“Baby Driver” – this shit is bananas

Zacznijmy od tego, że “Baby Driver” to prawdopodobnie najlepszy musical jaki oglądałem. Musicie wiedzieć, że nienawidzę musicali. Dostaję od nich wysypki. Gorzej reaguję tylko na chamstwo i góralską muzykę. Oczywiście są wyjątki. Tylko że ja nie o tym. Film Edgara Wrighta musicalem nie jest. Przynajmniej w założeniu, bo muzyka i tak gra tutaj pierwsze skrzypce. Zacznijmy – już drugi raz – od początku.

Hello Baby

Mamy spore szczęście, że Edgar Wright przekonał kogo trzeba do tego, aby dali mu pieniądze na zrealizowanie oryginalnego pomysłu. Filmu, który nie jest sequelem, prequelem, erpegiem, restartem, rebootem, remakiem i czym tam jeszcze mógłby być. Nie wiem, jak wyglądała jego rozmowa z szefami studia, gdy sprzedawał im koncept i tłumaczył o czym ten film będzie. Mogło być naprawdę ciekawie. Grunt, że ostatecznie te pieniądze dostał i udowodnił, że jest jednym z najciekawszych reżyserów młodego średniego pokolenia. Wright bawi się kinem. Już pomysł na głównego bohatera wydaje się ciekawą wariacją na temat ikonicznych kierowców znanych z klasyków kina.

Mamy bowiem młodego faceta, który najczęściej chodzi ze słuchawkami w uszach i w okularach przeciwsłonecznych. Słucha muzyki i wydaje się nie widzieć poza nią świata. W wolnych chwilach okazuje się napędzanym tą muzyką kierowcą. Najlepszym jakiego przestępca może sobie wymarzyć. Jest roztańczoną inkarnacją protagonisty z “Drive” Refna. Jego oświetloną neonami wersją, która podobnie jak on mało mówi, ale równie dobrze wykonuje swoją pracę. Baby ma do spłacenia dług wobec Doktora Franka Underwooda, bo Kevin Spacey gra ostatnio ciągle tego samego bohatera. Jednym to przeszkadza, innym niekoniecznie, bo on po prostu w tej roli się sprawdza i do niej pasuje. Jest dług, jest zbrodnia, jest kara, jest w końcu miłość. W zasadzie są w “Baby Driver” wszystkie składniki konieczne do tego, aby nakręcić zapadający w pamięć heist movie.

Baby Driver
Fot. TriStar Pictures

Wszystko powyżej wiecie i beze mnie. W zwiastunach sprzedano nam to, co najważniejsze. Na szczęście nie wszystko i pewnych rzeczy się nie spodziewałem. Po pierwsze nie spodziewałem się tego, jak dobrze wypadną aktorzy. To znaczy casting jest świetny, to wiedziałem, ale obawiałem się, że zobaczymy proste postacie, przy których aktorzy tacy jak Jon Hamm czy Jamie Foxx nie będą mieli za bardzo, co robić. Mają. Choć to faktycznie bardzo proste postacie to każdy z aktorów nadaje im swój autorski podpis. Po drugie zastanawiałem się, jaką rolę ostatecznie odegra muzyka. Soundtrack jest wyborny, ale przy okazji jest osobnym bohaterem. No dobrze, może nie bohaterem, a paliwem napędzającym akcję. Wright założył, że muzyka nie będzie tylko tłem, elementem koniecznym dla funkcjonowania głównego bohatera. “Baby Driver” został zmontowany w jej rytm. Wygląda to momentami jak teledysk na sterydach. Strzały, przełożenia biegów, uderzenia, nawet liczenie pieniędzy nie są przypadkowe. Wright wykorzystuje dźwięk nie tylko po to, aby budować napięcie czy jako narzędzie narracji, a również po to, aby trzymać rytm historii. Muzyka jest jak perkusista w zespole. Gracie razem z nim, dla niego i vice versa.

Bohater

Wright oprócz tego, że przygotował najlepsze od dawna sceny pościgów w kinie, to jeszcze serwuje nam swoją autorską wizję cyzelowania historii za pomocą głównego bohatera. Baby grany przez Ansela Elgorta jest jak sitko, przez które reżyser przepuszcza wszystko, co oglądamy na ekranie. Nie daje nam zapomnieć, że to on wraz ze swoimi demonami i marzeniami jest w samym centrum. Baby jest najważniejszy, a wszystkie zabiegi zastosowane przez Wrighta mają sprawić, że oglądając film lepiej rozumiemy świat, w którym przebywa główny bohater. Muzyka czy montaż nie stanowią tylko czegoś, co ma wzbudzać nasz zachwyt. To narzędzia wprowadzające nas w świat głównego bohatera. Pełnego szumów, gdy nie słyszy muzyki i pełnego niesamowitych wyczynów za kółkiem, gdy jego iPod serwuje odpowiedni dla sytuacji kawałek.

Baby Driver
Fot. TriStar Pictures

“Baby Driver” to film dla fetyszystów kina. W dobrym tego słowa znaczeniu. Sam Wright jest kinem wręcz obsesyjnie owładnięty. Cytuje i sam tworzy cytaty, które przy dobrych wiatrach będą wykorzystywać w przyszłości inni twórcy. Kiedy Baby wchodzi do restauracji i spotyka tą jedyną mamy wrażenie, że ktoś musi kochać “Powrót do przyszłości”. Podobnych momentów jest więcej, ale mam wrażenie, że jestem takim samym fetyszystą. Czy to oznacza, że otrzymaliśmy film idealny? Nic z tych rzeczy. “Baby Driver” gubi gdzieś swój rytm pod koniec. Choć finał jest zaskakujący – przynajmniej momentami – to mam wrażenie, że Wright na siłę starał się  i trzymać nogę na gazie, i na hamulcu. Coś w nim zgrzyta. Coś o czym mógłbym napisać, gdybym chciał Wam zdradzić konkretne elementy finału. Nie chodzi nawet o tempo, a o rozwiązania fabularne.

Być może w pewnym momencie szkodzi mu prostota. A może szkodzi fakt, że zaplanowany, co do ujęcia chaos ktoś próbuje posprzątać. Uporządkować. Wcisnąć do tego filmu coś, co nie do końca do niego pasuje. To jednak ostatecznie nie musi mieć dla Was większego znaczenia. Głównie dlatego, że cieszę się, że ten film w ogóle miał szansę powstać. No i Wright robi coś o czym wielu filmowców zapomina. Przede wszystkim pokazuje, a dopiero później mówi.

Baby Driver
Fot, TriStar Pictures

Rytm

Lubię myśleć, że wszystko powinno mieć swój rytm. Muzyka, co oczywiste, go po prostu ma. Rytm powinien mieć film czy książka. “Baby Driver” ma swój rytm. Czasami go gubi, ale ostatecznie sam mam ochotę złożyć playlistę ulubionych kawałków i spróbować żyć w ich rytmie. Bo to właśnie robi Baby i tym samym robimy my, widzowie. Żyjemy razem z nim w jego rytmie. Nawet biorąc pod uwagę wady Wrightowi należą się wielkie brawa za to, że udało mu się pozszywać film, który niektórzy uznaliby za niemożliwy do realizacji. Zestawić ze sobą sceny, które teoretycznie – pod względem tonacji, klimatu – nie powinny funkcjonować w tym samym dziele. Tutaj działają, dopełniają się.

Baby Driver
Fot, TriStar Pictures

Trzymam kciuki za to, aby Wright nadal dostawał środki na realizację autorskich pomysłów. Zresztą nie tylko on. Nawet jeżeli “Baby Driver” się Wam nie spodoba, to nie można powiedzieć, że nie jest to film oryginalny. Dla takiej oryginalności i zabawy kinem nic nie robiłem. I pewnie nadal nie zrobię. Oprócz chodzenia do kina…

Przeczytaj:

Najlepsze filmy wojenne - Część 1 Ambitne kino, czyli co?
Total
76
Shares
  • Pewnie znasz, ale i tak tu zostawię: https://www.youtube.com/watch?v=3FOzD4Sfgag&t=14s

    Wright jest moim ukochanym reżyserem i z przyjemnością patrzę, jak od lat montaż jego filmów przyśpiesza. Na “Baby Drivera” się dopiero wybieram, ale na pewno będę się dobrze bawić.

    • Znam. W zasadzie ten film idealnie podsumowuje kwestie montażu i rytm w filmach Wrighta. “Baby Driver” na pewno jeszcze będzie u mnie grany 🙂