Wszystkie problemy “Iron Fista”

Z “Iron Fistem” nie jest tak źle, jak wielu przekonuje, że jest, ale i nie jest tak dobrze, jak niektórzy by sobie tego życzyli. Pierwsze sześć odcinków przypomina kopaną telenowelę, która bardzo się stara wpisać w kierunek wyznaczony przez poprzednie marvelowskie seriale Netflixa, ale ma jeden główny problem. Nie ma własnej tożsamości. I tak, jak “Daredevil” był mroczny i mocno zahaczony o ulice Nowego Jorku, “Jessica Jones” podobnie, ale ze sznytem noir, a “Luke Cage” eksplorował kino nurtu blackxploitation w absurdalnie komiksowy sposób, co powodowało ataki padaczki u mniej odpornych widzów, tak “Iron Fist” nie ma własnego charakteru. Pożycza go przede wszystkim od “Daredevila”, co brzmi dobrze, ale w relacji z bohaterem, którym jest Danny Rand wypada blado. Bo Iron Fist aż prosił się o to, aby sięgnąć po klasykę kina kopanego. Co dostaliśmy zamiast tego?

Mistycyzm my ass

Danny Rand nie jest Mattem Murdockiem. Jest spadkobiercą wielkiej fortuny, który wraca po swoje w momencie, w którym jego dawni przyjaciele, czyli wesoła rodzinka Meachumów w najlepsze układa sobie życie bez balastu w postaci Randów. Serial Netflixa w interesujący sposób prezentuje nam historię narodzin Iron Fista, która jest dużo ciekawsza od tego, co mają do zaoferowania pozostali członkowie The Defenders. Dlaczego? Bo za postacią Iron Fista stoi jakaś tajemnica. Gdzie tak naprawdę był? Kto go nauczył tego, co potrafi? Skąd czerpie moc? Karty z odpowiedziami odsłaniane są stopniowo, co widzom kompletnie nieznającym postaci Danny’ego powinno się spodobać. Z kolei ci, którzy go już znają zaskoczeni nie będą. Tym samym to właśnie grany przez Finna Jonesa bohater jest najmocniejszym elementem całego serialu. Zresztą nie tylko Jones – krytykowany już od momentu ogłoszenia, że wcieli się w Danny’ego – wypada dobrze. Jest sympatyczny, wybijający się ponad rozterki pozostałej trójki przyszłych partnerów. Danny’ego nie sposób nie lubić, bo jest coś ujmującego w tej swojej dziecięcej nieporadności po powrocie do cywilizacji po wielu latach uznawania go za zmarłego. W tym miejscu powinienem też odnieść się do tego, co stało się zarzutem na zachodzie. Danny Rand może być w zasadzie grany przez każdego z wyłączeniem kogoś, kto ma korzenie w Azji. Choć może to zabrzmieć dziwnie, to wynika po prostu z tego, że clue postaci sprowadza się do zderzenia osoby mocno wrośniętej w zachodnią cywilizację z mistycyzmem Dalekiego Wschodu. Mistycyzmem, o którym będzie dalej.

Co potrafi Iron Fist? Sporo, ale jego znakiem rozpoznawczym jest to, że potrafi wykorzystać swoją energię duchową, aby podnieść swoje fizyczne umiejętności zdecydowanie ponad poziom nawet dobrze wyszkolonego wojownika. Dzięki temu może uderzyć nadludzką energią Shou-Lao i zmienić swoje dłonie oraz całe ciało w żywą broń. A i jeszcze jedno, musiał wymierzyć cios w serce smoka, aby stać się tym, kim jest aktualnie.

Pozostali bohaterowie też się udali. W większości. Meachumowie jako zbiorowy antagonista są po pierwsze niejednoznaczni, a po drugie mają jakiś charakter. Przejawia się on choćby poprzez relacje w jakie wchodzą z otoczeniem, ale i nawzajem ze sobą. I choć można narzekać, że sporo tutaj biznesowych rozgrywek, to z drugiej strony korporacja Rand Corporation jest jednym z bohaterów serialu. To o nią toczy swoją pierwszą walkę główny bohater. Dobrze wypada też Jessica Henwick w roli Colleen Wing. Jej wątek poboczny żyje własnym życiem i jest to życie niezwykle zajmujące. Udanie wpisujące się w narrację bez bycia niepotrzebnym nikomu wypełniaczem. Postacie drugoplanowe dźwigają na swoich barkach sporo, ale na tle poprzednich seriali wypadają zdecydowanie najlepiej. Szczególnie David Wenham, który ładnie balansuje na granicy między postacią, która intryguje i jednocześnie strasznie wkurza.

Danny Rand
Rzadkie zdjęcie Iron Fista walczącego z Geraltem. Tak jakby

Zostawmy postacie i przejdźmy do wspominanego mistycyzmu. Spodziewałem się, że Netflix może mieć problem z wpisaniem Iron Fista w stylistykę, którą narzucił pierwszym “Daredevilem”. Danny z całej czwórki jest najmniej związany z ulicą. Nie jest umęczonym psychicznie herosem, który siada na dachu i duma nad swoją przyszłością, która bez mrugnięcia okiem wbija mu sai pod żebra. Jeżeli można użyć takiego sformułowania to jest on najbardziej “komiksowy”, a jego charakter mocno związany jest z mistycznymi elementami treningu, który odbył w K’un-Lun. Na tej płaszczyźnie pojawia się pierwszy zgrzyt związany z serialem. Mistycyzmu jest tu jak na lekarstwo. Pojawia się, owszem, ale trochę na siłę. Jakby musiał być, bo to część postaci, ale jednocześnie nie pasuje do przyjętej linii programowej. Choć jest szansa, że jestem spaczony przez fakt bycia fanboy’em komiksowego Danny’ego. Teoretycznie skala powinna rozkładać się tak, że Jessica Jones i Luke Cage są mocno “przyziemni”. Matt Murdock i jego religijne rozważania – z których też go odarto – są mostem zawieszonym między nimi a Dannym. Tak wygląda ich relacja, której niestety tutaj nie widać, a cała czwórka na siłę zostaje sprowadzona do jednego poziomu. Tak, jakby Netflix starał się nam pokazać, jak bardzo przyziemni są to herosi, jak są do siebie podobni. No więc Danny nie jest, ale zrzućmy to na karb wizji artystycznej twórców. Bo to niestety nie jest jedyny problem.

Techniczny nokaut

Wiele jestem w stanie wybaczyć, ale jednego nie potrafię. Jeżeli Waszym bohaterem jest Iron Fist, to aż prosi się o to, aby przyłożyć się do scen walk. Zadbać o naprawdę dobrą choreografię, pójść krok dalej niż miało to miejsce w przytaczanym już kilkukrotnie “Daredevilu”. Niestety tak jak bójki z serialu z Mattem ze swoim ulicznym charakterem sprawdzały się znakomicie, tak te z “Iron Fista” po prostu są. Ni ziębią, ni grzeją. Przy czym starych wyjadaczy kina, w którym w ruch idą pięści i nogi, zdecydowanie będą ziębić. Szczególnie, gdy owi wyjadacze w pamięci mają na przykład wyczyny choreografów z dwóch filmów “The Raid”. Co w bójkach przede wszystkim nie gra? To, że nie ma w nich mocy. Bronią się sceny, gdy Iron Fist używa swoich wyjątkowych umiejętności, ale reszta wygląda jak z budżetowego serialu z lat 80.

Również na poziomie narracji pierwsze sześć odcinków wydaje się krokiem wstecz w stosunku do poprzednich produkcji. Wszystko musi mieć swoje tempo. Nie wiem, czy zwracacie na to uwagę, ale tak jak piosenka musi mieć określony przemyślany układ i tempo, tak i serial czy film muszą go mieć. Tutaj jest całkiem udany początek, po którym emocje opadają. Na szczęście i to jest spory promyk nadziei pod koniec ostatnich z udostępnionych epizodów historia zdaje się wracać na właściwe tory. Tym samym istnieje cień szansy, że w kolejnych odcinkach dostaniemy coś zgoła innego. Lepszego, bardziej spójnego i sprawniej poprowadzonego na poziomie skryptu i tempa. Przede wszystkim jest szansa, że historia stanie się spójna i mniej przewidywalna.

To jest szczególnie interesujące, że przy naprawdę dobrze skonstruowanych bohaterach historia zdaje się rozłazić. Stoi w rozkroku między opowieścią fantastyczną, a surowym ulicznym klimatem. Wplatając w to wątki korporacyjne, co dodatkowo rozmywa wspominany już charakter, a raczej wpływa na to, że ten nie może się skrystalizować.

Cios w serce smoka

Na początku napisałem, że “Iron Fist” to serial środka. Tymczasem powyższe zarzuty sugerują, że mamy do czynienia z produkcją słabą. Niewartą uwagi. Nic bardziej mylnego. Weźcie pod uwagę to, że oceniam to, co zobaczyłem w pierwszych odcinkach. Nie wiem, jak potoczy się reszta sezonu. Tym bardziej, że Netflix przyzwyczaił nas już do tego, że fabularnie produkcje z bohaterami Marvela przypominają jazdę po dziurawej drodze. Wpadamy od czasu do czasu w dziury, ale zdarzają się też momenty gładkiego asfaltu. Nadzieję na to, że dalej będzie gładko wlewa końcówka, którą dane było mi zobaczyć przedpremierowo. Jest w tym wszystkim też odrobina tajemnicy, bo przez sześć odcinków nie wiemy, kto tak naprawdę jest przeciwnikiem Danny’ego, co intryguje i mimo wszystko trzyma widza przed ekranem. Plusem jest wiarygodność postaci. Fakt, że obchodzi nas to, co mówią i co robią. Nawet jeżeli nie są to postacie krystalicznie czyste. Tu jest jakiś pomysł, coś na czym można dalej budować i co liczę nie zostanie pogrzebane w drugiej części sezonu.

Iron Fist
Fot. Marvel

Chciałbym też zwrócić uwagę na to, że wszystkie seriale Netflixa skrojone są tak, że nie muszą i nawet nie powinny podobać się każdemu. Dlatego istnieje spora szansa, że wszystko, co napisałem powyżej nie będzie dla Was miało żadnego znaczenia. Wszak komuś mogła się nie podobać “Jessica Jones”, ale pokocha “Iron Fista”. Bo choć faktycznie wszystkie starają się zejść na poziom przeciętnego człowieka, to w rzeczywistości starają się też zaoferować trochę inne doznania. “Iron Fist” powinien być lepszym serialem niż jest. Powinien mieć lepsze sceny walki, spójniejszą fabułę. Powinien wiele, ale pytanie, czy to dla kogoś będzie miało znaczenie? Jeżeli polubicie Danny’ego Randa, to gwarantuję Wam, że będziecie mu kibicować do samego końca i szybko stanie się Waszym ulubionym członkiem The Defenders. Przymkniecie oko na wszystkie niedociągnięcia. Jest tylko jeden warunek. Musicie go obejrzeć sami. Wyciągnąć własne wnioski bez kierowania się tylko tym, co przeczytacie, czy usłyszycie. Ja i inni, którzy narzekają lub chwalą staramy się naprowadzić Was na jakąś ścieżkę. Ostatecznie to od Was zależy, którą z nich wybierzecie. Grunt, aby wybrać świadomie. Do czego gorąco zachęcam.

PS. Jeżeli ktoś chce przeczytać komiksy związane z Iron Fistem, to polecam przede wszystkim run “The Immortal Iron Fist” zapoczątkowany przez Eda Brubakera i Matta Fractiona.