Happy!
Happy!

“Happy!” – serial o odkupieniu, którego potrzebowaliśmy

Potrzebowaliśmy zarówno takiego serialu, jak i odkupienia. Tak naprawdę najbardziej potrzebował tego wszystkiego Grant Morrison. Autor, który powszechnie uważany jest za jednego z najciekawszych, ale i najlepszych scenarzystów komiksowych, nieśmiało pukał do drzwi showbiznesu. Do tego samego pokoju, w którym od lat wygodnie siedzą Mark Millar czy Robert Kirkman. Może “Happy!” nie jest hitem na miarę “The Walking Dead”, ale ma jedną przewagę nad serialem AMC. Jest po prostu bardzo dobry.

“Happy!” umknął mojej uwadze na początku roku. Kiedy pierwszy sezon w całości wylądował na Netflixie to nie ja się tym zainteresowałem, a moja żona. Nawet mi go zareklamowała. Nawet obejrzałem kilka minut pierwszego odcinka. I co? I nic. Po kilku miesiącach mogę napisać tylko tyle:

Tak bardzo się myliłem. Ogromnie.

Na szczęście trafiłem na materiał na temat serialu i tam przykuły moją uwagę dwie rzeczy. Po pierwsze animowany jednorożec, którego widzi główny bohater. Po drugie nazwiska wspominanego Morrisona, ale i Daricka Robertsona. Panowie stworzyli komiks, który na mały ekran został przeniesiony przez stację SyFy. Niektórzy z Was złapią się w tym miejscu za głowę, a może i za inne części ciała. Jak to? SyFy? Naprawdę? No, naprawdę. Stacja od jakiegoś czasu inwestuje w coraz lepsze i ciekawsze produkcje. I tak jak zakochałem się w “The Expanse”, tak pokochałem “Happy’ego”. Warto też dodać, że showrunnerem całego przedsięwzięcia jest Brian Taylor. Jeżeli nie kojarzycie, kim jest, to może powie Wam coś tytuł “Adrenalina”, gdzie w głównej roli pojawia się Jason Statham. Taylor był scenarzystą i może nie jest to najlepsza rekomendacja, ale istotna dla tego czym tak naprawdę jest opisywany serial.

Czy wszystko z nami w porządku?

Nicholas “Nick” Sax grany przez Christophera Meloniego to śmierdzący alkoholik, cynik wyglądający jak bezdomny. Były policjant, który aktualnie zarabia na życie przyjmując zlecenia na morderstwa. Jedno z takich zleceń będzie początkiem całej lawiny problemów. Problemów, które objawią się m.in.:

  • hektolitrami krwi,
  • perforacją pewnej części ciała,
  • kilkoma zawałami,
  • fruwającymi siekierami,
  • narkotycznymi wizjami,
  • wizytą w szpitalu,
  • torturami,
  • i…

nim. Magicznym, latającym, jednorożcem. Wróć, nie jednorożcem, przecież każdy fan My Little Pony wie, że to po prostu alicorn. Happy jest alicornem, ale i najlepszym przyjacielem Hailey. Dziewczynki, która wpada w ręce bardzo złego Mikołaja. Jej przyjaciel rusza na poszukiwanie Nicka Saxa, bo tylko on może odnaleźć dziewczynkę.

Happy
Happy

Brzmi sztampowo, ale wierzcie mi, że serial, który wysmażyła stacja SyFy leży daleko od sztampy. Jakby to powiedział Marsellus Wallace:

Zajebiście daleko.

Już sam pomysł, aby połączyć kino przepełnione przerysowaną przemocą, seksem, narkotycznymi wizjami z bohaterem, który kojarzy się z animowanymi filmami dla dzieci może nie jest bardzo odkrywczy, ale tutaj po prostu gra. Zabrzmi to pewnie idiotycznie, ale między Nickiem Saxem, a Happym – którego głosem jest Patton Oswalt – jest chemia, która sprawia, że serial konsumuje się z przyjemnością. Zresztą nie tylko między nimi. Bohaterowie pojawiający się na ekranie są interesujący i najzwyczajniej w świecie jesteśmy ciekawi, kim tak naprawdę są. Każdy coś znaczy, każdy ma coś do powiedzenia i jest istotny. Galeria postaci to m.in.:

  • Lubujący się w torturach facet od brudnej roboty o pseudonimie Smoothie – którego to przezwiska genezę poznacie i wierzcie mi, będziecie zaskoczeni.
  • Zlecający mu pracę gangster Francisco Scaramucci, który wydaje się być zwykłym brutalnym gangsterem, ale jak to w “Happym!” bywa nie wszystko musi być takie, jak nam się wydaje.
  • Była partnerka Saxa, która ma powiązania z wyżej wymienionymi.
  • W końcu matka porwanej dziewczynki, która próbuje znaleźć ją na własną rękę.
  • Dziewczynkę porwał bardzo zły Mikołaj, który ma pewne marzenie. To marzenie konsekwentnie realizuje, co niestety odbija się na kondycji ludzi, którzy mają z nim styczność. Dość napisać, że wygląda przy tym, jak żywa choinka. Z tą różnicą, że śmierdzi, narkotyzuje się i porywa dzieci.

To oczywiście nie wszystkie postacie, bo szczególnie o jednej, pokręconej, postaci napisać nie mogę, aby nie psuć Wam zabawy. No dobrze, ale napisałem, że “Happy!” to serial o odkupieniu. To jak to z nim w końcu jest?

Każdy zasługuje na drugą szansę lub dziesięć

Odzierając produkcję SyFy z groteski, przemocy, momentami kloacznego humoru i mimo wszystko zgranej narracji o poszukiwaniach porwanej dziewczynki dostajemy historię człowieka, który wydawał się być stracony dla świata. W zasadzie sam się z niego wypisał. Na własne życzenie, co w pewnym sensie jest zrozumiałe po tym, co Sax widział i czego doświadczył. Jak to w takich historiach bywa jest w naszym detektywie coś z bohaterów Chandlera. Ta jego szorstkość w obyciu, twardość charakteru, ale i gdzieś tam głęboko ukryte miękkie wnętrze. Podkręcone momentami do grani absurdu, co nie musi się wszystkim podobać, ale wydaje mi się, że tutaj sprawdza się lepiej niż dobrze.

Dodatkowo oprócz wspomnianego odkupienia, jego poszukiwania, otrzymujemy też solidny wątek kształtowania się przyjaźni między tymi, którzy przyjaciółmi raczej być nie powinni. Szczególnie, że Sax nie jest typem, którego chcecie zapytać o radę w ważnych dla siebie momentach. Nie chcecie mieć go blisko, chyba że trzeba kogoś zabić. Tymczasem relacja między nim a alicornem zmienia się. Na początku są totalnymi przeciwieństwami, które w swoim towarzystwie wyglądają jeszcze wyraziściej, by w toku historii znaleźć punkt styku. Sama relacja w teorii zmierza w przewidywanym kierunku, ale dzięki wspomnianej chemii i świetnej grze Meloniego byłem gotowy uwierzyć, że jest możliwa. To chyba najlepsza rekomendacja.

Na samym początku napisałem, że dla serialu istotna jest “Adrenalina”. Dlaczego? Bo “Happy!” jest szaloną jazdą po konwencjach. Czymś, co mogłoby być połączeniem “Kto wrobił Królika Rogera” właśnie z wspomnianą “Adrenaliną”. Tylko bardziej. Wydaje się, że scenarzyści, operatorzy, twórcy strojów itd. zażyli coś wspólnie i spotkali się na planie. Tam, gdzie inne seriale zdają się zadawać pytanie, czy coś można zrobić, czy to nie za dużo, “Happy!” zadaje inne pytanie, kiedy. W którym momencie przegiąć, w którym momencie wykręcić znaną konwencję o 180 stopni.

Jestem absolutnie zachwycony tym, co zobaczyłem. Pomysłem na samą opowieść, ale i pomysłami jak ją pokazać widzom. Postaciami, którym daleko od klasycznych wyciętych z kartonu przedstawicieli swoich profesji. Muzyką, która kapitalnie współgra z wydarzeniami na ekranie, a w pewnych momentach generuje zaskoczenie i lekką konsternację – już na samym początku serialu, by później przyatakować świątecznym teledyskiem w stylu lat 80. “Happy!” jawi mi się jako o niego lepsza pozycja od takich popularnych seriali jak choćby “Westworld”. Jest po prostu ciekawszy pod względem konceptu. Powinien też zainteresować sieroty po “Holistycznej agencji detektywistycznej Dirka Gently’ego”. Czekam na drugi sezon, który według zapowiedzi stacji ma powstać. I to jest moi drodzy fantastyczna informacja.

PS. Cały pierwszy sezon serialu “Happy!” jest dostępny na Netflixie.

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed

Logotyp na górze przeniesie Cię na stronę główną. Poniżej znajdziesz konta w serwisach, w których możesz mnie obserwować. Miło mi, że poświęcasz swój cenny czas na obcowanie z tym, co przygotowałem.

More Stories
Tyrion Lannister z "Gry o Tron"
Jeden akapit, a tyle radości