Dźwięki naszej duszy, czyli muzyka inspirowana grami wideo

Ostatnio pisałem na temat pisarzy, którzy zabrali się za tworzenie gier wideo i tam wspominałem o tekście, który napisałem prawie dwa lata temu na łamach Gamezilli. Postanowiłem przypomnieć ten tekst na blogu, co robię z przyjemnością, bo przez to GRAmatura Kultury nabierze jeszcze bardziej realnych kształtów w ramach bloga. Za zgodę na republikację tekstu dziękuję redaktorowi naczelnemu Gamezilli, Pawłowi Olszewskiemu (@palo_pl). Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

Słuch jest jednym z podstawowych zmysłów, za pomocą których postrzegamy świat. Dlatego temat pierwszego odcinka GRAmatury Kultury (pierwszego i jedynego jaki pojawił się na GZ – przyp. Marcin) poświęcony będzie właśnie temu, co kochają miliony. Gry są integralną częścią kultury popularnej. Przenikają każdą jej sferę, co najlepiej widać, gdy rusza machina promująca jakiś tytuł. Książki, filmy, reklamy w telewizji – tak, je również uznaję za część kultury popularnej – komiksy oraz muzyka. W kontekście tej ostatniej nie wystarczy napisać, że jest ważna. Gry i muzyka to tandem, któremu wyjątkowo wygodnie razem. Relacje między nimi zacieśniają się od lat czego najlepszym dowodem jest fakt, że osoby związane dotychczas tylko z muzyką zajmują się grami i odwrotnie.

Gęby

Powyższe stwierdzenie nie jest użyte, aby kogoś obrażać. Podobno popularność imprez określa się ilością gęb – czyli sławnych osób – które się na niej pojawiają. Muzyka związana z grami ma swoje gęby. Ludzi, których znamy, kochamy i słuchamy. Najlepszym przykładem jest Mike Patton. Wokalista Faith No More, Tomahawk, Peeping Tom, Fantomas, Mr. Bungle i bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze, ma na koncie kolaboracje przy kilku świetnych grach. Nie można się temu dziwić skoro Patton to zapalony gracz. Zaczynał od SEGI Genesis jeszcze jako nastolatek. Do ulubionych tytułów zalicza na przykład serię Grand Theft Auto, a jeżeli chodzi o gry sportowe, to od lat sięga po kolejne symulacje hokeja na lodzie. Nie ukrywa swoich fascynacji i dlatego nie trzeba było go długo namawiać, aby użyczył swojego boskiego daru m.in. w The Darkness (świetna, acz niedoceniona gra) i Portal. Zabawa przy nagrywaniu głosu bardzo mu się spodobała i później mogliście go usłyszeć w dwóch częściach Left 4 Dead, gdzie został głosem zainfekowanych, w Bionic Commando i The Darkness 2. Na razie nie wiadomo, gdzie będzie można usłyszeć go ponownie, ale daję sobie rękę uciąć do samego łokcia, że wkrótce usłyszymy o projekcie, z którym będzie związany. Zastanawiające jest to, że jego udział w produkcji gier jak na razie ograniczał się do wokali i ciągle musimy czekać na jego autorski soundtrack. Na szczęście Patton bardzo chce kiedyś takowy nagrać, bo jak twierdzi muzyka w grach może być czymś więcej niż tylko tłem dla zabawy.

Mike Patton
Mike Patton/fot. Gabriel Urrutia Galaz/Flickr.com

Skoro zaczęliśmy od kogoś bardzo znanego, to teraz rzucimy przeciw niemu nazwisko równie znane, ale głównie w branży. Jeżeli zatrzymacie na ulicy przeciętnego Kowalskiego, to szybciej powie Wam kim jest Patton niż skąd kojarzy Michaela Giacchino. A szkoda, bo Mike – drugi w tym tekście, przypadek? – to weteran, który swoją przygodę z komponowaniem zaczynał właśnie od gier. Kiedy skończył studia trafił do raju. Bo Disney od lat jest właśnie takim rajem dla każdego, kto chce znaleźć swoje miejsce w branży rozrywkowej. Zarówno dla filmowców, jak i muzyków, co Giacchino skrzętnie wykorzystał i znalazł zatrudnienie w Disney Interactive. Jego praca rozpoczęła się w erze 16-bitowej. Już na samym początku jego kariery mogliście usłyszeć jego muzykę w takich grach jak Gargoyles czy The Lion King – rewelacyjna platformówka – ale przełom miał dopiero nadejść. W 1997 roku dostał zadanie stworzenia muzyki do gry na podstawie filmu Jurassic Park. Praca jaką wykonał przy tej okazji bardzo się spodobała i otworzyła drogę do kolejnych zleceń, z których najważniejszymi są Call of Duty wraz z CoD: Finest Hour oraz pierwsze trzy gry z serii Medal of Honor, za które Giacchino zbierał praktycznie same pochwały. Szybko okazało się, że jest tak dobry w tym co robi, że gry miały stanowić tylko część jego dorobku. Już w 2001 roku jego talent dostrzegł J.J. Abrams, który zaprosił go do współpracy przy serialu “Alias” (w Polsce znany jako “Agentka o Stu Twarzach”). Od tamtej pory Mike dzieli swój czas między Hollywood i gry, choć to właśnie te drugie były przede wszystkim odskocznią do kariery na szerszą skalę.

Michael Giacchino
Michael Giacchino z siostrą/Fot. Pulicciano/Flickr.com

Odwrotną drogę odbył inny słynny muzyk – jeżeli kompozytora można nazwać muzykiem – związany z branżą filmową. Znakiem rozpoznawczym Hansa Floriana Zimmera jest fakt, że świetnie potrafi połączyć orkiestracje z brzmieniem syntezatorów i dźwięków generowanych komputerowo. Karierę rozpoczął u naszego rodaka, Jerzego Skolimowskiego, a lista filmów, przy których później pracował potrafi zrobić piorunujące wrażenie. Z tego właśnie powodu prędzej czy później pewne było, że Zimmer trafi do świata gier. Nie wiadomo było tylko, kto zdecyduje się sięgnąć po laureata Oscara – tak na marginesie to Giacchino nie jest gorszy i złotego rycerza otrzymał w 2010 roku za rewelacyjny film “Odlot”. Podobno czaili się na niego najwięksi, ale to Activision postanowiło sięgnąć głębiej do kieszeni Bobby’ego Koticka i zapłaciło stosowną sumę za usługi Zimmera. W końcu twórca z taką renomą w Fabryce Snów musiał zacząć od wysokiego C. I zaczął. Od Call of Duty: Modern Warfare 2, a później mogliście usłyszeć jego pomysły i wariacje w Crysis 2. Trzeba przyznać, że w nowej roli sprawdza się równie dobrze. Nie wiem jak dalej potoczy się jego przygoda z grami, ale podobno cierpliwość popłaca.

Zostając przy Hollywood należy wspomnieć o Jacku Blacku. Fakt, że to aktor, ale inną jego pasją jest muzyka, którą tworzy pod szyldem Tenacious D razem ze swoim przyjacielem Kylem Gassem. Black większości graczy znany jest z tego, że współpracował przy powstaniu Brutal Legend. Jednak podobnie jak Patton nie trafił do branży przypadkiem. Nie był po prostu kolejną znaną osobą, która o grach ma jakieś tam pojęcie, a bardziej liczy się jej znane nazwisko, które może pomóc w promocji. Black to gracz z krwi i kości, który zaczynał swoją przygodę z grami pod koniec lat 70. XX wieku. Na początku były to pinballe, ale obok nich znalazł automat do Space Invaders i tak się to wszystko zaczęło. Asteroids, Pac-Man, Donkey Kong czy Marble Madness. Klasyka została przez niego ograna, a on sam nawet grając w jedną ze swoich ulubionych gier – chodzi o Psychonauts – nie przypuszczał, że w przyszłości jego zaangażowanie wykroczy daleko poza kupowanie kolejnych tytułów. Jego popisy jako głos Eddiego Riggsa zostały docenione na Spike Video Game Awards, gdzie otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora podkładającego głos postaci z gry. Nie wiem, co planuje dalej w związku z grami, ale mam nadzieję, że jeszcze go kiedyś usłyszymy, bo jest w tym po prostu dobry.

Tenacious D
Tenacious D

Podobnych przykładów można podawać jeszcze wiele. Być może inne znane osoby i ich związki z grami będą bohaterami  kolejnych odsłon Gramatury Kultury. Na razie zostawmy ten temat i przejdźmy do tych, w których muzyce dźwięczą gry.

16-bitowe dźwięki

Aleksander Vinter ukrywa się pod pseudonimem Savant. Ten szczupły mężczyzna zakładający na koncertach maskę znaną z komiksów “V jak Vendetta” Alana Moore’a pochodzi z Norwegii i szybko zdobywa popularność wśród fanów muzyki elektronicznej. Savant znalazł się w tym tekście w sposób naturalny. Z jednej strony przynajmniej część jego twórczości inspirowana jest grami. Zresztą posłuchajcie “Splintera”.

Numer pochodzi z albumu “Vario” i skojarzenia z pewnym bohaterem gier są jak najbardziej na miejscu. Vinter wiele lat temu uprosił swoją mamę, aby ta kupiła mu komputer. Zaczynał od programu eJay, na którym tworzył drum’n’bass, ale dopiero FastTracker pozwolił mu na tworzenie muzyki inspirowanej jego ukochanymi grami. Zelda i Fallout 3 to tylko część z tego, co inspiruje Vintera do składania dźwięków. Jego twórczość od wydanego w 2009 roku albumu “Outbreak” przeszła ewolucję, by na “Alchemist” odejść od brzmienia kojarzącego się z 16-bitami. Nie zmienia to jednak faktu, że takie utwory jak wspomniany “Splinter” czy poniższy “ISM” momentami brzmią jak wyjęte ze starych gier.

Jeżeli jednak myślicie, że na tym związki Savanta z grami się kończą, to muszę Was rozczarować. Muzyk sam pomaga tworzyć gry. Nie są to wielkie produkcje AAA, bo takimi tytułami nie zajmują się ROFLGames oraz DPAD Studio, ale faktem jest, że dla Vintera gry ciągle stanowią integralną część życia.

Historia Powerglove rozpoczyna się w 2005 roku, kiedy grupa znajomych postanawia założyć zespół, w którym mają grać muzykę inspirowaną grami, serialami i filmami. Nazwę zaczerpnęli od nazwy kontrolera do konsoli NES. Tak zaczęła się ich przygoda z muzyką, która zaowocowała jak na razie dwoma albumami. W 2007 roku wydali “Metal Kombat for the Mortal Man”, a trzy lata później pojawił się krążek “Saturday Morning Apocalypse”. Wykonują power metal i mieli okazję współpracować z Tonym Kakko, wokalistą formacji Sonata Arctica. Na wspominanych płytach przewijał się Mario.

A nawet Pokemony – to tu pojawia się Tony Kakko:

Aktualnie zespół pracuje nad trzecim albumem, który jeżeli wierzyć ostatnim doniesieniom z Facebooka jest już prawie skończony.

Wróćmy na chwilę do muzyki elektronicznej. Savant dopiero zdobywa popularność, ale jest ktoś, kto podobnie jak on inspiruje się grami, a przy okazji ma już konkretną markę na scenie.Richard David James znany jako Aphex Twin jest mistrzem przemycania beatów znanych z gier do swojej twórczości, a do tego lubuje się remiksach klasyków z lat 80. XX wieku. Mario i Aphex Twin? Proszę bardzo:

Bez wpływu elektronicznej rozrywki nie pozostają również muzycy Hot Chip. Przedstawiciele sceny indie podobnie jak Aphex Twin często przypominają o tym skąd biorą pomysły na kolejne numery. Wystarczy, że posłuchacie Shake a Fist:

Podobnie ma się sytuacja z Del the Funky Homosapien. Mało medialny, ale za to bardzo interesujący raper przemyca w swoich utworach fragmenty klasyków takich jak Ninja Gaiden,Tenchu i Bushido Blade, a to tylko ułamek jego inspiracji. Posłuchajcie “Proto Culture”:

Skoro w tekście pojawił się dubstep, rap i indie to przyszła pora na odrobinę rocka. Ten serwowany jest przez ludzi z The Protomen. Zespół powstał w 2003 roku w Murfreesboro w stanie Tennessee. Pomysł jest identyczny jak w przypadku Powerglove. Grupa zebrała się, by nagrywać muzykę opartą na pierwszych sześciu grach z serii Mega Man. Ich płyty to w zasadzie rockowe opery z dokładnie zarysowaną linią fabularną. Podobno ich koncerty to wyjątkowe przedstawienie. Najnowszy album ma się wkrótce pojawić i będzie to trzeci akt stworzonej przez nich historii.

Rozpisałem się, a że kiedyś trzeba skończyć nawet najlepszą z opowieści, to pozwolę sobie brutalnie urwać moją w tym miejscu. Temat związku muzyki i gier to tak naprawdę rwąca rzeka słów i dźwięków. Być może kiedyś zabiorę Was na kolejną wycieczkę, a tymczasem miłego słuchania.

Sprawdź:

[tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/5-gier-ktore-sprawily-pokochalem-crpg/”]5 gier, przez które pokochałem cRPG[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/zostalem-jezusem-chrystusem-wszechswiata-wiem-myslec/”]Zostałem Chrystusem wszechświata[/tw-button]

Zdjęcie tytułowe to fotografia promocyjna zespołu The Protomen