Ash vs Evil Dead to bardzo dobry serial, ale niestety nie dla każdego

Pierwszy raz “Evil Dead” obejrzałem na studiach. Film był tak zły, że aż się w nim zakochałem. Zresztą właśnie w tym tkwi jego największa siła. W topornym aktorstwie, efektach bardzo specjalnych podlanych hektolitrami syropu kukurydzianego zabarwionego na czerwono i czarnym humorze. “Martwe zło” Raimiego to jeden z najlepszych złych filmów jakie możecie obejrzeć w swoim życiu. Naprawdę. Komediowy horror gore, który swoje wady zmienił w gigantyczne wręcz zalety. Z biegiem lat liczba fanów tego dzieła i innych, w których pojawiał się Ash grany przez Bruce’a Campbella, rosła. Tak jak oczekiwania w stosunku do serialu, kiedy zapowiedziano, że ten w ogóle powstanie. “Ash vs Evil Dead” wskazałem jako jedną z tych serii, na którą warto zwrócić uwagę po prezentacji na tegorocznym Comic-Con. Trochę się bałem efektu końcowego, ale po trzech odcinkach mogę napisać tylko…

Groovy

Serial realizowany przez stację Starz, to godny następca “Evil Dead” i “Armii Ciemności”. To jest praktycznie to samo, co sprawiło, że oba wspomniane tytuły tak mi się podobały, tylko skompresowane do “rozmiarów” serialu. Sprawdźmy listę składników:

  • Bruce Campbell jako Ash – jest. I jako aktor jest o niebo lepszy niż w latach 80., co tylko wychodzi Ashowi na zdrowie. Najgorszy pracownik świata, którego przeznaczeniem jest walka z siłami zła. Czego chcieć więcej?
  • Pomocnicy Asha – są. I bardzo dobrze go uzupełniają. Tak, to stereotypowe postacie. Zabawny Latynos oraz kobieta, która bywa twarda choć w głębi duszy jest miękka jak wosk. Nie zmienia to jednak faktu, że cały serial wygrywany jest często na kliszach, więc nie doszukujmy się tu czegoś, czego nigdy nie będzie.
  • Suche żarty – są. I są bardzo suche, można wręcz napisać, że jest morowo. Kto tak mówi?
  • Syrop kukurydziany – jest. W wielkich ilościach. Radosne gore z dekapitacjami, piercingiem, śliną, ropą i co sobie wymyślicie. Jest wszystko, jest dobrze, jest wesoło.
  • Kapitalna muzyka – jest. Jeżeli pierwszy odcinek zaczyna się od numeru “Space Truckin'” Deep Purple, a w tym samym epizodzie usłyszycie jeszcze Frijid Pink i Amboy Dukes, to wiedźcie, że coś się dzieje. Myślałem, że to tylko domena pilota. Na szczęście myliłem się, bo później dobór numerów był równie dobry. W końcu Keith Emerson, Greg Lake & Carl Palmer oraz The Stooges, to klasa sama dla siebie.
  • Długość odcinków – odpowiednia. Wiem, że niektórzy uważają, iż 30 minut to za mało, ale wierzcie mi, że dla dynamiki historii pół godziny jest idealne. Po prostu nie ma czasu na wypełniacze. Dostajemy samo gęste.

Patrząc na powyższą listę wszystko się zgadza. Trzeba rzucić wszystko i zacząć oglądać.

Z tym, że niekoniecznie

Gdzieś tam, wewnątrz mnie, umiera mały Ash na myśl, że jest tak wiele osób, którym ten serial nie przypadnie do gustu. Głównie ze względu na to, że stylówa horrorów klasy C czy nawet D. Które zostaną odrzucone przez groteskę, efekty specjalne, które nie zrywają kapci ze stóp nawet w HD. Nie skumają suchych żartów, będą doszukiwać się powód, dla których to całe “Ash vs Evil Dead” to kicha. Żal mi ich, ale z drugiej strony niech się męczą słuchając chińskiej muzyki sakralnej w azerskich dramatach o kolejnym pokoleniu Wallenrodów i innych Kordianów. Ash skopie im tyłek w rytm “Highway Star”. Z tego powodu poniższe dwa akapity będą próbą przekonania tych osób do swoich racji.

Pomijając wymienione powyżej elementy, które sprawiają, że fan “Martwego zła” kwiczy z zachwytu na każde nawiązanie do klasyki jest jeszcze coś, co sprawia, że ten serial warto poznać. Trylogia Raimiego stała się klasą sama dla siebie. Postać Asha, poszczególne sceny i charakter serii sprawiły, że stała się kluczowym elementem całej popkultury. Dowody na to możecie zobaczyć w grach, wystarczy wymienić tylko “Doom”, muzyce i utworach takich zespołów jak Deicide, Death czy Foo Fighters i wreszcie kinie. W przypadku kinematografii warto wskazać choćby na rewelacyjny “Dom w środku lasu”. Rewelacyjny choć obrywający od wielu widzów za te same “przewinienia”, które są charakterystyczne dla serii Raimiego.

Z kolei same przygody Asha Williamsa to zabawny zestaw nawiązań do innych wytworów popkultury. “Martwe zło” to zwierciadło choćby dla twórczości Lovecrafta. Raimi w swoich filmach zrobił to, co robi od lat Quentin Tarantino. Zebrał popkulturowe klisze i sprawił, że powstała nowa jakość. Jeden i drugi wykorzystuje znane motywy, zlepia je w całość i dzięki kreatywności i talentowi wychodzi mu coś często o wiele lepszego niż oryginał. To wielka sztuka i dlatego tak lubię Asha i jego potyczki z demonami. Niby widziałem to już miliard razy, ale nikt nie ma takiego luzu jak Campbell prowadzony przez wprawną ręką swojego przyjaciela. Dlatego na koniec tego tekstu powinienem napisać krótko. Dajcie Ashowi szansę. Nawet, gdy nie lubicie konwencji. Wyłączcie na chwilę mózgi. Przestańcie analizować. Zamiast butelki wina, przy którym delektujecie się kinem moralnego niepokoju z Nairobi, otwórzcie piwo, złapcie chipsa i połóżcie nogi na stole. Będzie morowo.

 

  • Bardzo dobry tekst ;].
    Sam mam 21 lat i dopiero 3 lata temu zapoznałem się z tą wspaniałą serią. Wiem, że większość ludzi zleje i trylogię i zapewne Ash vs Evil Dead przez te rzeczy, o których napisałeś. Ale, czy warto się tym przejmować?
    Widać, że serial robiony jest dla fanów. Fajnie, jeżeli Zło zawładnie nowymi ludźmi, a jeśli nie to trudno. Gra o Tron i TWD (który po I sezonie ssie) czeka.
    Zauważyłem też, że seria Raimiego nie istnieje bez Asha i tego specyficznego humoru. Obejrzałem te “nowe” Martwe Zło i słabiutko, oj słabiutko. Efekty są, scena z nożem do tapet dalej tnie mój mózg ale bez tych składników, jakie miały 3 poprzednie części to jest to zwykły horror bez polotu.
    Tak czy siak, warto poświęcić raz w tygodniu te 30 minut, wyłączyć mózg i świetnie się bawić :D.

    • Jeżeli nadal będą głaskać mnie – fana – swoim podejściem, to z radością dotrwam z nimi do końca sezonu 🙂

  • Powiedzenie Asha, że prawdziwa akcja zaczyna się od uderzenia w głowę szczerze mnie rozbawiło.

  • Krzysztof Grodzki

    Co tu dużo pisać…rewelacja !