Abandonware – piractwo czy nie?

Uwielbiam stare gry. Nie tyle przez sentyment, co przez fakt, że po prostu są dobre. Przymykam oczy na to, jak wyglądają po latach, jakie mają wady pod względem tzw. “user experience”. Archaiczne w tym momencie rozwiązania odchodzą na dalszy plan, bo pewnych rzeczy czas nie odbierze. Na przykład świetnej historii czy zwykłej frajdy z gry. Jako fan przez wiele lat korzystałem ze stron, na których można znaleźć naprawdę stare gry. Ostatnio zacząłem się zastanawiać, jak to oprogramowanie ma się do polskiego prawa. Czy ściągając gry ze stron, na których można znaleźć abandonware łamię polskie prawo czy też nie.

Co to jest abandonware?

Nim przejdę dalej wypada wyjaśnić, czym w ogóle jest abandonware? Najkrócej rzecz ujmując jest to:

Program, który nie jest już sprzedawany przez swoich twórców, a ci nie zapewniają mu obsługi. Nie wspierają go.

To najprostsza i najpopularniejsza definicja abandonware. Wpadają pod nią przede wszystkim stare gry, rzadziej oprogramowanie ze względu na to, że często mamy do czynienia z kolejnymi wersjami danego programu i z tego powodu nie można uznać tych poprzednich za abandonware. Szkopuł w tym, że samo pojęcie nie jest definiowane przez prawo – mówię tu o prawie polskim, ale z tego, co wyczytałem w zasadzie w żadnym innym kraju też nie funkcjonuje – a najbliżej omawianego problemu jest dzieło osierocone, czyli:

Utwór, do którego prawdopodobnie nie wygasły autorskie prawa majątkowe i jednocześnie nie ma możliwości dotarcia do właścicieli tych praw. Tego rodzaju utworów nie można upublicznić, a dostęp do nich jest możliwy jedynie w czytelniach bibliotek, archiwach i prywatnych zbiorach. Nie można takich dzieł udostępnić w ogólnie dostępnych w internecie bibliotekach elektronicznych, nie można opublikować ich wznowień, a także włączać do antologii czy wykorzystywać ich fragmentów w innych dziełach. Problem dzieł osieroconych ogranicza też silnie zakres domeny publicznej, gdyż z braku zarejestrowanych danych o właścicielach praw majątkowych znaczna część utworów, które powinny się w niej znaleźć pozostaje niepewna prawnie.

Sprawę dzieł osieroconych starały się uregulować zarówno władze Unii Europejskiej – według dyrektywy z 2012 roku prawo do publikacji dzieł osieroconych mają wyłącznie niekomercyjne instytucje kultury. Z tym, że nasze prawodawstwo ten temat pozostawiło nierozwiązany. Oznacza to mniej więcej tyle, że istnieje ryzyko naruszenia autorskich praw osobistych i majątkowych, i związane z tym konsekwencje karne i cywilne, w momencie gdy już po publikacji utworu ujawni się ich autor i/lub właściciele. Dodatkowo należy pamiętać o tym, że w tej chwili kwestię dzieł osieroconych na terenie naszego kraju regulują przepisy UE. Najbliżej sensownego rozwiązania tego problemu była Kanada, w której każdy może wykazać, że nie ma możliwości, aby wskazać twórcy dzieła. Gdy to się nam uda, to wtedy dostajemy od urzędu (Copyright Board of Canada) prawo do korzystania z licencji utworu.

Zostając jednak przy definicji abandonware należy zwrócić uwagę na to, że to ogólne ujęcie to jedno, a rzeczywistość, to coś zupełnie innego, bo ta druga określa m.in. status tego oprogramowania w legalnych kanałach sprzedaży czy wręcz niemożność podjęcia działań przez podmioty, które posiadają prawa do danego tytułu. Sprawia to, że określenie programu jako abandonware jest niezwykle trudne.

Co dalej?

Oświecone jednostki, które dzielą się swoimi “wyważonymi” komentarzami na temat piractwa często zapominają, że majątkowe prawa autorskie do dzieła, jakim jest gra komputerowa, trwają tak długo jak żyje twórca i 70 lat po jego śmierci lub od daty pierwszego rozpowszechnienia, jeżeli mówimy o sytuacji, gdy program był udostępniony przez inną osobę lub firmę. Tak stanowi ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o “prawie autorskim i prawach pokrewnych”.

To sprawia, że z punktu widzenia prawa polskiego, jak i Unii Europejskiej, ściągając gry ze stron, na których można znaleźć abandonware, musimy się liczyć z tym, że łamiemy prawo w takim samym stopniu jak byśmy ściągali najnowszą grę. Wynika to z tego, że choć często mówimy o bardzo starych grach, których twórcy nie pracują już pod szyldem firmy, która grę stworzyła, to prawa autorskie do każdego z tych tytułów do kogoś należą. To że nikt się nimi teraz nie interesuje nie oznacza, że za miesiąc czy dwa nie okaże się, iż któraś z wielkich korporacji nie postanowi wznowić sprzedaży lub przygotować nową wersję takiego tytułu. Podobne przypadki mają miejsce choć często chcielibyśmy o nich zapomnieć jak choćby o powrocie Dungeon Keepera w formie fatalnej gry na urządzenia mobilne.

Mówiąc krótko, to że firma, która grę stworzyła już nie istnieje, nie oznacza, że bez problemów możemy ściągać ich dzieło. Owszem możemy wyobrazić sobie różne sytuacje, w których właściciel gry, którą kupił 15 lat temu znowu chce w nią zagrać, ale nośnik uległ zniszczeniu, a on sam nie ma możliwości uzyskać zastępczego nośnika od twórcy gry, bo ten nie istnieje. I co wtedy biedak ma zrobić?

Abandonware, czyli piractwo tolerowane

Z abandonware jest trochę jak z serialami. Wszyscy wiemy, że wielu z nich nie da się legalnie obejrzeć w Polsce – nawet korzystanie z Netflixa nie rozwiązuje problemu – więc ci, którzy chcą je obejrzeć albo korzystają z serwisów oferujących streaming, albo po prostu je ściągają. Ci chcący być bardziej fair sięgają po wspomnianego Netflixa czy Hulu i tam płacą za dostęp. Samo zagadnienie abandonware jest dla mnie jednym z najbardziej kontrowersyjnych, bo w zasadzie większość przypadków stawia nas w obliczu łamania prawa. Pół biedy, jak mówimy o grach, które można znaleźć w sklepach sprzedających klasyki, co jednak z tymi, co do których nie ma stu procentowej pewności czy ktoś ma do nich prawa, czy nie?

Sama idea stworzenia pojęcia abandoware była i jest słuszna oraz ciekawa. Niestety odnoszę wrażenie, że wiele osób, które zabierają głos w tej sprawie starają się usprawiedliwiać działania niezgodne z prawem wpychając je pod wspomniane pojęcie. Bo w tej chwili abandonware to przede wszystkim próba usprawiedliwienia tego, że udostępniamy produkt – przynajmniej w teorii – trudno dostępny.

Sprawdź:

[tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/heroes-of-the-storm-5-zalet-i-5-wad/”]5 zalet i 5 wad Heroes of the Storm[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/jestes-frajerem-bo-wydajesz-kase-na-gry-f2p/”]Jesteś frajerem, bo wydajesz kasę na gry f2p[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/slynni-pisarze-sluzbie-gier-komputerowych/”]Pisarze w służbie gier komputerowych[/tw-button]
  • Konrad Włodarczyk

    Powiedziałbym nawet jeszcze inaczej. ktoś gdzieś w internetach zauważył, że tego typu piractwo ma znaczenie historyczne. W wielu przypadkach ratuje grę od zapomnienia. Zgadzam się, że to łamie prawo, ale gdyby ktoś nie spiracił gry i nie udostępnił, to pewnie mogłaby ulec zapomnieniu i zniknięciu.

    • To też jest jeden z argumentów, które często się pojawiają. Bo jak inaczej zagrać w niektóre tytuły skoro nikt już ich nie sprzedaje. Na szczęście takich przypadków jest coraz mniej.

  • Zgodnie z prawem możesz ściągać te gry, bo nie jest twoim obowiązkiem sprawdzenie ich legalności. Nie jest jednak zgodne z prawem ich udostępnianie (dlatego lepiej nie ściągać przez torrenty). Trochę absurd, ale tak to wygląda.

    • Tylko, że programy i gry wyłączone są z prawa dozwolonego użytku osobistego, a to oznacza, że i ściąganie jest nielegalne bez uiszczenia stosownej opłaty. Dozwolony użytek programów komputerowych uregulowany został w art. 75 PrAut, który
      szczegółowo określa uprawnienia przysługujące korzystającym z programów. Co istotne, przepis
      ten zawęża krąg uprawnionych podmiotów jedynie do osób, które weszły w posiadanie programu. w sposób legalny, a więc nabywcę kopii programu lub licencjobiorcę. Oznacza to, że dokonywanie
      omawianych niżej czynności (np. wykonanie kopii zapasowej, poprawianie błędów programu etc.) przez osobę nie posiadającą stosownej licencji na korzystanie
      z programu będzie dalszym wkraczaniem w majątkowe prawa autorskie, które nie będzie mogło
      zostać usprawiedliwione poprzez powołanie się na regulację art. 75 nawet, jeśli dana czynność
      dokonana była dla uzyskania celu określonego w tym przepisie, a więc korzystania z programu
      komputerowego zgodnie z jego przeznaczeniem, czy też poprawienia występujących w nim błędów – cytat z prawnika

      • Faktycznie, tak jest! Nie gram w gry komputerowe, przez co zupełnie wyleciał mi z głowy ten wyjątek.

  • StacjaKosmiczna

    Battletoads & Doungle Dragon – jeden z najlepszych (i najtrudniejszych) tytułów na Famicony 😀 To również jeden z cartridge’y, których nigdy nie udało mi się zdobyć na własność :/

    A sam temat mega ciekawy, szczególnie dla stałych bywalców salonów z grami, które w latach 90 pozwalały nam liznąć trochę zachodniego awesomeness…