Idziesz sobie spokojnie do kina na horror, a tam Roman Gutek

Dzięki Dawidowi ze Sfilmowanych miałem okazję przeczytać bardzo interesujący tekst na temat nowej fali horrorów. Steve Rose z The Guardian nazywa je post horrorami. Nawiązując tym samym do nomenklatury znanej z branży muzycznej, gdzie przeżyliśmy już post-rocka, post-metal, a nawet post-disco. W kinie przeżywamy coś, co wielu widzów przyjmuje z jękiem zawodu. Idą bowiem do kina na filmy takie jak “Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” czy “To przychodzi po zmroku” i wychodzą zawiedzeni. Oczekiwali horroru. Oczekiwali tych eksplozji dopaminy, które u niektórych występują podczas oglądania przerażających scen. Co dostali? Filmy, w których może i momenty były, ale nie takie jakich oczekiwali. Płacz i zgrzytanie żeber. Najgorsze filmy w historii. Nie ma sensu iść kina.

To z kolei prowadzi nas do pytania, czy to oznacza, że horror się zepsuł? Że gatunek stracił gdzieś swoją tożsamość. Zatracił to, co sprawiało, że tak bardzo lubimy – a może teraz już lepiej napisać lubiliśmy – oglądać opowieści z dreszczykiem? Czy w każdej szafie czyha, wspomniany w recenzji “To przychodzi po zmroku” przez Michała Walkiewicza, Roman Gutek? Nie. No, może nie do końca. Choć w większości zgadzam się z założeniami tekstu z The Guardian, to jednocześnie nie do końca podoba mi się wpychanie horroru w ramki o nazwie “post”. To dużo bardziej złożony problem, ale jak zwykle musimy się przenieść w przeszłość. Chociaż na moment.

Naucza i przestrasza

Wspominana zmiana nie dokonała się i nie dokonuje się w kategoriach całego gatunku. To znaczy sam horror się zmienia, ale jednocześnie jest w nim za dużo podzbiorów, aby nagle uznać, że od teraz horror to jest już tylko post-horror. Zresztą owa zmiana, którą obserwujemy jest przede wszystkim powrotem do tego, co w kulturze jest bardzo dobrze znane. Kiedy rodziła się literatura grozy, a Mary Shelley pisała “Frankensteina”, gatunek służył za narzędzie. Ramy, w których mogłeś jako autor operować, aby opowiedzieć swoją historię. Frankenstein, Dracula, wilkołaki, to nie były tylko potwory, które miały wzbudzać lęk u odbiorców. Shelley pisząc Frankensteina w pewnym sensie opowiedziała nam swoje dzieciństwo. Autorka wychowała się przez większość życia bez matki. Potrzebowała miłości. Wiecznie odrzucona, niezrozumiana, przypominała swoje najsłynniejsze dzieło. Choć tak naprawdę to ono przypominało ją.

Coś za mną chodzi
Fot. Animal Kingdom

Filmy takie jak “Uciekaj” czy “To przychodzi po zmroku” podobnie jak klasyczne opowieści grozy stanowią odbicie lęków, doświadczeń i obserwacji swoich twórców. Ten pierwszy – bliższy mimo wszystko temu, czego mogą oczekiwać przeciętni widzowie po horrorze – to przecież interesujące spojrzenie na problemy rasowe. Czasami groteskowe, ale i pełne napięcia oraz humoru. Drugi film to zapis lęków reżysera. Trey Edward Shults przyznaje, że nie chciał kręcić horroru w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jednocześnie zwracając uwagę na to, co chciał widzom przekazać:

Śmierć to niewiadoma. Nie przewidzimy jej. To zawsze jest przerażające. Jeszcze bardziej przeraża żal. Sposób, w jaki prowadziłeś twoje życie, decyzje, które podjąłeś. To mnie przeraża. – Trey Edward Shults

Takie podejście może nas kierować prosto do rejonów okupowanych przez znienawidzone przez niektórych psychodramy. Jak to ładnie określił jeden z fanów Sfilmowanych w dyskusji ze mną:

Freudowskie elemeledutki, psychodela i asekuranckie sięganie po motyw: “szaleństwo czy rzeczywistość”. – pisownia oryginalna

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że te “freudowskie elemeledudki” obecne są w kulturze od zawsze. Robiąc kilka kolejnych kroków wstecz przekonamy się, że klasyczne baśnie mające walory edukacyjne, ale i terapeutyczne, czerpały pełnymi garściami właśnie z lęków, przekonań, doświadczeń. Jednocześnie dawały podwaliny pod literaturę grozy, bo gdy czytamy opowieści np. o Tomciu Paluchu, to nie możemy nie zauważyć, że nie są to historie dla dzieci. W sięganiu po motyw szaleństwo czy rzeczywistość też nie ma niczego asekuranckiego. Słaby filmowiec wyłoży się nawet na prostym koncepcie. Ten o szaleństwie widzieliśmy w horrorach setki razy. Najbardziej prominentnym przykładem może być “Lśnienie” Stanley’a Kubricka. Film, w którym klimat budowany jest wokół szaleństwa głównego bohatera i powolnego obsuwania się w jego objęcia.

Nowy gatunek?

Tekst, od wspomnienia którego zacząłem wywód, zakłada, że odmieniona przez wszystkie przypadki zmiana powoduje też, że rodzi się nowy gatunek horroru. Następuje wyłom w tradycyjnych tropach, wyjście z ram narzuconych przez gatunek. Przykłady przytaczane przez autora są oczywiście trafne, ale jednocześnie mocno podciągnięte pod postawioną przez niego tezę. Współcześni twórcy starają się celować w “poetykę” filmowców, którzy przed nimi eksplorowali granice horroru. Wspomniany Kubrick czy z naszego podwórka Roman Polański. Ten drugi nie tylko bawił się w psychodramy, ale i bawił się widzem oferując mu jeden z najbardziej przerażających horrorów w historii kina.

Celem filmowego horroru jest wywołanie u widza klimatu grozy, niepokoju lub obrzydzenia i szoku. Głównymi motywami horrorów są zazwyczaj wampiry, demony, duchy, wilkołaki, nawiedzone budynki, kanibale lub zombie. Horror nie musi jednak zawierać elementów nadprzyrodzonych. Fabuła może być oparta na realnym zagrożeniu i strachu, których głównym motywem są zazwyczaj psychopatyczni zabójcy, gwałciciele, epidemia wirusa, groźne zwierzę, pobicia lub koszmarne wspomnienia/wizje głównego bohatera. Elementem, dzięki któremu można rozróżnić taki rodzaj horroru od thrillera, jest poziom przemocy w nim zawarty i liczna obecność scen gore. – Wikipedia

“Dziecko Rosemary” zbudowane jest z wielu warstw, które świetnie się uzupełniają, ale ma też jeden element, który być może nie jest od razu widoczny, ale sprawia, że film zapada widzowi w pamięć. Niektórzy uważają bowiem, że niezbędnym elementem horroru jest motyw nadprzyrodzony. Niesłusznie, bo patrząc na historię gatunku wiemy, że występowanie sił nadprzyrodzonych nie jest wymagane. Polański bawi się tym motywem w ten sposób, że sugeruje widzowi, iż główna bohaterka nosi w sobie antychrysta. Z tym większość widzów zresztą ten film kojarzy. Istotne są jednak dwie rzeczy:

  • Czy Rosemary faktycznie nosi w sobie dziecko szatana?
  • Czy to, co oglądamy dzieje się “naprawdę”, czy może jest efektem szaleństwa głównej bohaterki?

My tego do końca nie wiemy. Sugeruje się nam coś. Naprowadza, ale jednocześnie nie daje poznać całej prawdy. Czy film na tym traci? Absolutnie. Wręcz zyskuje, bo pozostawia widzowi spore pole do własnej interpretacji. Podobnie zrobił Ridley Scott w “Obcym – Ósmym pasażerze Nostromo”. W tej chwili krzykniecie, że przecież tam jest potwór. Widzimy go, jest przerażający. To prawda. Potwór zrodzony dzięki wyobraźni H.R. Gigera jest straszny i piękny zarazem. Jednak to co nas najbardziej w filmie Scotta przeraża to nie potwór. To fakt, że my wiemy, że on tam gdzieś jest. Wiemy, co potrafi, ale nie mamy nad tym kontroli. Skrada się. Jest nieprzewidywalny. To wyczekiwanie i niepewność męczy widza najbardziej. Bo później jest już tylko krew i krzyk.

Dziecko Rosemary
Fot. Fragment plakatu z “Dziecka Rosemary”

Rose sugeruje też, że horrory są mocno podporządkowane zasadom gatunku. Jak widać po kilku przytoczonych przeze mnie przykładach, nie są. Nie są bardziej uwiązane do zasad niż komedia romantyczna czy kryminał. Gatunek – powtórzę się – to ramy. To, co twórca z nimi zrobi zależy od twórcy. Efektem takiego podejścia są wszystkie filmy, z których powstania bardzo się cieszę. Wszystkie wrzucane powoli do worka post-horrorów.

Wszystko wraca

Gatunek ewoluuje. Jednak w tej ewolucji przetwarza motywy już zgrane i bardzo dobrze znane. Ogólne zasady dla gatunku pozwalają twórcom na podchodzenie do tematów w trochę inny sposób. W zależności od wyobraźni tego, który zabiera się za film. Motyw ducha na przykład możesz wykorzystać albo jako pretekst do krwawej jatki, albo jako narzędzie do rozważań na temat przemijania i własnej tożsamości. Zombie albo jako plagę, która jednocześnie jest tłem i przeciwnikiem głównych bohaterów, albo jako metaforę zepsucia współczesnego społeczeństwa.

Kiedy przeczytacie opis filmu “To przychodzi po zmroku”, to być może zapali się Wam czerwona lampka. Taka, która ostrzega, że to jest do czegoś bardzo podobne. W podstawowych założeniach film Shultsa bardzo przypomina dzieło George’a A. Romero. Nagle może się okazać, że “Noc żywych trupów” z 1968 roku jest bezpośrednim protoplastą tej historii. Zresztą w tym filmie też nie chodziło tylko o to, aby pokazać grupę ludzi ukrywających się i walczących z zombie. Tam też kryło się drugie dno.

To przychodzi po zmroku
Fot. A24

To wszystko nie oznacza, że nie będą powstawać firmy takie jak “Zły skręt” czy remake “Martwego zła”, w których najważniejsze jest jak najbrutalniejsze pozbawianie życia kolejnych bohaterów. W każdym dziesięcioleciu w historii kina powstawały filmy inne od tego, co w tym czasie było grane w kinach w ramach gatunku. Aktualnie nie dzieje się w horrorze nic, czego byśmy już w kulturze nie widzieli. Oczywiście kierunek, który obierają coraz częściej twórcy bardzo mnie cieszy. Horrory znowu opowiadają jakąś historię. Starają się pokazać widzowi coś innego niż umęczone ciała nastolatek z campingu.

Co w takim razie ma zrobić widz, który skuszony klimatycznym horrorem dostanie coś, czego się nie spodziewa? Ciężko powiedzieć, bo niestety marketing tych filmów pozostawia często wiele do życzenia. Zwiastuny sugerujące, że dany film to horror, na którym dostaniecie zawału, nie pomagają. Z drugiej strony, jeżeli film jest horrorem, to dlaczego nie reklamować go jak horroru? Bo istotne jest też to, co sami widząc zwiastun sobie dopowiadamy. Może sami dokładamy coś do opisu filmu. Budujemy oczekiwania na bazie wcześniejszych doświadczeń.

Szafy pełne Gutka

Nie w każdej szafie siedzi Roman Gutek, ale w zupełności rozumiem widzów, którzy obecną sytuacją są zaskoczeni. Kochają slashery albo gore. Chcą naprawdę się bać. Nie są gotowi na “Babadooka”. Może nie tyle nie są gotowi, co zwyczajnie nie chcą takiego filmu oglądać. Nie muszą. Dlatego na pocieszenie dla nich informuję, że każdy w gatunku znajdzie coś dla siebie. To się nie zmieni. Miłośnicy metafor i miłośnicy już nie tak metaforycznego pozbawiania kogoś innego życia. Tylko ci drudzy będą musieli uważać wchodząc do ciemnego pomieszczenia. Od jakiegoś czasu nikt tak naprawdę nie wie, co czai się w ciemnej kinowej sali. I to moi drodzy może być największy horror.

Przeczytaj:

Na jakie choroby cierpieli bohaterowie horrorów Dlaczego kochamy horrory?

 

Fot. tytułowa – Andrew Droz Palermo/Sundance Institute

Total
13
Shares
  • Kraju

    O co chodzi z Romanem Gutkiem, bo po tekście Walkiewicza wiele osób używa tego cytatu z recenzji, a ja coraz mniej rozumiem kontekst wplecenia go do opisywanego przez redaktora Filmwebu filmu?

    • Roman Gutek i jego firma uchodzą za propagatorów ambitnego kina, a może inaczej mówiąc kina, któremu daleko do schlebiania gustom fanom No. Transformers. Stąd narracja ze wspomnianej recenzji. Idziesz na Transformers a tam bułgarskie kino burzy i naporu 🙂

      • Kraju

        Czyli szukałem odpowiedzi w dobrych rejonach, tylko jakoś Gutek Film nijak nie kojarzył mi się z horrorami, stąd wątpliwość. Dzięki za wyjaśnienie. 🙂