Magia “Black Mirror” nadal działa. Choć jest jedno małe “ale”

Nie bójcie się. Nic się nie zmieniło. Nadal uważam “Black Mirror” za jeden z najlepszych seriali, jakie powstały. Na pewno wszystko, co nakręcono do trzeciego pełnego sezonu, który sumienie cywilizacji Charlie Brooker realizuje przy współpracy z Netflixem. Obawiałem się tego mariażu. Tym bardziej, że to już nie są trzy odcinki na sezon, a sześć epizodów zrealizowanych według znanej i sprawdzonej formuły zamkniętych historii. Po seansie całości mam wrażenie, że lepiej już było. I w tym miejscu słyszę przeciągłe westchnienie i pytanie, ale jak to? Już tłumaczę.

Stare, dobre Black Mirror w wersji cyfrowej

Channel 4 miało w ofercie kilka rewelacyjnych produkcji, z których dwie to absolutne mistrzostwo świata. Obok “Black Mirror” realizowali też “Utopię”. I tak się nieszczęśliwie złożyło, że oba swój żywot kontynuują poza domem, w którym przyszły na świat. Z tą różnicą, że “Black Mirror” ma się dobrze, a “Utopia” ciągle czeka na to aż ktoś sobie o niej przypomni. Po tym, jak ten pierwszy serial trafił do Netflixa zacząłem sobie zadawać pytanie, które pewnie i Wy sobie zadajecie. Czy będzie dobrze? Przecież musi być. Brooker wspierany przez Annabel Jones nadal jest zaangażowany w projekt . Fakt, odcinków będzie więcej, ale przecież to nie oznacza, że muszą być gorsze, bo to tak naprawdę takie dwa sezony w jednym. Prawda?

Black Mirror
Ten odcinek może Was zaskoczyć/Fot. Netflix

Sześć odcinków później jestem przekonany, że jest dobrze. Przy czym dobrze, nie oznacza lepiej niż poprzednio. Oznacza po prostu poziom, do którego serial przyzwyczaił od pamiętnego odcinka z premierem i świnią. Koncepcja pozostała ta sama. Każdy odcinek to zamknięta historia poruszająca inny problem lub problemy, z którymi często sami się stykamy na co dzień. Znowu w roli głównej występują nowe technologie i social media. Choć jak to zwykle bywa pokazane są w różnym kontekście. Tym samym zupełnie naturalnie w trzecim sezonie zahaczamy o temat przemijania, polityki i kontroli nad ludźmi, czy kwestię granic rozrywki i potrzeby akceptacji. Z tą różnicą, że gdy inni starają się nas ewangelizować i pouczać, “Black Mirror” jak zwykle daje nam mokrą ścierą w twarz, która wcześniej była brudna i śmierdząca, a teraz dla odmiany jest czysta. Chwyta za ryj, trzyma i krzyczy:

Patrz i oglądaj. Tak może wyglądać Twoje życie. Tego chcesz?

Z jednej strony prezentuje coś, co wydaje się przyszłością, ale z drugiej rozwiązania, które tam widzimy tak naprawdę wkrótce staną się czymś normalny. Cholera, nawet przytaczany odcinek ze świnią okazał się w pewnym sensie proroczy. W końcu David Cameron miał swoją seksualną przygodę z tuszą wieprzową. Martwą, bo martwą, ale zawsze.

Witaj w naszej wesołej dystopii. Czym możemy służyć?

Choć wydaje nam się, że mamy nad swoją egzystencją pełną kontrolę, to jest to tylko złudzenie. Serial od początku nam o tym przypomina. W zasadzie przypomina nam, że może zmieniać się technologia, ale jedno pozostaje niezmienne, ludzie. Jak ładnie ujął to sam Brooker trzeci sezon serialu jest jak festiwal filmowy, który pokazuje nam produkcje traktujące o nas żyjących w przyszłości. Niedalekiej. I faktycznie tak jest. Pod wieloma względami wszystkie odcinki z jednej strony dostarczają rozrywkę, ale z drugiej są niepokojące. Znowu patrzymy na wydarzenie z fascynacją wymieszaną ze strachem. Bo niby to fikcja, niby przyszłość, która wcale nie musi nas dosięgnąć, ale gdzieś tam z tyłu głowy coś nas w nią skrobie. Uwiera i pyta:

Naprawdę? Naprawdę jesteś spokojny? Przecież już tak jest. Ty też to robisz i ty, i ty też. Wszyscy.

I to jest dobre. Choć jednocześnie po seansie mam problem, bo nie wszystko jest idealnie. Nie wszystko gra tak, jak grało w poprzednich odcinkach. “Black Mirror” ciągle działa na wyobraźnię i zmusza widza do myślenia, ale jednocześnie w niektórych epizodach dostrzegam coś czego jeszcze nie mogę nazwać. Przynajmniej nie w tym akapicie. Wprawdzie nie mogę zdradzić za wiele na temat fabuły, ale postaram się w skrócie przybliżyć o czym jest każdy z epizodów. Będą to ogólniki, bo nawet jakbym mógł napisać więcej, to cała frajda z oglądania “Black Mirror” wynika z efektu zaskoczenia tym, jak toczy się akcja.

  • “Hated in the Nation” – to odcinek traktujący o internetowym hejcie. Odpowiednio wpleciono tam nowe technologie, ale sam rdzeń odcinka traktuje o tym, jak ludzie podchodzą do swojej aktywności w sieci i konsekwencji, jakie ona może ze sobą nieść. To rasowy dramat detektywistyczny, w którym dwójka bohaterów stara się powiązać ze sobą tajemnicze zgony. Główną rolę gra znana z “Zakazanego Imperium” występuje Kelly MacDonald, a reżyserem jest James Hawes.
  • “Men against fire” – głównymi bohaterami tym razem są żołnierze w niedalekiej przyszłości. Walczą z ofiarami tajemniczego wirusa i nim zaczniecie kręcić nosem ostrzegam, że to “Black Mirror” i motyw wirusa został naprawdę zgrabnie ograny. W obsadzie Michael Kelly (“House of Cards”), Malachi Kirby i Madeline Brewer, a reżyserem odcinka jest Jakob Verbruggen znany z serialu “London Spy”.
  • “Nosedive” – to mój osobisty faworyt. Przede wszystkim dlatego, że fakt przejmowania się naszym statusem i tym, jak postrzegają nas inni jest bardzo bliski człowiekowi bez względu na to, czy to przeszłość, czy teraźniejszość. Dlatego wyobraźcie sobie świat, w którym każdy człowiek oceniany jest za pomocą wskaźnika od 0 do 5. I my jako ludzie możemy mieć wpływ na ten ranking. Z tego, co widziałem, to on będzie otwierać sezon, więc przygotujcie się, bo to kawał świetnej roboty od strony aktorskiej (Bryce Dallas Howard szczególnie) i realizacyjnej. Joe Wright (na przykład “Pokuta” i “Anna Karenina”) nakręcił chyba swoje jak na razie najlepsze dzieło.
  • “Playtest” – skoro bawiliśmy się formą dramatu policyjnego, to co powiecie na mariaż z horrorem? Tym właśnie jest ten odcinek. Miesza widzowi w głowie i korzysta z tematu gier komputerowych. Końcówka jest bardzo “Black Mirrorowa” i choć na początku nie każdy załapie po co tak właściwie jest ten odcinek, to oglądając do końca wszystko powinno stać się jasne. Przynajmniej tak sobie tłumaczę. W rolach głównych Wyatt Russell i Hannah John-Kamen, a reżyserem odcinka jest Dan Trachtenberg, który ostatnio podbił moje serce udanym “Cloverfield Lane 10”.
  • “San Junipero” – historia dwóch kobiet, które spotykają się w tytułowym mieście. Jest rok 1987 i gdy zastanawiacie się, jak można nakręcić odcinek Black Mirror, który rozgrywa się pod koniec lat 80. to tu macie odpowiedź. Chyba najbardziej skupiony na uczuciach epizod w historii całego serialu. W rolach głównych zobaczycie Gugu Mbatha-Raw (“Belle”, “Beyond the Lights”) i Mackenzie Davis (“Halt and Catch Fire”). Reżyseruje Owen Harris, który ma już na koncie jeden odcinek serii “Be right back”. Wcześniej pracował przy kilku epizodach “Misfits”.
  • “Shut Up and Dance” – skoro zaczęliśmy hejtem, to skończymy trollingiem. W zasadzie to pułapką, w którą wpadnie jeden z bohaterów i jak się szybko okaże żeby przetrwać będzie musiał wejść w spółkę z innym bohaterem, który ma taki sam problem. Choć dzieli ich praktycznie wszystko, to łączy ich to, że pozostają na łasce obcych osób. Główne role odgrywają Alex Lawther (“Gra tajemnic”) i Jerome Flynn (w “Grze o Tron” gra Bronna). Reżyserem jest James Watkins (“Kobieta w czerni”).

Tak to się przedstawia w wielkim skrócie. No dobrze, ale napisałem, że nie wszystko gra, to co w takim razie jest nie tak?

Black Mirror
Bryce Dallas Howard oceniam na pięć/Fot. Netflix

No co?

Po pierwsze, brakuje odcinka o takiej sile rażenia, jaką w pierwszym sezonie miał epizod ze świnią – wiem, uparłem się na wieprzowinę – czy w drugim jak na razie mój ulubiony “White Bear”. Gdybym mógł samemu złożyć sezon z trzech odcinków, to wyglądałby tak:

  • “Nosedive”,
  • “Playtest”,
  • “Hated in nation”.

Koniec. To nie tak, że pozostała trójka jest słaba. Nie, to ciągle dużo lepsza telewizja niż w 90% innych produkcji. Nakręcona i zagrana z nerwem. Pełna emocji. Co ciekawe przez pięć lat od premiery pierwszego odcinka udało nam się wykonać kilka kroków w kierunku tego, co Brooker wymyślił nim my o tym pomyśleliśmy. Dlatego tym bardziej przerażające jest to, co się z nami stanie, jeżeli spełni się to,  co możemy obejrzeć.

Po drugie, twórcom zdarza się sięgać po zgrane motywy, których nie potrafią twórczo rozwinąć. Jedyne, co je odróżnia od podobnych produkcji to mocniejsze dociśnięcie pedału gazu. Najlepszym przykładem jest tutaj “Shut Up and Dance”. Dobrze się go ogląda, ale niestety wszystkiego można się domyślić w trakcie seansu i nie ma tam nic czego byśmy już nie widzieli. Choć przyznaję, odcinek potrafi wywołać emocje i trzymać w napięciu.

Wreszcie po trzecie, prawdopodobnie jestem więźniem własnych oczekiwań. Są dzieła, które oceniam surowiej przez pryzmat tego, czego od nich oczekuję. Tu oczekiwałem bardzo wiele i w teorii wiele dostałem, ale jest coś, co jeszcze mi nie gra. Trzeci sezon “Black Mirror” wydaje się być delikatniejszy. Ma w sobie więcej optymizmu – szczyptę, ale jednak to i tak więcej niż w poprzednich sezonach. I to chyba jest to, co mnie w nim uwiera najbardziej. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o to, że uwielbiam tylko przygnębiające historie, ale to dla mnie była największa wartość poprzednich odsłon. To poczucie beznadziei, która ostatecznie miała nami wstrząsnąć i otworzyć nam oczy. Teraz jest jakby lżej. Prawie niezauważalnie, ale jednak jest tam coś innego. Jakby ktoś postanowił obniżyć nieco próg wejścia dla ludzi, którzy jeszcze serii nie widzieli. Nie poprzez to, co oglądamy, ale poprzez sposób konstruowania narracji i mniej cyniczne podejście do tematu. To jest tak subtelna zmiana, że być może nikt tego nie zauważy. Ja jednak mam z tym problem.

Jest też kwestia tego, że czuć wpływ Amerykanów. To nie jest już serial na wskroś brytyjski. Sposób realizacji, fakt, że wcześniej mały budżet sprawiał, że wszystko było bardziej sterylne, ale i brudne, gdy trzeba, odbija się na odbiorze. Jednym to się spodoba, a inni zatęsknią za wręcz “analogowymi” odcinkami z poprzednich sezonów.

Wszyscy umrzemy patrząc w ekran telefonu

Ponarzekałem trochę i być może powyższym akapitem wzbudziłem w wielu z Was niepokój. Nie lękajcie się jednak. Trzeci sezon “Black Mirror” dostarcza to czego oczekujecie. Jest spora szansa, że nie zauważycie nic z tego, co opisałem, bo pamiętajcie, że to tylko moja opinia pisana przez pryzmat wszystkich moich doświadczeń, które są różne od Waszych. Przecież i tak wszyscy umrzemy. Relacjonując własny zgon w social media, nie zdający sobie sprawy z potęgi hejtu, trollujący się bez przerwy oderwani od rzeczywistości poprzez przenoszenie się do tej wirtualnej. Satyra, sposób oceny i obserwacji świata się nie zmieniły. Pytanie, co z tego wyniesiecie? Co pozostanie w Was po seansie. Budżet jaki jest do dyspozycji twórców jest znacznie większy i to widać choćby po efektach specjalnych czy po twórcach poszczególnych odcinków. Cieszy też to, że nic nie wskazuje na to, aby zabrakło im pomysłów na kolejne odcinki. Możemy spokojnie patrzeć w przyszłość, bo współpraca między Brookerem i Netflixem przyniesie sporo dobrego. “Black Mirror” ciągle jest naszym wyrzutem sumienia choć teraz zdobywa się od czasu do czasu na to, aby nas delikatnie przytulić.

PS. Trzeci sezon zadebiutuje 21 października.

Przeczytaj:

[button color=”black” size=”normal” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/nowe-seriale-2016-2017/”]10 nowych seriali, którym warto dać szansę[/button] [button color=”black” size=”normal” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/kiedy-przestac-ogladac-serial/”]Kiedy przestać oglądać serial?[/button]
  • Długo zastanawiałam się, co (mi tak) nie zagrało w 3. sezonie BM i dzięki Tobie już wiem. Miałam analogiczne wrażenie większej subtelności w płynącym z odcinków przekazu. W 1. i 2. sezonie jako widz oberwałam dokładnie sześć razy obuchem w łeb, tutaj obchodzono się ze mną delikatniej, trochę jakby straszono, ale zaraz głaskano, żebym się przypadkiem nie zamartwiła za bardzo. Szkoda, bo również za największy walor poprzednich odcinków uważałam to finałowe katharsis (prawda, która wyzwala?). Tutaj tego trochę zabrakło, choć wszystkie tematy bardzo ciekawe i aktualne, nadal będące doskonałym punktem wyjścia do inspirującej dyskusji. Realizacyjnie najbardziej podobał mi się ostatni odcinek, tematycznie “Playtest” (choć wniosek, że nie jesteśmy gotowi, by bawić się ludzkim mózgiem, nie był specjalnie odkrywczy), a najbardziej aktualny zdecydowanie “Nosedive”. Ciekawa jestem, co wymyślą w kolejnym sezonie – wiesz coś może na jego temat?