Batman v Superman, czyli walka bez znaczenia

Z ciężkim sercem zabieram się za ten tekst. Choć wydaje mi się, że nic nowego już w temacie “Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości” nie napiszę, to czuję, że muszę. Dla własnego spokoju. Muszę zrzucić kamień z serca, który ciąży mi od momentu, gdy obejrzałem film Zacka Snydera. Kamień – a może i głaz – który ciąży nie tylko z powodu tego, że obejrzałem film, o którym chciałbym jak najszybciej zapomnieć, ale z tego powodu, że kolejny raz zaklinana jest rzeczywistości a kiepska reżyseria racjonalizowana jest na setki różnych sposobów tak kreatywnie, że boję się, jak autorzy tych racjonalizacji rozliczają podatki, bo wyobraźnię mają wyjątkową. Ciąży też z tego powodu, że jako fan uniwersum DC zachodzę w głowę, jak mając wspaniałe postacie, szansę na to, aby odróżnić się od konkurencji choćby przez preferowany przeze mnie bardziej poważny wizerunek bohaterów i wydarzeń, wszystko koncertowo – wybaczcie mój język – spierdolić. Nie uprzedzajmy jednak faktów i przyznajmy to, że…

Snyder jest fetyszystą

Snyder wielbi komiksy choć pytanie, czy komiksy rozumie. Gorące uczucie jakim darzy powieści graficzne widać w tych scenach “Batman v Superman”, które wyglądają jak żywo wyjęte z kadrów choćby przytaczanego wielokrotnie “Powrotu Mrocznego Rycerza” Franka Millera. Jest fetyszystą, który dokonuje aktu masturbacji nad własnym dziełem do tego stopnia, że przedkłada świątynię nad boga. Ten fetyszyzm ma sens, gdy Snyder bierze się za gotowy materiał, który sam w sobie ma ręce i nogi. “300” i “Strażnicy”, przypominani niejako na obronę Snydera, to bardzo dobre filmy, ale głównie przez to, że Snyder nie mieszał za bardzo przy materiale źródłowym. Po prostu pozwolił fanom obejrzeć ich ukochane komiksy w wersji ruchomej. Udowodnił, że te świetne historie bronią się nie tylko na kartkach papieru, ale i na ekranie. Oczywiście całość napędza jego miłość do “ładnego obrazka”, co sprawiło między innymi, że odniósł sukces jako reżyser teledysków. I tu pojawia się pierwszy problem. Snyder jest fetyszystą, ale fetyszystą bez wyobraźni, który wykłada się w momencie, gdy dostaje oryginalny materiał pochodzący z zewnątrz, bazuje na swoich pomysłach, a na domiar złego całość ma być wielowątkową fabuła rozpisaną na kilka filmów. Z wyłączeniem sytuacji, gdy na ekranie mają pojawić się skąpo ubrane lolitki. Takie filmy bronią się nawet bez scenariusza.

Bo pół biedy, jeżeli architekt filmowego uniwersum DC Comics wziąłby się za wspomniany już “Powrót Mrocznego Rycerza”. Uczynił z niego rdzeń historii i całość poprzetykał pomniejszymi wątkami. Co samo w sobie i tak nie miałoby sensu, bo widz nie ma kontekstu dla starcia Batmana z Supermanem przedstawionego w komiksie Millera. Zamiast tego oglądając “Batman v Superman” odnosimy wrażenie, że mamy przed sobą amalgamat wielu bardzo znanych historii, które przy okazji są bardzo istotne dla całego uniwersum. Jak napisał mi na Twitterze Leon Omelan ten film naprawdę zatytułowany jest tak:

Paczwork pomysłów pojawiających się w kilku kluczowych opowieściach o Batmanie, Supermanie i reszcie Justice League. Paczwork, który jest kompletnie bez sensu, a na domiar złego liczba wątków, która w ten sposób powstaje sprawia, że Snyder gubi się coraz bardziej aż do żałosnego finału – który to żałosny jest nie tylko z powodu tego, co ze sobą niesie, ale z powodu tego, jak fatalnie jest zmontowany. Niektóre z nich pewnie zostaną wyjaśnione w kolejnych filmach – liczę na to – ale przy okazji kiepska reżyseria, a co za tym idzie kompletnie rozłożona na łopatki narracja, nie powinny być tłumaczone mniej więcej tak:

Co z tego, że jest wiele wątków, przecież będzie jeszcze kilka filmów, gdzie to się wszystko wyjaśni.

Skąd ta pewność? Nie mam pojęcia. Co najwyżej powstanie jeszcze większy chaos. Niemniej nawet jeżeli faktycznie się wyjaśnią, to tłumaczenie kiepskiej reżyserii w sposób przytoczony powyżej mogę porównać do tłumaczenia kogoś, kto popełnił przestępstwo słowami:

No tak, zrobił źle, ale przecież to taki dobry chłopak.

Ta sama logika. Robi źle, ale przecież to fajny gość, więc trochę mu odpuśćmy. Pytanie tylko na jakiej podstawie?

Nie ma nic złego w tym, by być innym

Batman v Superman
Martha?!

Kibicuję DC Comics i zawsze kibicowałem. Uważam, że nie ma żadnego problemu w tym, że ich filmy są cięższe w odbiorze, bardziej mroczne i mniej zabawne. Upychanie żartów w usta Batmana sprawia, że ta postać przestaje być wiarygodna, bo Bruce Wayne nie jest typem kawalarza – wiemy za to, kto w DC kocha zabójcze żarty – i bardzo dobrze, i tak to właśnie powinno wyglądać. Zresztą, jakby się uprzeć, to i tak stylistyka obrana przez Snydera nie zamyka drogi do tego, aby dać widzom chwilę oddechu, bo w DC są postacie, które na ten oddech pozwalają jak choćby Flash czy Green Arrow. Jednak nie o oddech tu chodzi, a o fakt, że Snyder miał absolutne prawo rozpocząć uniwersum jak mu się podobało, rzecz w tym, że kiedy zaczniemy składać to, co już powstało, to całość nie ma sensu. Weźmy pierwszy przykład z brzegu. Batman i Superman to najważniejsze postacie JLA. Ich relacje, poglądy na pewne sprawy oraz sposób działania z jednej strony często stanowią punkt zapalny dla konfliktów, a z drugiej paradoksalnie spajają grupę, bo ostatecznie i Bruce, i Clark chcą tego samego. Konflikty mają różne przyczyny, ale zawsze jest do tego jakiś kontekst. Punkt odniesienia dla czytelnika, a w szczególności czytelnika obytego.

To, co zrobił Snyder w “Batman v Superman” to nic innego jak sprowadzenie tego konfliktu charakterów do poziomu jasełek w podstawówce. Budowane przez połowę filmu napięcie osiąga kulminację i… nie wybrzmiewa, bo Bruce Wayne jak gdyby nigdy nic stwierdza, że jego pielęgnowana miesiącami niechęć do Supermana nie ma znaczenia i w sumie, to oni są teraz BFF, a te tysiące istnień ludzkich nagle przestało mieć znaczenie. Próbuję to przełożyć na realia komiksu, z którego garściami czerpał Snyder i to się nie trzyma kupy. O ile na przykład Miller mógł sobie na takie starcie pozwolić niemal z marszu – pamiętajmy o tym, że “Powrót” zaliczany jest do opowieści z Elseworlds – o tyle Snyder nie daje nam podstaw zrozumienia nagłej zmiany postawy bohaterów. To znaczy daje, ale to tylko tani pretekst. Scenariuszowa wolta wykonana przez reżysera wspomnianych jasełek.

Owszem, nie wszystko, co jest związane z zaistniałą sytuacją jest winą Snydera. Kiedy na stole leży złoty interes o wielu, wielu zerach, to pewne rzeczy przestają działać jak należy. Na przykład zdrowy rozsądek. Dlatego wyobrażam sobie sytuację, w której szefostwo Warnera usiadło i powiedziało, że jest tak i tak, a do tego musimy odrobić stratę jaką mamy do konkurencji. Zapytali Snydera, czy podejmie się zadania budowania uniwersum, a on uznał, że pewnie, bo jest ambitnym człowiekiem. Problem w tym, że oni starają się budować swoje uniwersum na skróty, czyli jednym filmem zrobić to, co ich konkurencja budowała przez osiem lat. Stopniowo wprowadzając widzów w swój świat jednocześnie sprawiając, że postacie nie są im obojętne. Znowu można podnieść zarzut, że przecież to nic złego próbować innego podejścia. I znowu to prawda, jednak nie można przymykać oczu na to, że mimo wszystko coś jest nie tak, a “Batman v Superman” jest ostatecznym tego stanu rzeczy potwierdzeniem. Nie chcę zdradzać z fabuły zbyt wiele, ale przez cały seans odnosiłem wrażenie, że wszystkiego ma być dużo, im więcej tym lepiej. Co z tego, że pewni bohaterowie pojawiają się na kilka sekund. Widz prawie nic o nich nie wie, więc musi ufać twórcy, że oni faktycznie są ważni, ale dlaczego są ważni, kim są? Pamiętajmy, że filmów nie realizuje się tylko dla fanów komiksów. Zresztą to nie oni stanowią większość widzów, którzy na te filmy chodzą do kina.

Skoro o fanach mowa, to jest jeszcze coś, co nie daje mi spokoju. Jak można bronić słaby film akcji twierdząc, że przecież tego się spodziewaliśmy? To znaczy, że twórcy na starcie już przyjmują, że chcą zrealizować dzieło artystycznie kiepskie, o którym będziemy pamiętać nie z powodu intrygujących postaci czy rewelacyjnej fabuły, ale ze względu na to z jak kiepskim przyjęciem się spotkało? Oczywiście można pójść na film bez oczekiwań. Nie ma problemu czerpać przyjemności z tego, że film sprowadza się do ferii wybuchów i świateł jak z dyskoteki w Łaniętach. Jednak nie brońmy złej realizacji twierdząc, że przecież to film akcji, po którym się niewiele spodziewaliśmy. Film akcji nie musi być głupi, nie musi potrzebować ponad godziny na to, aby wciągnąć widza w narrację, czy sprawić, że zależy nam na bohaterach. Nie musi w końcu traktować widza jak imbecyla – co nie zmienia faktu, że widz może nie widzieć w takim traktowaniu nic złego, a wręcz się na nie godzić. I historia kina udowadnia, że można nakręcić inteligentne kino akcji, ale do tego potrzeba spokoju, wyobraźni i talentu. Nie chce mi się tu sypać przykładami, ale spróbujcie znaleźć różnice warsztatowe między “Terminatorem 2: Dniem Sądu” oraz najnowszą inkarnacją serii. Wystarczy się wysilić i chwilę pomyśleć. Wiem z czego wynika takie podejście osób, którym film się podobał. To naturalna reakcja w momencie, gdy lubimy coś, co nie spotyka się ze zrozumieniem większości. Czy jednak jest coś złego w tym, aby jasno powiedzieć:

Tak, film był do dupy, ale bawiłem się na nim świetnie.

Nie. Nie ma w tym nic złego. Nawet w momencie, gdy pełne zrozumienie zakończenia filmu – mówię tu o sytuacji, gdy nie mamy kompletnie pojęcia o co chodzi z tym, co robi i mówi Luthor na końcu –  jest związane z tym, że musimy obejrzeć wyciętą scenę, co jest tak kuriozalne, że aż urocze.

Batman v Superman
Hajs się zgadza Clark? Bo u mnie tak

Czy coś w “Batman v Superman” się udało?

Przed pisaniem tego tekstu postanowiłem uspokoić się i spróbować złapać odrobinę dystansu. Większość osób, które, jak ostatniej reduty kinematografii będą bronić “Batman v Superman” i tak się ze mną nie zgodzi. Uznają mnie za wariata i miłośnika Marvela. I niech tak będzie. Godzę się z tym. Tak jak muszę oddać Snyderowi, że kilka rzeczy w “Batman v Superman” mu się udało, a może inaczej, one mi się spodobały. Kupuję Afflecka jako Batmana, ale aby go ocenić czekam aż będzie bohaterem własnego filmu, który mam nadzieję sam wyreżyseruje, bo Ben radzi sobie za kamerą o niebo lepiej niż przed nią. Kupuję Ironsa jako Alfreda – co było jasne, bo Jeremy Iron to ekstraliga aktorstwa. Relacja między nim a Waynem jest interesująca i trochę inna od tej, którą obserwowaliśmy w poprzednich filmach. W końcu tutaj Alfred wspiera Batmana na innych płaszczyznach. Oprócz dobrego słowa, motywacji czy donoszenia alkoholu do jaskini. Jest też świetna sekwencja na samym początku, czyli starcie Supermana z Zodem w Metropolis pokazana z perspektywy ulicy i normalnych ludzi. W tym, co bardzo ważne dla dalszego rozwoju fabuły, Bruce’a Wayne’a, który jedyne, co może zrobić, to patrzeć bezradnie na to, jak walczą bogowie. I gdyby Snyder poszedł w takie tony, spróbował pociągnąć ten temat nie uciekając się do taniego egzystencjalizmu rodem z dożynek, to byłby świetny film. Tak, jak w scenie, w której pierwszy raz widzimy Batmana. Przyczajonego przy suficie niczym ćma. Świetne ujęcie, ale później jest już tylko plastik. Oddech od niego otrzymujemy pod koniec filmu w scenie żywcem wyjętej z gier Rocksteady. I tyle, tylko tyle.

Nie irytował mnie też Jesse Eisenberg, który zbiera sporo cięgów za swoją interpretację Lexa Luthora. Z tym, że on nie gra tam Lexa Luthora. Niektórzy chyba nie zauważyli, że Eisenberg otrzymał do rąk rolę innej postaci DC Comics niż powszechnie się sądzi, a konfuzja wynika, że do niego też mówią Lex. Zresztą jako aktor ma prawo do takiej interpretacji postaci na jaką ma ochotę. Nie rozumiem wprawdzie dlaczego zaprezentował nam psychotycznego Zuckerberga w koszulkach z grafikami Banksy’ego, ale niech będzie i tak. W końcu to nie Lex Luthor. O Gal Gadot nie wypowiem się aż do premiery jej solowego filmu. Przeraża mnie jednak to, że w wielu “recenzjach”, które czytałem autorzy jedyne na co ich było stać, to stwierdzenie, że ładnie wygląda. Koniecznie z uśmieszkiem i dodaniem, że przecież to wszyscy wiemy. Brak słów choć tłumaczę to sobie tym, że Wonder Woman jest wciśnięta do tego filmu na siłę, aby się pojawiła nawet gdy nic o niej nie wiemy. Cieszy mnie Perry White, który w swoich tekstach przemyca nawiązania do historii Supermana i jak ktoś miał wątpliwości, co do castingu Laurence’a Fishburne’a, to zapewne był ślepy na jedno oko, a temu, na które widział przeszkadza to, że aktor jest czarny. Zmartwiła mnie za to Amy Adams, która ma dramatycznie rozpisaną rolę sprowadzającą się albo do westchnień do Clarka połączonych z maślanymi oczami, albo do prowadzenia śledztwa, które mamy w dupie. Adams jest zbyt dobrą aktorką, aby sprowadzić ją do roli jęczącej dekoracji.

Żeby w pełni zrozumieć to, co napisałem musicie obejrzeć film. Nie namawiam do tego, ale wiem, że być może wtedy zrozumiecie aluzje, które miejscami czynię w kierunku tej produkcji. Musicie się tylko przygotować, że nie obejrzycie jednego filmu, a kilka zbitych w jeden. Ten na bazie słynnych komiksów, ten o tym, co może a czego czynić nie powinien superbohater. Jest też ten o tym, co nas czeka w kolejnych filmach oraz ten, w którym reżyser próbuje wysadzić cały świat. Wystarczyło wybrać – nawet nie jedną rzecz, niech będą dwie – zdecydować o czym tak naprawdę ma być “Batman v Superman” i po co on w ogóle powstaje. Bo jeżeli on miał być odpowiedzią na pytanie o konsekwencjach bycia superbohaterem – a pamiętajmy, że to właśnie konsekwencje czynów Supermana są punktem zapalnym – to wszelkie pytania postawione przez Zacka Snydera nie mają znaczenia, a odpowiedzi nigdzie nie prowadzą, bo film nie potrafi na nie odpowiedzieć. Zawiesza się tylko w pewnym momencie – w którym nagle okazuje się, że bohaterowie mogą być BFF mimo różnic – a następnie rzuca się otchłań kolejnych eksplozji bez ładu i składu, które chyba konsultował Michael Bay, bo w filmie wybucha dosłownie wszystko.

Co dalej?

Nie wiem. Choć pokładam wiarę w kolejne filmy z kilku powodów. Podstawowym z nich są osoby, które stoją za kamerą. Za “Wonder Woman” odpowiada Patty Jenkins, za “Aquamana” James Wan, który może nie kręci kina wyjątkowo ambitnego, ale na kinie akcji zna się całkiem nieźle. Nawet W Ayera staram się wierzyć, o ile uda mu się osiągnąć poziom z “Ciężkich czasów” czy “Bogów ulicy”. Nadal nie wiem jak to wszystko ma się ze sobą logicznie poskładać, ale może przynajmniej dostaniemy filmy, które da się bez bólu obejrzeć. Czego sobie i Wam życzę. Z całego krwawiącego serca.

PS. Naprawdę, jeżeli ktoś jeszcze raz pokaże mi origin Batmana to znajdę go i uduszę.

PS. 2 Czerpanie przyjemności z oglądania tego filmu nie jest niczym złym. W końcu ludzie od wieków czerpią przyjemność z różnych rzeczy. Na przykład z podwieszania się na hakach.

A to jest najlepszy moment filmu:

Przeczytaj:

[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/dc-comics-ciekawostki/”]10 rzeczy, których nie wiesz o DC Comics[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/superman-jest-nudny/”]Superman nie jest nudny[/button]
  • Krzysiek Wołoszyn

    Wszyscy wychodzą z sali kinowej i co słychać? Ludzi którzy mówią, że film był średni, ale za to LEGO Batman był niesamowity. Taka najkrótsza recenzja 🙂

  • Leon ‘Pieróg’ Omelan

    Po pierwszę wielkie dzięki za zacytowanie mojego tweeta, już wyżej w scenie blogowej nie zajdę. 😀
    Miło spotkać kogoś ktomu podobała się rola Eisenberga jako Lexa Jokera jr. Trudno mi znaleźć cokolwiek z czym bym się chciał nie zgodzić w twojej opinii. No i tak jak już pisałem jedną z zalet tego filmu jest to że złagodniałem względem 3 i 4 części supsa z Reevsem.
    Jestem cholernie ciekaw Suicide Squad, czy będzie taką samą klapą jak BvS czy może na tym filmie uda im się zbudować uniwersum.

    • Lex jest przeszarżowany, ale ma w sobie coś neurotycznego, więc kupuję go 🙂

      • Leon ‘Pieróg’ Omelan

        Lexa kupiłem ze względu na to, że postać przedstawiona na ekranie mogła wpaść na tak pokręcony i dziurawy plan, po za tym bardzo przyjemnie się go oglądało (za wyjątkiem ostatniej sceny ding ding ding).

  • rob

    ten film miałby więcej sensu jako zakończenie pierwszego etapu cyklu DCEU, superman i batman po wielu wspólnych misjach w których darli koty na temat wzajemnych metod i filozofii postanawiają sprawę raz na zawsze rozstrzygnąć, a tak mamy batmana któremu się gęba supermana nie podoba i jakiś kolaż fobii i ksenofobii pchających go do bezrozumnej walki.do tego twist rodem z soap opery który jest tak oczywistą ściemą w świetle nadchodzącej JL że szkoda gadać 🙂