozwoliła mi na poznawanie całej masy gier organoleptycznie ostatecznie wryła się w moją świadomość jako osobny byt w postaci futurystycznego cRPG-a. Akcja rozgrywa się w roku 2227. Wcielamy się w Toma Driscolla, pilota pracującego dla korporacji DDT, który podczas standardowej misji mającej na celu rekonesans planety Albion rozbija się i odkrywa, że planeta, która miała być pustynią jest pełna życia i to w tym inteligentnym wydaniu. Blue Byte wprowadziło elementy FPS-a do niektórych fragmentów gry, co wywoływało u mnie traumę, bo niektóre lokacje trzeba było przechodzić w kompletnych ciemnościach, a w nich jak wiecie zawsze kryje się coś strasznego. Trauma na szczęście szybko mijała, bo Albion jest po prostu wspaniałą grą. Kolorowy, ciekawy świat, bardzo dobra oprawa dźwiękowa i interesująca fabuła z masą dialogów do przebrnięcia. Do tego niektóre starcia z przeciwnikami, których poziom trudności to jakieś elektroniczne piekło, które oddziela chłopców od mężczyzn.

Screen z Albion
Albion

Gdybym miał wskazać jedną grę RPG, którą najlepiej wspominam to będzie właśnie Albion. Nigdy jej nie ukończyłem – zresztą podobnie jak wielu mi podobnych, którzy próbowali – i trochę boję się w nią znowu grać. W liceum dałem sobie spokój choć bawiłem się świetnie. Pewnie zrobiłem błąd, ale miałem dobre wytłumaczenie, bo właśnie sobie zdałem sprawę, że mój dysk twardy jest za mały na wyprawę do Wrót Baldura. Ale to historia na inny tekst…

  • BogiUbogi

    Kurczę, Albion! Ostatnio nawet chodziła mi po głowie co to była za gra, której miałem demo :), a dzięki tobie nawet wiem gdzie ją teraz mam…siedzi na płycie czwartych osadników jako gratis.

    Również jej nigdy nie przeszedłem, również mnie przerażała i dostałem wciry po w jednej z pierwszych walk i tak kilka razy, aż dałem sobie spokój, ale teraz wiem, że muszę do tego wrócić koniecznie! 🙂

    • Ja mam jedną, której tytułu nie pamiętam. To było coś z Atari. Rzut izometryczny, ograniczona przestrzeń, jakieś lochy, postać poruszająca się po kwadratach (nie wiem, czy nie było rzutu wirtualną kostką), graliśmy w to, ale nie wiedzieliśmy jak się w to gra. Całość po angielsku, a my ni w ząb języka.

      • BogiUbogi

        O kurczę, Atari to już nie moje czasy ;). Brzmi całkiem sympatycznie, zwłaszcza, że chyba na Atari nie było takich produkcji wiele? Jeśli wciąż szukasz to może Arhn.eu by wiedziało co to za tytuł? Heh, ja miałem to szczęście, że produkcje w które grałem na amidze były dość intuicyjne :).

        Swoją drogą właśnie pierwszych Settlersów miałem na Amidze i przysiągłbym, że wersja pecetowa jest w stosunku do nich upośledzona, niewielkie połacie wody, brak możliwości palenia strażnic, a przynajmniej tak zapamiętałem.

        • Ja w pierwszych Settlersów nie grałem, ale za to tygodnie spędziłem przy dwójce, która jest rewelacyjna i nawet teraz daje radę. Oglądanie tych malutkich zapracowanych ludzików to coś pięknego jest 🙂

          • BogiUbogi

            O tak, przy drugiej części również świetnie się bawiłem, bardzo podobała mi się animacja walki zawsze. 🙂 Settlersów bardzo lubię, dużo spędziłem czasu również w trzeciej części oraz w czwartej i chętnie do nich wracam, niestety brak czasu zupełnie rozkłada cokolwiek. Teraz czeka na mnie siódma część i tak od roku… 🙂 Nie grałem za to w reedycję drugiej która była chwalona, szata graficzna mnie odrzuciła.

          • Znalazłem. Ta gra to był HeroQuest z 91′ 🙂

  • Wnuko

    Hoho, ciekawe zestawienie. Wszystkie te gry łączy jedno – klimat jakby wyjęty z papierowych erpegów. Fajnie, że czasami pojawiają się nawiązujące do klasyki produkcje, a wymienione przez Ciebie gry to bez wątpienia klasyka. Pozdrawiam i chyba sam odkopię Ishara :P.