GLOW, czyli dobra zabawa ozdobiona brokatem

Tytuł wpisu z miejsca zdradza mój stosunek do serialu “GLOW”. W sumie możecie przerwać czytanie, bo przez większość tekstu będę Wam go polecać. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Zacznijmy od tego, że Netflix oferuje coraz więcej, jednak więcej nie zawsze znaczy lepiej. Sporo produkcji oferowanych przez platformę, która jeszcze jakiś czas temu jawiła się niczym ziemia obiecana dla fanów kultury masowej w Polsce, jest po prostu niepotrzebna. Na szczęście w zalewie produkcji niepotrzebnych znajdują się takie, którym zdecydowanie warto dać szansę. Tak było ostatnio z serialem “Ania, nie Anna”. Tak jest też z “GLOW”. Bo choć nie jest idealnie, to jest wystarczająco dobrze, aby w ogóle rozważać spędzenie kilku godzin w kolorowych latach 80..

Te wspaniałe kobiety

“GLOW”, w którym maczają palce twórcy świetnego “Orange is the new black”, to w pewnym sensie hołd dla pomysłu Davida B. McLane’a. McLane był związany ze środowiskiem zapaśników w USA i pewnego pięknego dnia uznał, że kobiece zapasy można w interesujący sposób promować. Formą promocji miał być program, który będzie połączeniem komedii, teatru, ale i samych zapasów, bo przecież bez nich całość nie będzie miała żadnego sensu. Początkowo z Gorgeous Ladies of Wrestling chciał spróbować tam, gdzie wpadł na ten koncept, czyli w Indianapolis. Ostatecznie wylądował w Hollywood. Informacje o castingach zamieścił w dwóch tytułach:

  • “The Hollywood Reporter”,
  • “Variety”.

Na castingu pojawiło się przeszło 500 kandydatek. Z tego grona wybrano kilkanaście kobiet, które przeszły przez kilkutygodniowy trening m.in. pod okiem Princess Jasmin, czyli Cynthii Peretti. Po treningu rozpoczęto zdjęcia do programu, który realizowano do 1990 roku. Już po nagraniu pierwszego sezonu okazało się, że jest zapotrzebowanie na takie produkcje, bo GLOW sprzedano do kilkudziesięciu stacji telewizyjnych. W promocję zaangażowana była np. Jackie Stallone, czyli mama Sylvestra. Sam serial osiągnął w USA status kultowego dzieła.

Serialowe GLOW, to w zasadzie historia tej inicjatywy w pigułce. Oczywiście pełna pomysłów twórców serialu, ale jednocześnie pełna też nawiązań do tego, co działo się wokół oryginału. Prawdziwe GLOW było efektem działań promotora zapasów, a to serialowe istnieje dzięki marzeniom często będącego pod wpływem różnych substancji fana. Nie byle jakiego, bo Biba, to bardzo majętny człowiek, o ile jego mama nie odcina go od strumienia gotówki. Spełnia się w roli producenta show, a do roli reżysera angażuje Sama Sylvię (Marc Maron). Legendarnego w pewnych kręgach twórce kina nurtu exploitation. Jeżeli miałbym porównać do kogoś Sylvię, to napisałbym tyle:

Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby Ari Gold trafił do rynsztoka i zaczął pić oraz brać kokainę. Dużo kokainy.

Zresztą Sylvia kradnie większość scen, w których się pojawia. Jego pierwowzorem jest Matt Cimber, który jest m.in. reżyserem filmu “Motylek”. Wspominam o nim dlatego, że to chyba jedyny film, który z jednej strony nominowany był w kilku kategoriach do Złotych Globów, a później zgarnął też kilka Złotych Malin.

Glow
Tak to wyglądało naprawdę

I ich wszystkie problemy

Choć serial opowiada o kilkunastu kobietach, to na pierwszy plan wysuwają się dwie. Niespełniona aktorka Ruth (Alison Brie) oraz gwiazdka jednej z telenowel Debbie Eagan (Betty Gilpin). Ich wystawiona na trudną próbę przyjaźń jest jednym z kół zamachowych serii. Każda ma swoją dynamikę, ale i każdą udało się odpowiednio wkomponować w narrację serialu. Wątek relacji Ruth i Debbie zostaje uzupełniony barwną galerią postaci. Wszystkie zbudowane na stereotypach. Nim jednak ktoś się oburzy, że z jednej z kobiet zrobiono terrorystkę, bo przecież ma ciemną skórę, z Azjatki szaloną komunistkę machającą mieczem, a z dobrze zbudowanej czarnoskórej kobiety “królową zasiłków” uprzedzam, że te pomysły są jak najbardziej w zgodzie z tym, co robiono w Gorgeous Ladies of Wrestling. Jak powiedział w jednej ze scen nasz ujarany producent:

To nie jest ocena. To jest sposób w jaki widzę cię ja i reszta świata.

Każdą ze stereotypowych person obsadzono na tyle trafnie, że nie tylko zapominamy o tym, iż jest to tylko serial, ale i bohaterki nie są nam zupełnie obojętne. Oprócz wymienionych mamy też kobietę wilczycę, anarchistkę, królową każdej imprezy, frywolną intelektualistkę czy ponurą mieszkankę Skandynawii. Każda jest jakaś, każda jest różna i tym samym na ringu i poza nim tworzą naprawdę interesującą mieszankę. I tu dochodzimy do najważniejszego, do humoru. Wiele wskazuje bowiem na to, że “GLOW” jest serialem przede wszystkim komediowym.

Rzecz w tym, że choć humoru jest tu sporo, to te najśmieszniejsze momenty są często jednocześnie tymi najsmutniejszymi. To raczej komedio-dramat niż komedia – choć ta bezpośrednio wywodzi się przecież od dramatu. I tak jak z jednej strony otrzymujemy Alison Brie udającą rosyjski akcent, tak otrzymujemy też jej codzienne troski i walkę o spełnienie marzeń, które jawią się na nieosiągalne. Im więcej odcinków obejrzałem tym bardziej dochodziłem do wniosku, że to jest kolorowy, smutny serial w rytmie hitów z lat 80.. Nie bójcie się jednak, nie wpędzi Was w depresję. Raczej pozwoli na dobrą zabawę bez sprawiania, że złapiecie bezdech od tego całego śmiechu, któremu nie ma końca.

GLOW
GLOW/Fot. Netflix

Nie wszystko złoto

Wydawać by się mogło idealny obraz psują detale. Choć większość żartów pasuje do klimatu serialu, to jednocześnie niektóre są przeciągnięte do granic możliwości. Szczególnie ten nieszczególnie smaczny czy potrzebny o poronieniu. Dodatkowo choć produkcja opowiada nam kolejną wariację na temat tego, jak kobiety walczą o to, aby być samodzielne, to nie jest szczególnie trudno złapać twórców na tym, że kobiety jednak tych mężczyzn potrzebują. Okazują się oni niezbędni, aby karawana ruszyła dalej. To można jeszcze zrzucić na karb czasów, w których toczy się akcja. Sygnalizuję jednak, że pełnej radosnej samodzielności tutaj nie uświadczycie.

Z drugiej strony jestem pod wrażeniem, jak dobrze wypadają sceny samych zapasów. Mam wręcz wrażenie, że serial wchodzi na wyższy poziom wtedy, gdy “uruchomione” zostaje GLOW. Gdy aktorki grające swoje role wchodzą w role swoich ról. Wtedy wszystko zaczyna się ze sobą zazębiać i te momenty serialu to zdecydowanie najlepsze, co ma do zaoferowania. Nie dlatego, że jest to tak dobrze zrobione, ale dlatego, że widać, iż aktorki dobrze się bawiły.

Choć “GLOW” ma swoje wady, humor może być momentami zbyt ciężki, to przy okazji oferuje inteligentną rozrywkę. Potrzebujemy takich seriali nie tylko z powodu tego, że lata 80. XX wieku to barwne czasy, ale przede wszystkim dlatego, że potrzebujemy kobiecych postaci, które ciągną serie na własnych barkach, a jak trzeba to i zakurwią z laczka i poprawią z kopyta. Nawet jeżeli tylko na niby.

PS. To raptem 10 odcinków po 30 minut każdy. Jeden weekend, a nawet wieczór, i po sprawie.

Przeczytaj:

Co Wonder Woman mówi o amerykańskiej kulturze?
Total
17
Shares