Czego “Whiplash” nie mówi o muzyce i geniuszach, a powinien

Nim zaczniecie czytać dalej, drobna uwaga. To nie jest recenzja filmu “Whiplash”. Filmu, na którym bardzo dobrze się bawiłem. Filmu dobrego, a nawet na niektórych płaszczyznach bardzo dobrego. Jedna rzecz tylko nie dawała mi spokoju. To, że pisząc o nim słowami pełnymi zachwytu umykała bardzo istotna rzecz. Sama muzyka. A pisali o nim wszyscy. Do programów radiowych i telewizyjnych ściągano zawodowych muzyków, nauczycieli i zadawano im pytanie:

Czy tak to właśnie wygląda?

Każdy zadający czekał w podnieceniu na odpowiedź swojego gościa spijając każde słowo, które potwierdzi tezę, że film to sama prawda, że ta intensywność, ta krew, to jest muzyka i dążenie do mistrzostwa w stanie czystym. Nie wiem, nie byłem w szkole muzycznej, ale kilka innych rzeczy na temat muzyki wiem, wiem też co nie co na temat manipulacji i tego, jak Damien Chazelle robi wszystkich w balona.

Gdzie tu jest muzyka?

“Whiplash” to film o muzyce! Gówno prawda. “Whiplash” nie jest filmem o muzyce, a tym bardziej nie jest filmem o muzyce jazzowej. W dziele Chazelle’a młodzi muzycy, których obserwujemy, z postacią Andrew Neimanna, na czele nie grają muzyki. Oni ją odtwarzają. Mechanicznie, dochodząc do perfekcji. Muzyka nie jest celem per se. Ona jest tutaj tylko efektem – bardzo ważnym – katorżniczej pracy. Zresztą popatrzmy na dwie rzeczy istotne z punktu widzenia jazzu, a które w filmie Chazelle’a zostały wykorzystane jako narzędzie do podkręcenia emocji.

Na pierwszy ogień niech pójdzie słynna anegdota o tym, jak Charlie “Bird” Parker miał prawie stracić głowę po tym, gdy grał źle w trakcie jamowania. Oprawcą miała być inna legenda – Jo Jones – czyli człowiek, któremu jazz i muzyka zawdzięczają bardzo dużo. Był jednym z pionierów gry na perkusji w bandach jazzowych. Bohater grany przez fantastycznego J.K. Simmonsa opowiada ją jako motywator, anegdotę, którą trzeba znać, a która w pewnym sensie usprawiedliwia jego zachowanie. Rzecz w tym, że taka sytuacja nie miała miejsca. To znaczy miała, ale Jones zamiast rzucać cymbałkami czy innym tamburynem w głowę Parkera wykorzystał je do zrobienia mu żartu, rozproszeniu kolegi. Parkera czasami ponosiło i podczas jednej z takich chwil uniesienia nie mógł przerwać swojego solo, więc Jones uderzał co jakiś czas w cymbałki próbując zwrócić mu uwagę, aby pilnował się i myślał o zespole, który chciał grać swoje, a “Bird” nie zmienił tonacji. Parker nie reagował, więc ostatecznie Jones rzucił cymbałkami o ziemię. Wtedy “Bird” oprzytomniał.

Scena z filmu Whiplash
Motywuje?

Piszę o tej historii głównie dlatego, że “Whiplash” zapomina o tym, co charakteryzuje muzyków jazzowych. O wspólnym graniu. Sprowadza relację między osobami do stanu maksymalnego napięcia. Czegoś na wzór reakcji chemicznej na poziomie molekularnym. Muzyka to nie tylko krew, pot i łzy. Genialna muzyka, to przede wszystkim dusza, emocje i prawdziwe poszukiwanie. Parker wcale nie zamykał się w pokoju, aby godzinami trenować coraz szybsze granie. On starał się grać tak często jak się tylko da, ale bez niepotrzebnego spinania się, a tym bardziej katowania samego siebie. Zresztą wielu muzyków jazzowych mówi o tym samym. Większą wartością jest wspólna jam session, improwizowanie, życie muzyką niż zdzieranie kostek do żywego mięsa. W jazzie więcej dobrego dla muzyka – o ile ma talent, a z tym w przypadku Andrew dyskutować nie można – gdy stara się poszukiwać zamiast za wszelką cenę być lepszym.

Chora ambicja

Chazelle nawet przez chwilę nie sugeruje, że Andrew jest pod jakimś względem genialny czy faktycznie rozumie muzykę jazzową. Wiemy, że umie grać, ma marzenia i zwrócił uwagę największego prześladowcy w szkole. Wyróżnia się. Wiemy w końcu, że dla osiągnięcia swojego celu jest gotowy poświęcić w zasadzie wszystko. Miłość, rodzinę, zdrowie. Być może na tym polega właśnie jego wyjątkowość. Choć należy też pamiętać, że ostatecznie celem Andrew nie jest wydobycie ze znanych utworów czegoś nowego, nadania im własnego “artystycznego podpisu”, a “zwykłe” mistrzostwo i próba sprostania oczekiwaniom zarówno swojego nauczyciela, jak i samego siebie.

Reżyser sprytnie wykorzystuje motyw ucznia i nauczyciela, aby pokazać konflikt jakiego w kinie dawno już nie widzieliśmy. Podbija bębenek emocji tak bardzo, że wraz z kolejnymi scenami film zaczyna tracić na wiarygodności, aby osiągnąć punkt kulminacyjny w finałowej – nomen omen świetnej – scenie końcowej. Relacja uczeń – nauczyciel staje się w pewnym momencie tak intensywna, że jest aż nierzeczywista. Skoro już o ostatniej scenie mowa, to zatrzymajmy się przy niej na chwilę, bo to w niej objawia się wspomniana nierzeczywistość. Chazelle jako artysta chciał – przyznawał to w wywiadach – aby ostatecznie Andrew odniósł prywatny sukces. Stał się tym, kim chciał się stać. Jednocześnie finałem reżyser zadaje  pytanie, czy cel uświęca środki skoro geniusz wymaga treningu do straty przytomności.

J.K. Simmons
Prawie dobrze

Niestety tak nie rodzi się geniusz. Geniusz potrzebuje motywacji i treningu, ale nie w tej skali, którą ukazano w filmie. Przecież Jones mógł faktycznie rzucić cymbałkami w głowę Parkera. Tylko, co by mu z tego przyszło? Zamiast tego zwrócił jego uwagę, delikatnie go ośmieszył na oczach zespołu, ale w żadnym momencie ich kariery nie dyskredytował jego umiejętności. Tak było z Louisem Armstrongiem czy Theloniousem Monkiem. Myślicie, że ten ostatni był tak wpływowym muzykiem ze względu na to, że ktoś rzucał w niego krzesłem? Dizzie Gillespie, Count Basie czy Benny Goodman też? Nie, oni nie grali jazzu, oni nim byli. Kreowali, a nie odtwarzali. “Whiplash” w swoim fabularnym rdzeniu jest niezwykle amerykański. Mieszkańcy tego pięknego kraju głęboko wierzą w to, że bardzo ciężka praca przynosi efekty. Musisz harować, a jak harujesz to efekt prędzej czy później przyjdzie. Jak nie przyjdzie, to znaczy, że harowałeś za mało. Wygląda to trochę jak każdy film sportowy, w którym wybrany zawodnik walczy o to, aby przebić się do pierwszej drużyny. Odnosi pierwsze sukcesy, później ponosi porażkę, spina się, by na końcu triumfować. Z tego powodu jest to film sztampowy i strasznie schematyczny, który przy okazji sugeruje, że:

  • kreatywność = ilość godzin poświęcone na ćwiczenia, co jest kompletną bzdurą.

Absolutnie nie chcę krytykować etosu ciężkiej pracy. Chcę tylko zwrócić uwagę na to, że “Whiplash” w sumie bawi się emocjami widza, który patrzy na archetypicznego ucznia i archetypicznego nauczyciela w sytuacji totalnego ekstremum i nakręca się razem z nimi. Tak jak Fletcher chciał stworzyć drugiego Charliego Parkera, tak Chazelle chce stworzyć zakochanego w jego dziele widza. Problem w tym, że Fletcher ostatecznie nie stworzył Parkera a człowieka, który zasłużył na to, aby rzucać w niego krzesłem.

Kadr z filmu "Whiplash"
Ćwicz, ćwicz, ćwicz. Potwórz!

10.000 godzin

Jedną z często powtarzanych mrzonek jest to, że osiągniesz w czymś mistrzostwo, jak będziesz wykonywać daną czynność przynajmniej 10.000 godzin. Użyłem sformułowania mrzonka celowo, bo powinno się do tego dodawać fragment:

O ile masz talent.

Bez talentu daleko się nie zajedzie. Weźmy pisanie. Żeby pisać lepiej trzeba pisać często, ale w pewnym momencie osiągamy sufit własnych możliwości. Tylko garstka osiągnie taką wprawę, że faktycznie będzie można powiedzieć, że są mistrzami. Ta garstka będzie miała talent. Jedną z bzdur wygłaszanych w filmie jest zdanie:

Nie ma w języku angielskim dwóch groźniejszych słów niż “dobra robota”.

Fajna linijka, chwytliwa, taka przy której jak widzimy, gdy wypowiada ją J.K. Simmons myślimy, cholera mocne. Będzie Oscar. Wiecie, co w niej jest najśmieszniejsze? To, że człowieka ambitnego te dwa słowa nie zniszczą. Dążąc do sukcesu jesteśmy swoimi największymi krytykami, więc “good job” zasłyszane od szefa czy nauczyciela nawet na dobre nie zadomowi się w naszej świadomości.

Tak jak napisałem na samym początku “Whiplash” to bardzo dobry film. W warstwie aktorskiej wręcz genialny, ale jednocześnie jest to dzieło bawiące się emocjami widza i wykorzystujące je przeciw niemu samemu. Czy motywuje? Pewnie tak. Czy wnosi coś nowego do kina? Raczej nie. Wypacza sens muzyki jazzowej. Popada w skrajność, a jak w każdym wypadku tak i w kinie ze skrajnościami trzeba uważać. Potrafią zabić.

[tw-button size=”large” background=”” color=”” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/filmy-ktorych-nie-chcecie-przegapic-w-2015/”]Filmy, które musisz obejrzeć w 2015[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/ulubione-sceny-ktorych-nie-bylo-w-scenariuszu/”]Moje ulubione sceny, których nie było w scenariuszu[/tw-button]
  • Magda Meteora

    loooooo jaki świetny tekst. W końcu wiem, co mi intuicyjnie nie grało z filmem, a czego nie umiałam określić. Dzieki!

    • To ja dziękuję, bo Twój komentarz utwierdził mnie w przekonaniu, że nie jestem wariatem. Choć może trochę jestem 🙂

      • Magda Meteora

        Nie jesteś 🙂 Wolę czytać takie wpisy jak ten niż setną recenzję z tymi samymi zachwytami lub uwagami. Zwróciłeś uwagę na to, co uciekło reszcie lub nie zwrócili uwagi, a co intuicyjnie kuło w oczy tylko nie każdy umiał to powedzieć. Zgadzam się z chwytliwością linijki “there is no worse word in english languauge than ‘good job'”” i uwagi, że ćwiczenie, powtarzanie nie równa się kreatywności.

  • Jeśli mam być absolutnie szczera to dla mnie całe gadanie o talencie co to zawsze da sobie radę, przebije się przez morze krytyki, będzie dążył do wiecznego samokształcenia i jest warunkiem koniecznym do osiągnięcia biegłości jest właśnie tą niebezpieczną bzdurą o której piszesz. Bo talent nie równa się ambicji. Potrafię sobie wyobrazić absolutnego mistrza pióra piszącego do szuflady (bo w swój talent nie wierzy, bo mu nie zależy na rozgłosie, bo jest sam dla siebie zbyt krytyczny), który przy pierwszej lepszej fali krytyki zamyka się w sobie. Nie, nie rezygnuje z pisania, a rezygnuje z PUBLIKOWANIA przez co jego dzieła bezpowrotnie są stracone dla świata.
    Przekonanie o tym, że prawdziwy talent da sobie radę bez względu na ilość kłód rzucanych mu pod nogi jest moim zdaniem skrajnie szkodliwe i bardzo ładnie zdekonstruowane w “Whiplashu” właśnie.
    Nie podoba mi się też Twoje utożsamianie talentu z sukcesem w danej dziedzinie. Zresztą wystarczy spojrzeć, że sukces niejedno ma imię i na gruncie pisarzy za tych, którzy odnieśli sukces możemy uznać i autorkę “50 twarzy Grey’a” z milionami na koncie, i noblistów, i autorów tasiemcowych serii, żyjących długo po śmierci swojego autora. Czy wszyscy oni mieli ten nieuchwytny talent, o którym piszesz? Śmiem wątpić.
    Wracając do “Whiplasha”. Czy jazz tak wygląda? Jasne, że nie. Czy jazz to tylko katorżnicza robota bez miejsca na improwizację? Oczywiście, że to nieprawda. Czy bezbłędne odtworzenie czegokolwiek równa się kreatywności? A w życiu! Czy wreszcie “Whiplash” pokazuje jakiś przypadek skrajny z samego końca spektrum skali? Pełna zgoda. Ale od tego właśnie jest kino.

    • Oczywiście, że talent nie równa się ambicji i że wielu pisarzy, muzyków etc. nigdy nie odniesie sukcesu, bo robią coś do szuflady. Czy autorka Grey’a nie jest utalentowana? Jest. Nawet jeżeli pisze badziewne książki – to one są badziewne w moim czy Twoim odczuciu – miliony ludzi sięga po nie i uważa, że są dobre. Spora zasługa marketingu, ale dla mnie nawet taka forma jaką ona prezentuje jest formą talentu. To kwestia perspektywy, a talent może być różnie odbierany. Nie napisałem nigdzie, że utalentowana osoba zawsze sobie da radę. Nie da, bo musi wypracować technikę, musi trenować i tak jak mawiają piłkarze mecze wygrywa i przegrywa się głównie w głowach, a nie przede wszystkim dzięki talentowi.

      Czy krytykuje etos ciężkiej pracy połączonej z ambicją? Absolutnie nie. Po prostu zwracam uwagę na manipulację jakiej dokonuje reżyser. Zgadzam się, że od tego jest kino i absolutnie mi to nie przeszkadza. Jeżeli piszesz tylko do szuflady to Twój problem, nie mój czy pani ze sklepu. Nie radzisz sobie z krytyką. Trudno, widocznie się do tego nie nadajesz.

      W sumie powinienem dodać, że recepta powinna wyglądać tak: talent+ciężka praca i jeszcze trochę ciężkiej pracy = sukces. Nie napisałem jednak tego z dwóch powodów:

      1) Nie o tym miał być ten tekst
      2) To w sumie oczywiste 🙂

      • Nie no napisałeś, że reguła 10 tysięcy godzin to mrzonka o ile nie ma się talentu. Dla mnie to jest właśnie nieprawda. No chyba, że rozszerzymy definicję talentu dajmy na to pisarskiego na talent do marketingu, talent do wstrzelenia się w modę czy wreszcie talent do zarządzania swoją własnością intelektualną. Wtedy rzeczywiście w definicji szeroko pojętych utalentowanych pisarzy znajdzie się miejsce i dla E.L. Jones, która pisze okropnie ale wyczuła koniunkturę i na Murakamiego, który po prostu świetnie pisze i dla Jo Nesbo piszącego ciągle tą samą historię pod różnym tytułem.Tylko jeśli rozszerzymy definicję talentu okaże się, że każdy ma jakąś jego wersję, od ałtoreczki gejowskich pornoopek do noblistów. Nie o to Ci chyba chodziło 🙂

        • Bo ta reguła to taka fajna historia, której prawdziwe efekty zobaczysz dopiero, gdy okaże się, że te 10.000 godzin w połączeniu z Twoimi predyspozycjami da coś wyjątkowego. Jeżeli postawisz dwóch piłkarzy obok siebie. Każesz im trenować to samo przez 10.000 godzin będą lepsi, ale czy któryś naprawdę się wyróżni okaże się przez ich predyspozycje – czyt. talent. Alex Del Piero był świetnym dryblerem, bo technikę trenował intensywniej niż inni, ale gdyby nie jego talent byłby jednym z wielu i te 10.000 godzin dałby mu tylko trochę więcej. Zresztą sportowcy to w ogóle b. dobry przykład tego o co mi chodzi. Skoro trening w czymś tak długo ma zrobić ze mnie mistrza, to dlaczego nie każdy biega jak Usain Bolt albo nie jest sławnym malarzem? Przecież można trenować rysunek do znudzenia. Jedno nie istnieje bez drugiego.

          Co do def. talentu to najprostsza mówi o tym, że jest to predyspozycja do czegoś, więc tak umiejętność wyczuwania koniunktury jest talentem, a przykładem na taki talent są biznesmeni, którzy potrafią przewidywać zmiany na rynku etc.

  • Tl;dr – czyli kolejny “Rocky”? 😮

    • Trochę tak, ale “Rocky” nie ma startu do “Whiplash” pod względem aktorskim 🙂

  • Bardzo dobry tekst, lecz myślę, że z samym filmem nie ma dużo wspólnego. Tak jak koleżanka niżej, uważam że wizja reżysera polegała bardziej na pokazaniu tej skrajności. Mega spodobało mi się właśnie to, że przy tym wszystkim, film nie miał praktycznie żadnego wydźwięku, nie dał odpowiedzi 🙂
    Z krytyką tej skrajności się zatem jak najbardziej zgadzam, ale teza, jakoby Chazelle manipulował naszymi emocjami wydaje mi się wyolbrzymiona. Bo niby reżyser jest od tego, ale w “Whiplash” ja odczułem to znacznie mniej.

    • Wiesz, gdyby ten film rozgrywał się na kilku płaszczyznach, to być może nie zwróciłbym uwagi na to, że to podkręcanie emocji. Tym bardziej, że jasne było to, iż widzowie będą ten film odbierać w pewnym sensie personalnie, bo lubimy historię o walce o marzenia i takie, które nas motywują, bo pokazują jakąś jednostkę, której nic nie dano na złotej tacy. Tu nawet tempo jest przemyślane, bo napięcie rośnie tak, jak rośnie tempo w utworach, które grają. Pod tym względem, narracyjnym, “Whiplash” to małe dzieło sztuki 🙂

  • Wnuko

    Cześć. Obejrzałem. Z zaciekawieniem, doceniając świetne aktorstwo i choć nie uważam filmu za arcydzieło, tylko za bardzo dobry film z popisowymi rolami, to nie mogę się z Tobą zgodzić. A to z tego względu, że chyba mam inne podejście do kina. Może niepopularne, ale moje (o tym później).
    Co do samej muzyki w filmie, oczywiście nie jest to “nasza” muzyka. Mówiąc “nasza” mam na myśli muzykę, którą czujemy, która nie jest efektem zimnej kalkulacji, ale ulotnego i trudnego do opisania stanu, gdzie powstaje coś wyjątkowego. O to chodzi w muzyce, a chyba przede wszystkim w jazzie. Każdy kto zna “Blue Train”, “Kind of Blue”, czy rewelacyjną interpretacje “Thrill is gone” Cheta Bakera, wie, że nie są one efektem wyłącznie ciężkiej pracy. Nie, nie mogły być. I pisanie “kreatywność = ilość godzin poświęcone na ćwiczenia, co jest kompletną bzdurą”,choć jest zdaniem prawdziwym, w moim odczuciu nie odnosi się do tego filmu. Według mnie bardziej chodzi o to, że ciężka praca może doprowadzić cię do mistrzostwa w rzemiośle gry na instrumencie, dopiero talent określi jak daleko jesteś w stanie zaprowadzić swoje mistrzostwo i zmienić rzemiosło w sztukę.
    Nie odbieram tego filmu jako zły sposób sportretowania jak wygląda prawdziwa muzyka. Odbieram go jako pogląd na muzykę szalonego Fletchera, który ze swoich muzyków stara się wykrzesać wszystko, żeby zrealizować cel, jakim jest idealne odtworzenie utworu muzycznego.
    I tu dochodzimy do mojego podejścia do filmu. Może reżyser nie chcę nam przedstawić “muzycznego świata”, tylko “muzykę” konkretnego człowieka? Może warto na ten film spojrzeć z tej perspektywy? Oglądając film przez krótką chwilę nie czułem, że ktoś stara mi się coś wmówić, a jedynie coś pokazać. Jeśli tak spojrzy się na “Whiplash”, to zauważymy mistrza o swoim poglądzie na muzykę (bez ocen typu “dobry / zły”) i ucznia, który chce stać się świetny i ostatecznie dochodzi do perfekcji w odtworzeniu utworu muzycznego. Co dalej? Tego nie wiemy.
    Mówisz, że na skrajności trzeba uważać. Jasne. Ciężko o lepszy przykład niż Fletcher. Ale czy ktokolwiek powiedział. Tak, tak wygląda jazz? Ja tego nie usłyszałem w tym filmie. Pozdrawiam.

  • szwalowski

    Filmu nie oglądałem, ale ponieważ ten tekst nie jest recenzją filmu “Whiplash” to się wypowiem. Całkowicie nie zgadzam się z odrzuceniem koncepcji 10000 godzin. Oczywiście nie chodzi o konkretnie wyliczone 10000, ale o fakt ciężkiej, powtarzalnej i nudnej pracy. Dla mnie warunkiem geniuszu jest swoboda poruszania się w obrębie technik naszej dziedziny, a to zapewnia tylko ciężka praca. Banalny przykład, ale oddaje o co chodzi. Za każdym razem każę swoim uczniom/studentom czytać poezję wielokrotnie. Za pierwszym razem nie widzą w nim nic, za drugim odrobinę, za trzecim już wiele. Dodatkowo, prędzej jestem gotów odrzucić koncepcje talentu niż powtarzalnej pracy, wierząc, że nie ma czegoś takiego – jedynie chwilowa możliwość osiągnięcia wspaniałych rezultatów wypływająca z niezwykle intensywnego zanurzenia w wykonywanych działaniach albo intensywnym myśleniu. Coś co John Hunter nazywa flow i o czym mówi Elizabeth Gilbert: http://youtu.be/86x-u-tz0MA. Przy okazji polecam też wywiad z Janem Młynarskim, który przeżył swój własny “Whiplash” http://www.dwutygodnik.com/artykul/5682-moja-amerykanska-przygoda.html

    • Nie odrzucam koncepcji 10.000 godzin. Użyłem sformułowania “mrzonka” w sumie celowo, z premedytacją, bo bez dodania, że potrzebujesz talentu 10.000 godzin często nie prowadzi do niczego wybitnego. O ile oczywiście mówimy o sytuacji, że trening faktycznie ma wspomagać talent, a nie prowadzić do mechanizacji pewnych czynności.

  • Nox

    Łał! Jestem pod wrażeniem. Serio. Film bardzo mi się podobał, wywoływał emocje i powodował, że człowiek zastanawia się “czy tak to wygląda”. Przenikliwa i ciekawa analiza, która rzuca nowe światło na, skądinąd świetny, film.