Ambitne kino, czyli co?

Ambitne kino. Ostateczna granica. Po jej przekroczeniu jedyne, co możemy zrobić, to pić kawę z mlekiem sojowym oraz kąpać się w hummusie. Michał z kanału Sfilmowani popełnił tekst o wiele mówiącym tytule “Ambitne kino to ściema”. Nośny temat. Szczególnie w kontekście niedawnej premiery nowego filmu Denisa Villeneuve’a “Nowy początek”. Utalentowany reżyser, który świetne filmy – “Pogorzelisko” – przeplata tymi słabszymi – “Wróg” – wziął na warsztat opowiadanie Teda Chianga “Historia twojego życia”. Opowiadanie mocno zakorzenione w nauce. W szczególności w determinizmie, badaniach nad językiem czy wreszcie wielokrotnie wspominanej przy okazji licznych publikacji na temat filmu hipotezie Sapira-Whorfa. Michał udowadnia, że bardzo często widzowie nie dostrzegają różnicy między pseudointelektualnym bełkotem, a prawdziwym artyzmem. Dają się zwieść filmom, które udają coś więcej niż w rzeczywistości są w stanie zaoferować. Wystarczy tylko skorzystać z mądrych słów, teorii i już reszta dzieje się sama. Tylko to nie jest kwestia silenia się na ambitne kino czy wplatania do filmu naukowych teorii. To kwestia wykonania.

O co Panu chodzi?

Mam problem ze stwierdzeniem, że coś w kinie jest ambitne, a coś innego już nie. Wywołuje we mnie ten sam rodzaj bólu, który wywołuje dźwięk pocieranego balona lub jak w przypadku, gdy ktoś mówi o muzyce alternatywnej. Teoretycznie wszyscy posługujemy się tymi terminami, ale kiedy ktoś każe nam wyjaśnić czym się ta alternatywa charakteryzuje to nagle nie bardzo wiemy, co zrobić. Tym bardziej, że nie spotkałem się jeszcze z racjonalnymi argumentami przemawiającymi za jakąkolwiek definicją “ambitnego kina”. Mam wręcz wrażenie, że to termin sztuczny. Ukuty przez samych odbiorców, którzy – o, zgrozo! – później sami mają problem z tym, że istnieją łatki, szufladki, do których wkładamy filmy. Szczególnie jak próbują wyjaśnić dlaczego podobał im się ten czy inny film, który powszechnie nie jest uważany za kino ambitne. Bez zaznaczenia jasnej granicy, gdzie zaczyna się ambitne kino, a kończy cała reszta.

W kwestii odbioru dzieł kultury podzielam zdanie Josepha Heatha i Andrewa Pottera, którzy w swojej zmuszającej do myślenia książce “Bunt na sprzedaż. Dlaczego kultury nie da się zagłuszy” przytaczali przykład wspominanej muzyki alternatywnej. Alternatywnej do czego? Do mainstreamu oczywiście, ale co to tak naprawdę oznacza? Czy przejście do mainstreamu kapeli, która jest uważana za alternatywną sprawia, że przestaje być alternatywna. Logika nakazuje stwierdzić, że tak. Praktyka mówi jednak, że najczęściej mianem alternatywnych tytułują się te kapele, których słuchają koledzy członków zespołu i ich psy. I nie ma w tym nic złego, i nie będzie nic złego też w tym, gdy nagle staną się popularni. Na siłę próbujemy wciskać sztukę w szufladki. Utrudniamy sobie życie, gdy w rzeczywistości albo coś jest popularne/dobre, albo nie jest. Bunt, który jest ułudą. Stawianie się w opozycji do czegoś, aby mimo wszystko zwrócić na siebie uwagę. Weźmy pewien eksperyment muzyczny, w którym uczestniczyli Lou Reed i Metallica. Ich wspólny album “Lulu” miał ambicje. Nie chodziło jednak o stanie się ikoną muzyki alternatywnej, ale zwykłą ambicję bycia dobrym albumem. Problem w tym, że efekt końcowy sprawiał wrażenie, jakby Reed i Metallica zostali zamknięci w malutkim składziku z narzędziami, w którym jest bardzo ciemno i panowie próbując się z niego wydostać zrzucali kolejne narzędzia. Efektem nie była muzyka tylko chaos i wynikający z tego chaosu hałas. Warto też zwrócić uwagę na to, że coś  jest dobre/złe to prowokujące uproszczenie, ale celowe, aby nie mnożyć bytów ponad miarę.

Birdman - screen 1
Scena bójki taka piękna

Wracając do kina. O pseudointelektualizmie w kinie wspomina się często, ale bardzo rzadko to stwierdzenie jest popartem czymś więcej oprócz klasycznego “widzimisie”. Uprzedzamy się do dzieła tylko dlatego, że nie wszystko poszło tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Szczególnie, gdy w grę wchodzi nasza percepcja. Dobrym przykładem jest “Nowy początek”, który tekst Michała sprowokował. Problemem dla widza może być nie tyle to na czym film się opiera, ale finał, który odstaje od mocnego osadzenia fabuły w nauce. Doprowadzenie do niego można postrzegać jako tani twist. Tymczasem tutaj kulminacja to po prostu kolejny element układanki, którą odkrywaliśmy razem z bohaterami. Dodatkowa informacja dla widza. Nic wyjątkowo zaskakującego. Co ważne ów finał świetnie wpisuje się w całą prezentowaną koncepcję pierwszego kontaktu z obcą rasą. Widz tego się spodziewa, a przynajmniej tak myślę, bo scenarzyści od samego początku jasno dają nam do zrozumienia o co w tym wszystkim chodzi. Być może problem wynika z dysonansu. Przejścia w banał. Tylko, czy miłość i śmierć to faktycznie banał?

Hipoteza Sapira-Whorfa – teoria lingwistyczna głosząca, że używany język wpływa w mniejszym lub większym stopniu na sposób myślenia. Jej dwa główne założenia to determinizm językowy oraz relatywizm językowy: pierwsze z nich uważa, że język (jako system wytworzony przez społeczeństwo, w którym wychowujemy się i myślimy od dzieciństwa) kształtuje nasz sposób postrzegania otaczającego nas świata; drugie mówi, iż wobec różnic między systemami językowymi, które są odbiciem tworzących je odmiennych środowisk, ludzie myślący w tych językach rozmaicie postrzegają świat.

Dobre ciasto

Na upartego z tekstu, do którego się odnoszę, można wywnioskować, że jest coś zdrożnego w opieraniu dzieła o teorie, których wielu z nas nie rozumie. Nie ma, bo to nie teorie są winne, a twórca, który nie za bardzo wie, co z nimi zrobić i jak je przedstawić. Posłużę się metaforą gastronomiczną. Można upiec pyszne ciasto według bardzo prostego przepisu i takie, którego nie da się zjeść na podstawie niezwykle skomplikowanego przepisu. Można też odwrotnie. W sytuacji “starcia” pysznego ciasta według prostego przepisu i tego według przepisu skomplikowanego nie powinno się ich wartościować na poziomie skomplikowania. Jedno i drugie jest dobre. Smakuje. Cieszmy się tym. Jeżeli zrobimy inaczej dojdziemy do prostego stwierdzenia, że coś jest banalne, więc z gruntu jest gorsze. Nie jest. W takim stawianiu sprawy widzę wielkie niebezpieczeństwo. Sami doprowadziliśmy do sytuacji, gdy tematy takie jak miłość, wierność czy poświęcenie zapalają nam lampkę ostrzegawczą z napisem “O rany, jaki banał”.

Rzecz w tym, że o miłości można pisać tak jak robiła to Jane Austen, ale i tak, jak robi to Paulo Coelho. Nasze życia są banalne, myślimy schematami, które są banalne. Nie dlatego, że większość z nas to idioci. Tak jest po prostu łatwiej. Szybciej. Jednak nie oznacza to, że to źle. Dzięki temu, że nasze życia i my sami jesteśmy jacy jesteśmy banały w większości z nas potrafią poruszyć najdelikatniejsze ze strun. Płaczę na filmach. Często. Przede wszystkim na tych uważanych za banalne. Dlatego, że choć poruszają tematy, którymi wielu z nas się brzydzi, to często robią to w sposób, który potrafi wywołać określone emocje. Fakt, jest tam pole do manipulacji, sztucznego osiągania zamierzonego celu.

Full Metal Jacket
Scena z filmu “Full Metal Jacket”/Reż. Stanley Kubrick

Jeżeli twórca w tym przemycaniu teorii naukowych i innych wynalazków jest szczery to nie ma problemu. Wydaje mi się, że zarzut “snobowania” i pokazywania wszystkim patrzcie jaki jestem mądry i mój film też jest mądry tylko tam pod spodem nic więcej nie ma wynika nie z tego, że faktycznie ktoś chce się wymądrzać, a z tego, że sami twórcy często mają problem, aby na etapie realizacji swojego ambitnego planu przedstawić nam spójną wizję dzieła. Zresztą trudne koncepty są trudne nie tylko na płaszczyźnie rozumienia, ale i na płaszczyźnie tłumaczenia ich widzowi. “Nowy początek” bardzo dobrze sprawdza się w roli tłumaczenia koncepcji, na których się opiera. Krok po kroku wyjaśnia to, co jest nam potrzebne, aby zrozumieć problem, z którym borykają się bohaterowie. Choć znowu to kwestia percepcji. Nie każdy musi podzielać moje zdanie i zgadzać się z moim tokiem myślenia.

I co dalej?

Nie mam zielonego pojęcia. Zresztą pojęcia w żadnym innym kolorze również nie mam. Głos Michała w sprawie “ambitnego kina” jest jednym z wielu w temacie. Rozumiem go, jego sposób myślenia. Być może sam jestem bardziej wyrozumiały wobec twórców, co z kolei wynika, że toleruję banał i często na banał się godzę. Lubię myśleć, że nie ma czegoś takiego jak ambitne kino i cała reszta. Jak już to ambicje ma twórca, aby stworzyć coś więcej, lepiej niż inni. Jest kino dobre lub złe. Tak jest mi prościej. Wam nie musi, ale musiałem Wam o tym napisać.

  • Siri

    Hm, po trochu się z Wami zgadzam ale i nie. Jasne, masz dużo racji ale jak sam mówisz – to kwestia percepcji. Też wiele w kinie toleruję a sama ostatnio płakałam na Mad Maxie z zachwytu, że jeszcze można takie kino kręcić. Co do Waszej polemik – Michał wydaje mi się za ostry w swoim osądzie ale po seansie Arrival ciężko się z nim miejscami nie zgodzić. Ale to bardziej problem filmów Villeneuve’a niż całego (pod)gatunku. To już kolejny raz, gdy gość daje nam instrygujące wejście w obcy świat, ciągle podkręca atmosferę grozy i przygotowuje na więcej a to więcej nie nadchodzi tylko film się kończy. Po prostu umie w intrygujący sposób opowiadać proste historie i o ile niektórych tym kupi, tak w innych rozpali ochotę na więcej i ciekawiej, co nie następuje i wywołuje rozczarowanie. Gdyby za te scenariusze wziął się człowiek z mniejszym talentem wyszłyby z tego filmy o któych zapomnielibyśmy po paru tygodniach. Tu jednak jest gość, który umie proste, banalne historie opowiadać z niesamowitym klimatem i potencjałem na wniknięcie w temat i gdy już czekasz na mocny finał, inteligentną puentę, nic się nie dzieje, skręcamy w stronę tego, co znamy. To chyba ludzi najbardziej boli.

    • Wiesz, “Pogorzelisko” takie proste nie jest. Choć nawet, gdyby sprowadzić całość do prostoty, to ja takową kupuję. “Mad Max” podobał mi się nie tylko dlatego, że jest w mistrzowski sposób zrealizowany, ale przede wszystkim dlatego, że jest maksymalnie prosty – najpierw jedziemy w jedną stronę, a później wracamy 🙂 To jest ta sama dyskusja, co w przypadku seriali i ich zakończeń. Ludzie przez lata otrzymali tyle seriali, które kończyły się w jakiś niesłychany sposób, a ich twórcy kręcili kolejne niesamowite twisty, że gdy dostają zwykły koniec, taki przyziemny, to wariują. Nie wiedzą, co się dzieje 🙂

      • Siri

        Nie wypowiadam się na temat Pogorzeliska bo jeszcze nie widziałam 🙂 Chodziło mi o to co stworzył po nim. Może faktycznie, to wina przyzwyczajenia nas do twistów, choć z drugiej strony ich u Villeneuve’a tez nie brakuje. Co nie zmienia faktu, że wciąz czekam na film spod jego ręki, który mnie zachwyci. A wiem, że on to potrafi. To czuć. Tylko niech dorwie w końcu porządny scenariusz. Ale przed nami Blade Runner 2 i tu jest na co czekać 🙂

  • Czesław Wapno

    Dla mnie Nowy Początek to kapitalny film. Świetnie zrealizowany, mocno oddziałujący na odczucia. Ale nieprowokujący do żadnych przemyśleń. Po kulminacyjnej scenie wszystko się kończy, wszystko jest wiadome i nie ma miejsca na żadne interpretacje ani wnioski. “Ambitne” (z braku lepszego słowa) dzieło zostawia w odbiorcy ślad. Niektórzy wręcz twierdzą, że jakiś konkretny utwór literacki/filmowy/inny dowolny zmienił ich spojrzenie na świat albo że dany odłam kultury ich ukształtował. Ja jestem przekonany, że za parę lat, kiedy pojawią się ładniejsze, bardziej “klimatyczne” filmy, o Arrival mało kto będzie pamiętał.

    • Jest szansa, że tak się stanie, jednak nie powiedział bym, że nie ma tam miejsca na wnioski. Jest ich sporo, szczególnie, gdy zaczniemy zadawać sobie pytania zw. z postrzeganiem czasu 🙂

  • Tekst jest nawet ciekawy, problem w tym, że kompletnie się z nim nie zgadzam 🙂 Napisałeś “Utrudniamy sobie życie, gdy w rzeczywistości albo coś jest popularne/dobre, albo nie jest.” Mam nadzieję, że nie chodziło Ci o to, że jeśli coś jest popularne to jest dobre, bo jeśli tak to muzyka disco-polo musiałaby być genialna, bo popularna jest na pewno. Poza tym według jakiego kryterium mamy oceniać, że coś jest dobre? Dla mnie dobry jest ten film, który podoba się mnie, a nie ten o którym krytycy tak napisali lub ma wysoką ocenę na jakimś filmowym portalu.
    A nawiązując do tematu to dla mnie kino ambitne to takie, gdzie twórca nie schlebia ogólnym gustom potencjalnych odbiorców, tylko robi film trochę pod prąd, bo taką ma wizję, bo chce przekazać coś więcej, bo chce poruszyć trudny/niewygodny temat. A czy wyjdzie z tego film dobry, czy też nie to już zupełnie inna sprawa. Piszesz gdzieś dalej, że ambitny równa się mało popularny… nie do końca bym się z tym zgodził. Do historii kina przeszły ambitne filmy, które zdobyły ogromną popularność, jak choćby “2001 Odyseja kosmiczna”. Inne znów, obecnie uznawane za kultowe, w chwili ich wyświetlania zaliczały klapę (“Łowca androidów”). Tylko w tym miejscu należałoby zrobić sobie rachunek sumienia i spytać ile to razy jakiś film uznawaliśmy za dobry, bo jest za taki ogólnie uznany, a nie dlatego, że nas w jakiś sposób zafascynował.

    • Odpowiadając bez rozpisywania się:

      1) Nie stawiam znaku równości między dobry i popularny to oznacza łamane, czyli dobre/złe, popularne/lub nie
      2) Nie napisałem, że ambitny to mało popularny 😉 W kilku miejscach piszę wręcz, że nie ma czegoś takiego jak ambitne kino.