Słowo na K…

Nie jestem fanem Jasona Batemana. Przynajmniej nie byłem. Dla mnie to ten sam typ aktora, co Paul Rudd. Taki mydłkowaty koleżka, który grywa w komedyjkach romantycznych od czasu do czasu sięgając po coś “ambitniejszego”. Żaden z niego amant, ani nikt specjalnie zajmujący, ot gość, którego większość ludzi będzie tolerować. Ten gość w ubiegłym roku postanowił zadebiutować jako reżyser.

Literowanie

Guy Trilby ma 40 lat i z jakiś bliżej niezrozumiałych powodów postanawia wziąć udział w ogólnokrajowych zawodach na literowanie. Amerykanie to dziwny naród, podobnie jak dziwni byli Rzymianie według pewnych Galów, który robi zawody we wszystkim. Od jedzenia hamburgerów na czas przez plucie na odległość aż do literowania. Rzecz w tym, że takie zawody to domena dzieci na etapie podstawówki, a nie dorosłego faceta, który choć jest w te klocki świetny, to mimo wszystko powinien zająć się czymś, co robią dorośli. Nie wiem, piciem albo zaczepianiem tancerek w klubie go-go. Wszystko inne będzie miało więcej sensu. I tak jak jego udział wydaje się nam kompletnie bez sensu, tak po jakimś czasie okazuje się, że Guy nie robi tego tylko dla własnego widzimisię. Ma w tym swój cel.

Postać wykreowana przez Jasona Batemana to klasyczny antybohater. Niesympatyczny facet, który obraża wszystkich wokół siebie nie mając litości nawet dla bogu ducha winnych dzieci. Na zewnątrz odpychający, wypluwający z siebie przekleństwa z szybkością karabinu maszynowego, wewnątrz jest kimś, kogo w sumie da się lubić. Ma warstwy. Zupełnie jak ogry. Ten fakt odkrywa jeden z jego przeciwników o słowiańskim imieniu Chaitainya. Jak już zapewne się domyślacie ich relacja wyjdzie poza ramy rywalizacji.

Słowa na K, czyli kurwy, klisze, komedia

Bateman nakręcił czarną komedię w stylu filmów z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. Używa mocnego języka – w końcu tytuł “Bad Words” zobowiązuje – ale przy okazji robi to tak zręcznie, że zamiast odczuwać zażenowanie śmiejemy się z kolejnych wulgarnych monologów Trilby’ego. “Bad Words” choć w gruncie rzeczy jest filmem o przyjaźni – tak, właśnie rzucam spoilerem, że Trilby i Chaitainya zostaną przyjaciółmi, naprawdę wielkie zaskoczenie – to daleko mu do lukrowanego gówna spod znaku “wszystko będzie dobrze”. Męczą mnie te wszystkie historie o tym, jak bohaterowie radzą sobie z pseudoproblemami wymyślonymi na siłę. Płaczą krokodylimi łzami, kłócą się, godzą się, znowu się kłócą, ale ostatecznie wszystko kończy się zawsze tak samo. Idealnym happy endem, który ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co cycki Dody z naturalnością.

Filmowi Batemana daleko do jakości np. “Bad Santa” z Billym Bobem Thortonem. Jego bohater choć na pierwszy rzut oka odpychający nie ma w sobie tego pierwiastka autodestrukcji, który towarzyszył Williemu T. Sokowi. Przez cały seans choć bawimy się dobrze jednocześnie odnosząc wrażenie, że “Bad Words” jest tylko poprawnym filmem. Nie ma w nim elementów, które zdefiniują gatunek wulgarnej komedii dla dorosłych na nowo. Nie ma bohaterów, którzy zapiszą się w historii kinematografii złotymi zgłoskami. Jest dobra rzemieślnicza robota, która stara się bawić, a przy okazji zwrócić uwagę na życiowe oczywistości.

Debiut reżyserski Batemana wypada przyzwoicie, a aktor udowadnia, że za kilka lat może stać się twórcą, który dostarcza nam ostre i trafne obserwacje na temat nas samych. Zrywa też ze swoim kinowym wizerunkiem nudnawego gościa, który najczęściej obsadzany jest w roli do bólu porządnych tatuśków. Guy wydaje się być kolejną fazą ewolucji jaką aktor przechodzi od czasu wcielania się w Michaela Blutcha z serialu “Bogaci bankruci”. To drobny prognostyk na przyszłość. Polubiłem pana panie Bateman, nie spierdol tego.