Jak starzeje się gracz

Wczoraj skończyłem pisać trzecią recenzję w ciągu ostatnich kilku tygodni. Dawno tyle nie pisałem w tak krótkim czasie. Na szczęście zlecenia dotyczyły gier, w które chciałem zagrać, więc mówimy o sytuacji przynajmniej w teorii idealnej. Niestety szybko okazuje się, że teoria sobie, a praktyka sobie, czyli zupełnie jak przed każdym meczem Arsenalu. Niby na papierze wszystko się zgadza, ale kiedy przychodzi co do czego, to boisko brutalnie weryfikuje nasze możliwości. Mimo tego, że wyglądam jak zaginiony brat Michaela J. Foxa – chodzi tu o moją wieczną młodość, nieodparty urok osobisty – to czuję się coraz starszy, a co za tym idzie coraz częściej łapie się na tym, że nie potrafię już grać w jakąś grę naprawdę długo. Co ma też swoje dobre strony, ale nie uprzedzajmy faktów.

Cofnijmy się w czasie. Do pryszczatej przeszłości, gdy wszystko było prostsze, rodzice nas wkurzali, a gry wydawały się najlepszym hobby na świecie. Zdarzało mi się grać po sześć, siedem godzin dziennie. Grałem praktycznie we wszystko, co miało swoją premierę na blaszakach. Nie liczę konsol, bo ja byłem w obozie pecetowców, a konsolowcy, to wtedy dla mnie byli pedały – z góry i z dołu przepraszam wszystkich, których to uraziło, ale tak się kiedyś mówiło. Konsolowcy = pedały. Bez szkoły. Oni mówili o nas podobne miłe rzeczy. Tak czy inaczej grałem we wszystko. Jak leci. Czy byłem uzależniony? Nie – choć podobno narkoman zaprzecza – po prostu to lubiłem i sprawiało mi to przyjemność. Znowu skojarzenie z narkotykami. Miałem czas na inne rzeczy, szkołą się nie martwiłem, bo jak się jest zajebistym to po prostu jest się zajebistym. Koniec, kropka.

Tak trwał ten upojny stan do momentu studiów. Nie posiadając w akademiku komputera podstawową rozrywką było piwo i mecze. Rozrywkową mieliśmy ekipę, wypić potrafiliśmy, więc gry zeszły na drugi plan. Jednak ciągle gdzieś tam były. Majaczyły z oddali wzywając mnie do siebie. Ja o nich pamiętałem i przypomniałem sobie na dobre pod koniec studiów. Gdzieś między liceum a studiami pojawiła się też koncepcja zarabiania na pisaniu. Tylko na pisaniu, najlepiej o grach lub o sporcie – na przykład piłce nożnej. Ostatecznie wyszło jednak tak, że Wiktor Cegła, zwany również Swetrem, gdy trafiłem do RAS i pracowałem przy Students.pl zwerbował mnie do Gamezilli. I tam zweryfikowałem pogląd na to, że nie zawsze warto łączyć hobby z pracą. Szczególnie w przypadku gier. Czasem słabych i irytujących, w które nigdy byście nie zagrali, ale zagrać musicie, bo tekst czeka, termin goni.

Mijały kolejne miesiące, rozkładały się kolejne butelki po napojach, a ja dochodziłem do wniosku, że granie dopiero teraz zaczyna sprawiać mi prawdziwą przyjemność. Nie czuję już presji, że muszę zagrać w jakiś tytuł. Jeżeli jest coś, co bardzo mi się podoba to podchodzę do tego spokojnie. Nie mam czasu na to, aby grać we wszystko. Po dniu pracy wolę spędzić czas z córką i żoną. Na PS3 czeka kilkanaście gier, w które chcę zagrać i w zasadzie nie wiem po co opłacam PS+ skoro i tak nie jestem w stanie skończyć większości z nich. Gram w tytuły, które mogę odpalić na pół godziny, góra godzinę i później bez bólu wyłączyć. Tak jak na przykład ostatnio w Hearthstone. Szybka partia, dwie i koniec. Paradoksalnie to mi pasuje, bo kiedy już siadam spokojnie do komputera czy konsoli to z reguły jest już późno, wszyscy śpią, a ja bez stresu czerpię przyjemność z gry. Nigdzie mi się nie śpieszy, mam czas i tak nie uda mi się zagrać we wszystko. Zresztą po co? Jest za to jakieś dodatkowe osiągnięcie po śmierci? Raczej nie. Z “trzydziechą” na karku jestem szczęśliwszym graczem niż byłem kilkanaście lat temu. Z tego powodu nie mogę się doczekać tego, co przyniesie ze sobą przyszłość.

Więcej zdjęć Astanity znajdziecie na Flickrze.