12 filmów na dobry początek roku 2018

Zwiastun nowego filmu Paula Thomasa Andersona przypomniał mi, że na karku można już poczuć gorący oddech roku 2018. Tym samym PTA rozwiązał mi problem z tekstem. Problem, którego nie miałem, ale lubię napisać, że mam. Tradycyjnie przed początkiem nowego roku dzielę się swoim zestawem tytułów, które znajdują się na mojej prywatnej liście. Nazwanej dla niepoznaki: Filmy, które trzeba obejrzeć w 2018. Nikt się nie domyśli o co chodzi. Ja nawet nie wiem o co chodzi.

W przeciwieństwie do lat minionych zrealizujemy wszystko trochę inaczej. Mianowicie kierować będę się tylko polskimi datami premier oraz skrócę okres, z którego sięgam po tytuły. Tak, by nie umknęły mi filmy, które będą warte tego, aby poświęcić im czas. Ten z kolei jest cenny, a skoro jest cenny, to warto o niego dbać. Podlewać. Pielęgnować. Dmuchać. Chuchać. Dobra, koniec. Choć to w sumie początek.

Skoro o początkach mowa, to początek roku zapowiada się fantastycznie. Patrząc na same nazwiska reżyserów można dostać migotania przedsionków od tego dobrobytu. Ja dostaję. Aż mnie serce boli, że pewnie wszystkich pozycji nie uda mi się zobaczyć na wielkim ekranie. Na szczęście Wy możecie.

“I tak cię kocham”
Reż. Michael Showalter
Premiera: 5 stycznia 2018

Film Showaltera miał już swoją premierę na zachodzie i zbiera fantastyczne opinie. Nie dajcie się jednak zwieść tytułowi, który może sugerować kolejną lekkostrawną komedię romantyczną. Doprawioną odpowiednią ilością lukru. “I tak cię kocham” to oparta na faktach historia związku urodzonego w Pakistanie komika i aktora komediowego Kumaila Nanjiani (gra główną rolę) oraz Amerykanki Emily Gordon (w tej roli Zoe Kazan). Różnice kulturowe, oczekiwania, determinacja, problemy. Wszystko w jednym filmie, który z tego, co można o nim przeczytać bawi, ale i trochę przestrasza. Dobre kino się zapowiada.

“Gra o wszystko”
Reż. Aaron Sorkin
Premiera: 5 stycznia 2018

Aaron Sorkin uznał, że nie tylko napisze scenariusz, ale i wyreżyseruje film na podstawie książki Molly Bloom. Jej autorka i bohaterka opowiada, jak organizowała nielegalne rozgrywki pokera. Te były nie tylko nielegalne. Były też bardzo ekskluzywne. W trakcie gry można było spotkać podobno takie gwiazdy jak Matt Damon, Leonardo DiCaprio czy Ben Affleck. Bloom (Jessica Chastain) zaczęła się parać pokerem po tym, jak straciła szanse na nominację olimpijską w jeździe na nartach. Uznała, że skoro nie poszło jej w jednym sporcie, to spróbuje w innym. To tylko krótkie podsumowanie jej historii. Miejmy jednak nadzieję, że Sorkin “dowiózł”. Na ekranie oprócz Chastain zobaczycie Idrisa Elbę, Kevina Costnera oraz Chrisa O’Dowda. Czujcie się zaproszeni na partyjkę.

“Kształt wody”
Reż. Guillermo del Toro
Premiera: 19 stycznia 2018

Jeżeli wierzyć recenzjom, to del Toro nakręcił świetny film. O miłości. W swoim stylu, bo to historia miłości głuchoniemej kobiety (Sally Hawkins) oraz wodnej istoty (Doug Jones), która kojarzy mi się z Abem Sapienem znanym z “Hellboy’a”. Wydaje mi się, że nie będzie nadużyciem napisanie, że jest to w zasadzie baśń, w której miłość kolejny raz będzie musiała zmierzyć się z przeciwnościami losu. Te mają ludzką twarz. Konkretnie twarz Michaela Shannona, który patrząc na zwiastuny nie jest oazą szczęścia. Mówiąc krótko, klasyka polskiego jazzu. Swoją drogą ciekawostką jest fakt, że cała historia została napisana z myślą o parze Hawkins – Shannon. Nikt inny nie był brany pod uwagę w trakcie castingu.

“Czwarta władza”
Reż. Steven Spielberg
Premiera: 26 stycznia 2018

Końcówka stycznia będzie bardzo mocna. W końcu to wtedy będziemy mogli udać się na jednego z oscarowych faworytów, czyli nowy film Stevena Spielberga. “Czwarta władza” nawet na zwiastunach wygląda tak, jakby co jakiś czas migał nad nią neon “Oscary”. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że jest to film bezczelnie pod nie skrojony. Choć mi akurat taka bezczelność odpowiada. W końcu aktorsko szykuje się uczta (Meryl Streep, Tom Hanks, Bob Odenkirk, Sarah Paulson), a i historia walki szefowej gazety z rządem to coś, co naprawdę warto sprawdzić. Cytując klasyka, nie ma lipy.

“Czas mroku”
Reż. Joe Wright
Premiera: 26 stycznia 2018

Wspominałem o końcówce stycznia? No właśnie. Gdybyście mimo wszystko nie chcieli obejrzeć tej bezczelnej produkcji, to może sięgniecie po film Wrighta. Gary Oldman wciela się w nim w Winstona Churchilla. Polityka, pisarza, kopalnię anegdot, którego naprawdę nie trzeba przedstawiać. Na samym początku II wojny światowej premier Wielkiej Brytanii miał dwa wyjścia:

  • Negocjować z megalomanem i niespełnionym artystą Adolfem H.
  • Uznać, że negocjacje nie mają sensu, a jego obrazy motylków są mówiąc krótko do dupy.

Wybrał bramkę numer dwa. Oldman jest podobno fantastyczny – jak to on – i typowany jest do murowanej nominacji do Oscara. Może to właśnie rola noblisty i męża stanu mu ją w końcu przyniesie?

“Wszystkie pieniądze świata”
Reż. Ridley Scott
Premiera: 5 stycznia 2018 26 stycznia 2018

To jest ten film, w którym J. Paula Getty’ego miał zagrać Kevin Spacey. W sumie to zagrał, ale teraz to już bez znaczenia. Po aferze, którą zapoczątkowała sprawa Harvey’a Weinsteina, reżyser filmu, Ridley Scott zdecydował nakręcić wszystkie sceny z Gettym jeszcze raz. Dlatego na ekranie pojawi się ostatecznie Christopher Plummer. Aktorsko jest to zmiana świetnego aktora na innego świetnego aktora. Nie mam pojęcia, jak odbije się to na samym filmie. Na pewno chciałbym otrzymać możliwość obejrzenia jednej i drugiej wersji. To pewnie będzie niemożliwe, ale pomarzyć można. O czym będzie film? O sprawie porwania wnuka wspomnianego miliardera J. Paula Getty’ego (Getty był bajecznie wręcz bogaty). Owo porwanie wzbudzało emocje nie tylko z powodu tego, kto został porwany. Dziadek choć spokojnie mógłby zapłacić kilkadziesiąt okupów uznał, że nie będzie negocjować z porywaczami. I tak zderzyły się interesy dwóch stron, zrozpaczonej matki (Michelle Williams) oraz nieustępliwego biznesmena.

“Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Reż. Martin McDonagh
Premiera: 2 lutego 2018

Trochę się naczekałem na nowy film McDonagha. “Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” i “7 psychopatów” obejrzałem z wielką przyjemnością głównie dlatego, że oba mają na sobie charakterystyczny podpis tego reżysera. W tym miejscu możecie krzyknąć, że przecież każdy reżyser coś takiego ma. Każdy film też. No nie do końca, bo oglądając filmy McDonagha wiem, że oglądam film McDonagha nawet, gdyby nikt mi o tym nie powiedział. Sposób prowadzenia narracji, czarny humor, bohaterowie, to tylko niektóre elementy, które rozpoznam na kilometr. “Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” opowiedzą o kobiecie, która rzuca wyzwanie miejscowemu szeryfowi. Za pomocą tytułowych billboardów. Bo czemu nie. Jest Frances McDormand, jest Woody Harrelson, Sam Rockwell, Caleb Landy Jones i Peter Dinklage. Jest dobrze.

“Niemiłość”
Reż. Andriej Zwiagincew
Premiera: 2 lutego 2018

Nowy Zwiagincew. Widzimy się w kinie. Bez wymówek.

“Happy End”
Reż. Michael Haneke
Premiera: 9 lutego 2018

Jest Zwiagincew, jest i Haneke. Choć z tego, co czytałem wynika, że “Happy End” nie jest najlepszym filmem w karierze reżysera, to i tak warto go obejrzeć. Bo Haneke nawet jak kręci remake własnego filmu, to nie schodzi poniżej pewnego – wysokiego – poziomu. Tym razem serwuje nam dramat rodziny mieszkającej w Calais z kryzysem z uchodźcami w tle. Cierpka satyra na europejską burżuazję i tych, którzy im służą. Nie wiem, czy Haneke w ogóle potrzebuje reklamy? W końcu to jeden z najbardziej utytułowanych i pod względem twórczości równych reżyserów na świecie. Oczekuję mięsa, brutalnej prawdy i zaskakującego finału. Czegoś, co sprawi, że po seansie będę jeszcze długo myślał, czy obejrzałem happy end?

“The Disaster Artist”
Reż. James Franco
Premiera: 9 lutego 2018

Jak już ochłoniemy po premierze filmu Hanekego będzie można obejrzeć film o powstawaniu filmu na podstawie książki opowiadającej o tym, jak powstawał ów film, o którego powstaniu nakręcił swój film Franco. Film nie byle jaki, bo chodzi o kultowy już “The Room”. James Franco jako Tommy Wiseau, jego brat Dave jako Greg Sestero znajomy Tommy’ego, współautor książki “The Disaster Artist: My Life Inside The Room, the Greatest Bad Movie Ever Made” i odtwórca jednej z ról we wspomnianym “The Room”. Jest spora szansa, że po obejrzeniu filmu Franco uznacie, że czas sprawdzić co zrodził genialnie uszkodzony umysł Wiseau. Jak tak się stanie, to przepadliście, ale być może zrozumiecie, dlaczego ten film faktycznie może być uznany za kultowy. Ktoś wie, ile razy padło tu słowo film?

Pod rozwagę zostawię też trafny komentarz jednego z czytelników LO:

Ja jestem ciekaw, jak na Disaster Artista zareaguje widz, który nie zna oryginałów. Bo sam w sobie jest filmem świetnym (raczej nie genialnym, jak niektórzy wmawiają), ale to ciągle cytat (książki) i komentarz (The Rooma), a 3/4 frajdy to wynajdywanie smaczków i podziwianie tego, jak Franco oddaje manieryzmy Wiseau. W końcu prawie wszyscy, którzy hajpują film po seansach festiwalowych, to wierni wyznawcy albo chociaż ludzie obeznani z fenomenem. – Chester Lime

“Czarna pantera”
Reż. Ryan Coogler
Premiera: 14 lutego 2018

Doczekałem się. Film o superbohaterach, w których większość obsady jest czarnoskóra, a główny bohater jest symbolem zmiany jaka nastąpiła w latach 60. XX wieku w Marvelu. Czarna Pantera, T’Challa, już się na ekranie pojawił. W 2016 roku mogliśmy go zobaczyć w filmie “Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”. W komiksach zadebiutował w 52. numerze “Fantastycznej Czwórki”. Stan Lee i Jack Kirby zdecydowali, że wyślą F4 to Afryki. Konkretnie do tajemniczej Wakandy, w której najpierw z T’Challą walczyli, a następnie stanęli ramię w ramię. Czytelnicy byli zaskoczeni, ale jednocześnie zaintrygowani nowym herosem. Z kolei czarnoskórzy mieszkańcy Stanów Zjednoczonych w końcu dostali kogoś, kto mógł rozpalać ich wyobraźnię. Więcej o historii czarnoskórych bohaterów przeczytacie w dedykowanym im tekście, a ja czekam na “Czarną panterę” w kinie.

“Nić widmo”
Reż. Paul Thomas Anderson
Premiera: 23 lutego 2018

Z jednej strony cieszę się, że w końcu obejrzymy nowy film Paula Thomasa Andersona, ale z drugiej jest mi smutno, bo wszystko wskazuje na to, że będzie to ostatni film, w którym zagra Daniel Day-Lewis. Przynajmniej mistrz zapowiada koniec kariery po jego premierze. I tak jak o “Czwartej władzy” napisałem, że jest jednym z oscarowych faworytów, tak to samo mogę napisać o “Nici widmo”. Tym razem Anderson zabiera nas do londyńskiego świata mody lat 50. Zabiera, aby zaserwować nam opowieść o starciu dwóch silnych charakterów. Słynnego projektanta oraz kobiety, która nie boi się wyrażać swojego zdania. Może i brzmi banalnie, ale u Andersona na pewno banalnie nie będzie. No i bardzo jestem ciekawy, jak wypadnie pożegnanie Day-Lewisa z wielkim ekranem.

“Nicią widmo” kończę pierwsze dwa miesiące 2018. Jeżeli uda mi się wytrwać w postanowieniu, to regularnie będę publikować kolejne odsłony. Tymczasem do tymczasem.

Total
68
Shares