Broforce – mokry sen fana kina akcji

Wiele razy pisałem o tym, że jestem stary. Tym razem też to napiszę, bo oprócz tego, że jestem już stary, jestem też nudny. To domena starości. Można być nudnym w swojej starości i wspominaniu o tym, że jest się posuniętym w wieku w takim samym stopniu, jak Cher w liczbie operacji. Nie wiecie, kto to jest Cher? W takim razie jesteście młodzi. To kolejny dowód na to, że jestem stary. Moje dzieciństwo przypada na wspaniałe czasy lat 80. i 90. XX wieku. To wtedy herosi kina akcji rozpalali wyobraźnię szczawików takich jak ja. Ekscytacja wynikająca z trafienia na zapowiedź filmu, który każdy szanujący się twardziel w klasie będzie chciał obejrzeć była niczym w porównaniu z ekscytacją związaną z proszeniem rodziców o pozwolenie. Lub frustracją. Później była tylko czysta, niczym niezmącona radość. Nawet teraz, gdy wspominam swój pierwszy raz z “Nieśmiertelnym” czy “Predatorem” czuję, że to było coś ważnego. Wam może się wydawać, że to błahostka, a dla dzieciaka z podstawówki to było coś. To był materiał do dyskusji na przerwach. Dyskusji w zasadzie sprowadzającej się do sugestywnego opowiadania sobie całego filmu. Koniecznie z listą najlepszych scen, naśladowaniem bohaterów i przekrzykiwaniem się, która scena tak naprawdę była najlepsza. Mały Marcin takie postacie jak Connor MacLeod, Max Walker, Alex Murphy czy John Matrix traktuje jak bogów. I to mały Marcin dochodzi do głosu przy “Broforce”.

WTF?

Kiedy Sylvester Stallone wpadał na pomysł zbierania na planie filmów akcji masy geriatrycznej, która kilka dekad temu rządziła w Hollywood, wiedział co robi. Filmy w starym stylu miały umówną fabułę, masę sucharów, wybuchy, jeszcze trochę wybuchów i dodatkową porcję sucharów. Każdy to hit, choć ich jakość bywa wątpliwa. Grunt, że fani są zadowoleni. Spece z Devolver Digital (m.in. Serious Sam i Hotline Miami) wyszli z podobnego założenia tylko nad Stallonem mają jedną zasadniczą przewagę. Mogą umieścić w grze dosłownie każdego herosa – i heroinę – kina akcji. Muszą to zrobić, bo światu zagraża wielkie zło. Zło, które ma zamiar zrobić coś bardzo złego. Nie wiemy jeszcze co, ale na pewno jest to złe i trzeba coś z tym zrobić. W tym celu zebrany zostaje specjalny oddział bracholi, których przyjaźć wykuwana była w ogniu walki, przy akompaniamencie serii z karabinów i pośród zwłok wrogów. Trafiają zawsze tam, gdzie dzieje się źle. Gdy zagrożona jest demokracja, gdy ktoś nie chce jeść hamburgerów i gdy po prostu trzeba komuś skopać tyłek. Zawsze gotowi. Zawsze na posterunku. Tak w skrócie wygląda fabuła. Później jest tylko lepiej.

Rest in peace. Bro.

“Broforce” to jedno z tych odkryć, które deklasują produkcje kosztujące miliony dolarów. Jest trudna, jest frustrująca, ale przy okazji to czysta miodność napędzana przez totalną destrukcję, hektolitry rozpikselowanej krwi oraz zestaw bohaterów, którymi zawsze chciałem być. Lista bracholi jest długa i ciągle się powiększa. Choć Devolver nie ma praw do poszczególnych postaci, to udało im się załatwić sprawę licencji prostym zabiegiem polegającym na przekształcaniu ich nazw w taki sposób, aby pojawiło się tam słówko “bro”. W ten sposób do boju ruszają m.in.:

  • Bronan
  • Brominator
  • Snake Broskin
  • Ash Brolliams
  • Mr. Anderbro
  • Brodell Walker
  • B.A. Broracus
  • Brommando

A to tylko kilku z nich. W tej chwili postaci dostępnych w grze jest 30 (+7 członków składu Niezniszczalnych). Każdego bohatera odblokowujemy w trakcie gry ratując braci uwięzionych w klatkach rozrzuconych na planszy. Jak osiągniecie określoną liczbę uratowanych, to otrzymujecie dodatkowe życie i nowego bohatera. Co istotne nie mamy wpływu na to, kim kierujemy, a każde uratowanie więźnia to automatyczna zmiana na jednego z wcześniej odblokowanych bracholi. Świetna sprawa, bo każdy z bohaterów walczy inaczej i ma inną umiejętność specjalną. Na przykład Ash Brolliams uruchamia swoją piłę mechaniczną, a The Boondock Bros wzywają do pomocy Il Duce. Biedny gracz musi radzić sobie każdym z nich, a że gra nie wybacza błędów, to czekają Was setki powtórek i przekleństw.

That’s it. Bro

To w zasadzie tyle. Nie wiem, co więcej mogę napisać o grze, która jeżeli chodzi o założenie jest prosta jak konstrukcja cepa. Rosnący poziom trudności, szalone plansze, bossowie i syndrom poszukiwania klatek z więźniami, bo muszę odblokować nowego brachola to najlepsze podsumowanie tej gry. Może warto dodać, że ma świetną muzykę – możecie posłuchać na Spotify – uroczą grafikę i jest amalgamatem klisz kina akcji lat 80. i 90. podlanym odpowiednią dawką absurdu. Coś pięknego. Mały Marcin jest bardzo zadowolony.