Gra o Tron
Gra o Tron - sezon 8.

Oto dlaczego 8. sezon “Gry o Tron” jest kiepski

Bo jest

O 8. sezonie “Gry o Tron” napisano, powiedziano, nagrano, zaśpiewano, a nawet zatańczono już chyba wszystko. Że kiepski, że bohaterowie nagle zaczęli podejmować idiotyczne decyzje, że zamyka wątki na szybko, byle zdążyć przed ostatnim odcinkiem. To wszystko jest prawdą. W większym lub mniejszym stopniu, ale jak się nad tym zastanowić, to faktycznie jest źle. Na wielu polach. Pytanie tylko dlaczego? Co nie zagrało?

Uwaga. Tekst może zawierać spoilery do 8. sezonu “Gry o Tron”. Czytacie na własną odpowiedzialność, ale skoro zdecydowaliście się obejrzeć ten sezon, to nic gorszego już Was chyba nie spotka.

Zmieńmy wszystko, a jak nie wszystko, to chociaż jedną rzecz

Wiem, że czekacie z niecierpliwością na wyrok. Odpowiedź na pytanie zawarte w tytule. Już teraz mogę Wam zdradzić, że 8. sezon “Gry o Tron” to nie jest tylko kiepskie scenopisarstwo, to jest również zmiana środka ciężkości. Scenarzyści od momentu, gdy nie mogli już bazować na materiale źródłowym Martina powoli dryfowali w kierunku tego, co dobrze znają. W kierunku warstwy psychologicznej niczym z filmów Hollywoodzkich. Gdy w tym samym momencie Martin w swoich książkach stawia na jedną istotną rzecz. Na rys społeczny. To on jest ważniejszy – zaraz będziecie krzyczeć – niż postacie, które zapełniają karty powieści. Mówiłem, że będziecie krzyczeć.

No dobrze, ale jak to? Dlaczego postacie nie są tam tak ważne. Żebyśmy się dobrze zrozumieli. One są istotne, ale w książkach Martina stanowią mniejszy element większej układanki. Czasami – jak na samym początku – buduje się wokół nich całą fabułę, by później tę postać uśmiercić. Tak było z wątkiem Eddarda Starka. Pomijając fakt jego zaskakującej śmierci, nie chodziło tylko o nią. Stark był częścią nakładających się wątków społecznych. Jego śmierć nie była widzimisię autora. Tanim chwytem. Ona była konsekwencją tego, co działo się na wyższym niż bohater poziomie. Tak było później z wieloma innymi zgonami jak choćby śmiercią Tywina, która spodziewana, ale i dobrze wpisująca się w ciąg przyczynowo-skutkowy i decyzje bohaterów.

Gra o Tron
Fot. HBO

Martin nie opowiada nam historii w taki sposób jaki to robi Hollywood czy telewizja. Ci drudzy skupiają się na warstwie psychologicznej, bo w ten sposób angażują widza w związek z bohaterami. To ich śledzimy, to im kibicujemy, warstwa społeczna ma drugo, a nawet trzeciorzędne, znaczenie. Stąd ta sama telewizja nie może sobie pozwolić na to, aby ukochanego bohatera widzów zabić. Bez mrugnięcia okiem. Taka śmierć niesie za sobą bardzo poważne konsekwencje, na które odporne są historie budujące wokół społeczeństwa i jego problemów, bo to one rządzą narracją, a nie postacie.

Masa > Jednostka

Od czasu do czasu i w telewizji możemy zobaczyć wielowątkowe opowieści, w których główne postacie giną, a my i tak z wypiekami na twarzy śledzimy losy tych, którzy pozostali przy życiu oraz tych, którzy dopiero pojawili się na scenie. Taki komfort pracy i zrozumienie zasad, o których wspominam, ma na przykład David Simon. Jego seriale jak choćby “The Wire” czy “Treme” to właśnie narracje w stylu Martina. Z wieloma postaciami, wieloma wątkami, ale przy pełnej świadomości, że postać nie istnieje bez świata, tak jak świat nie istnieje bez postaci.

Stąd, gdy w “The Wire” co sezon ginie kluczowy bohater – a ginie – to wzorem początków “Gry o Tron” wywołuje to w nas szok, może niedowierzanie, a nawet fazę zaprzeczenia, by ostatecznie przejść z jego śmiercią na porządek dzienny. Czy to źle? Nie, bo każdy zgon ma znaczenie. Każdy jest efektem czegoś, co do tej śmierci niechybnie musiało doprowadzić. Pytanie było tylko, kiedy. Przy czym to prowadzenie jest najczęściej logiczne, nie jest umownym traktowaniem ciągu przyczynowo-skutkowego.

Gra o tron
To były czasy…/Fot. HBO

Zarówno seriale Simona, jak i książki Martina, choć na przeciwległych biegunach popularności, łączy to, że one nie tyle opowiadają o dzielnych policjantach, czy zagubionych dzieciach północy, co dotykają spraw takich jak korupcja, władza, zbrodnia, kara, fakt, że my, maluczcy, ciągle niestety będziemy maluczcy. To nie jest film Disneya, gdzie księżniczka całuje żabę, która okazuje się księciem. Zwykli ludzie są pośrodku zawieruchy pełnej sprzecznych interesów, pieniędzy i śmierci. Masy śmierci.

Duch Kena Loacha

W kinie też taka społeczna narracja się pojawia. Częściej niż w telewizji. Mistrzem takich społecznych układanek, na mniejszą niż u Martina czy Simona skalę, jest Ken Loach. Brytyjski reżyser wielokrotnie udowadniał, że jeżeli chodzi o spojrzenie na sam dół, a nawet dno dna, to ciężko znaleźć drugiego tak wprawnego obserwatora jak on. Od lat swoimi filmami krzyczy z ekranu o tym, co nas boli. Nas, tych prawdziwych, a nie tych, którymi chcemy być. Choć wydaje się, że już więcej nic nowego nie można powiedzieć, on i tak udowadnia, że tematy społeczne są pojemne i w zasadzie nie przebrane.

Przekładając to na “Grę o Tron” na samym początku serial dotykał podobne problemy. Intrygi, to jak władza korumpuje, jak postacie muszą się zmieniać nie przez to, co dzieje się między nimi – a może nie przede wszystkim przez to – a przez to, jak muszą się adaptować do zmieniających się warunków społecznych. Jednak, gdy skończył się materiał źródłowy instytucjonalizm ulatywał, a to, co stało się najważniejsze to postacie, które zaczęły przypominać ryby wyrzucone na brzeg.

Wynika to z tego, że Benioff i Weiss nie tylko zrezygnowali z warstwy społecznej, ale też zaczęli gmerać przy samych postaciach. Coraz częściej ratując się zabiegami takimi jak deus ex machina. To, co wcześniej działało nagle stało się dziwną hybrydą pomysłów Martina i koncepcji tych, którzy musieli doprowadzić serial do końca. Szczęśliwego lub nie.

Gra o Tron
Gra o Tron/Fot. HBO

Głupie decyzje

Symbolem tej zmiany jest Tyrion. Postać, która podejmowała przez kolejne sezony różne decyzje, ale z reguły były one właściwe. Zresztą budowany był jako ten, dla którego przenikliwy umysł był największym orężem. Co się dzieje w sezonie 8.? To, że Tyrion nie podejmuje żadnej właściwej dla siebie i swojego charakteru decyzji. Wszystkie są złe. Jakby nagle coś przeżarło mu mózg lub jakby ktoś podmienił tego bohatera na tanią podróbkę. Dany, również się zmieniała, ale o ile wcześniej można było mówić o ewolucji, to w ostatnim sezonie postawiono na rewolucję i to przez wielkie r.

Podobnie jest z wątkiem Jamiego. Prowadzona przez wiele sezonów historia jego odkupienia nagle zostaje wyrzucona do śmieci. Pomijam fakt, że jego starcie z Euronem to jedna z najgłupszych fabularnych zagrywek jakie widziałem. Ten drugi pojawia się zresztą wiedziony jakimś wewnętrznym przeczuciem i trafia na Jamiego wtedy, gdy jest to dla scenarzystów najwygodniejsze. Idąc dalej. Dothrakowie nagle się odradzają, smoki przestają być najpotężniejszymi istotami na ziemi, a Jon Snow jedyne, co potrafi powiedzieć to:

Ona jest Waszą królową.

Indywidualne motywacje każdej z postaci działały wcześniej, bo wpisywały się w wyższy poziom narracji prowadzonej przez Martina. W ostatnich sezonach przestały mieć znaczenie, bo ciężko, aby je ciągle miały skoro całe zaplecze stojące za tymi postaciami zostało wyrzucone do śmieci. Udajemy, że go nie było.

Koniec/Fot. HBO

Co dalej?

Nic. Absolutnie nic. “Gra o Tron” to przeszłość. Teraz pozostaje czekać na “Wichry Zimy”, które być może nigdy nie nadejdą. Tam podobno zakończenie ma być zgoła inne od tego, którym uraczył nas serial HBO. Inne, bo wykorzysta to, co Martin budował w kolejnych książkach. Choć ciągle twierdzę, że jest wiele świetnych, a może i lepszych sag fantasy, to nie mogę odmówić Martinowi tego, że w zasadzie z każdą jego postacią można się nie tyle utożsamiać, co w odpowiednim momencie wczuć się w ich rolę.

Może nie rozumiemy zawsze dlaczego robią to, co robią, ale oglądając i czytając uważnie widzimy, że często są tylko trybikami większej maszyny. Takimi, które można wymienić, jeżeli się wykruszą. Innymi trybikami. Maszyna radzi sobie bez nich. Tak jak radzi sobie bez nas. Martin to rozumie, Benioff i Weiss nie. Oni mówią w zupełnie innym języku.

Warto przeczytać -> artykuł Zeynep Tufekci. W zasadzie to samo, nawet przykłady identyczne, co u mnie, ale jednak trochę szerzej. No i autorka mądrzejsza.

Inne źródła:

Fot. tytułowa to grafika z EW.com

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed
More Stories
JD Salinger
Ulubiona książka psychopatów