Widziałem dobry film i Wy też powinniście go zobaczyć

To nie będzie recenzja, a może jednak trochę będzie, bo ja z reguły nie mogę się zdecydować. To będzie potok myśli, które napływają do mojej łepetyny po seansie “Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów”. Jest tego sporo, nie wszystkie składają się w laurki dla braci Russo, ale wszystkie i tak zbiegają się do tego od czego trzeba zacząć, czyli jednego bardzo krótkiego, ale dosadnego zdania:

Patrz WB, patrz Zacku Snyderze. TAK TO SIĘ ROBI!

Przed premierą filmu wiedzieliśmy, że pojawi się dwóch bohaterów ważnych dla MCU, ale którzy wcześniej w filmach się nie przewijali. Chodzi o Spider-Mana i Black Panthera. Można było mieć wątpliwości jak zostaną rozpisani, jak zostaną wciągnięci do uniwersum, ale po seansie tych wątpliwości nie ma. I jest to moim skromnym zdaniem największy prztyczek w nos WB, że można z jednej strony wprowadzić bohatera takiego jak Spider-Man, a jednocześnie zrobić to w taki sposób, że widz nie czuje się zagubiony. Dostał swój czas, miał szansę zaistnieć w świadomości widza i teraz pozostaje czekać na solowy film i resztę popisów w filmach wspólnych. Podobnie Black Panther – ręka do góry, kto z Was tak naprawdę wie, nie czytając komiksów oczywiście, dlaczego ten bohater jest ważny i czemu warto czekać na film – odpowiedź, prawie nikt. A skoro prawie nikt spoza kółka wzajemnej adoracji fanów komiksów nie wie dlaczego on jest ważny, a wiemy, że ma mieć solowy film, to można wykorzystać jego pojawienie się na ekranie do tego, aby te apetyty rozbudzić. I braciom Russo się udało. Rozbudzili, bo zarówno Peter Parker, jak i T’Challa dostali szansę, aby nas zainteresować. Świetny casting to jedno, ale tu zagrało coś jeszcze, oni są rozpisani zgodnie ze swoją komiksową naturą. Tom Holland jest jarającym się wszystkim nastolatkiem, który najbardziej na świecie nie boi się silniejszych od siebie, a swojej cioci. Jest takim Spider-Manem jakiego wymarzyłem sobie od początku jego zabaw na wielkim ekranie. Z kolei Chadwick Boseman nie dość, że na potrzeby filmu wymyślił akcent mieszkańców Wakandy, to jeszcze ma tyle charyzmy, że faktycznie wierzymy w to, że jest królem. Scenarzyści rozumieją charaktery tych postaci, wiedzą co przez lata przyciągało do nich czytelników. Nie starają się robić czegoś wbrew nim, tworzyć nowej jakości. Biorą to, co działało w komiksach.

Spider-Man
Kopalnia one-linerów

Zaczynam trochę od dupy strony, bo tak jak napisałem jest to potok myśli spisywany na gorąco. O samym konflikcie pisać nie za bardzo jest sens, bo choć podstawy są podobne do tego, co w komiksowym Civil War, to tutaj bardziej chodzi o kwestię odpowiedzialności, kontroli, ale i ceny przyjaźni. Zresztą w samym konflikcie między #TeamIronMan i #TeamCap zasadza się największa wada filmu, czyli fakt, że on nie jest do końca wiarygodny. Mianowicie chodzi o to, że nawet, gdy dochodzi do starcia, to dostajemy jasne sygnały, że nikt nie chce się tak naprawdę skrzywdzić. Nie ma tam dramatu całego rozłamu, który z kolei pojawia się, gdy na światło dzienne wypływają pewne fakty, które do reszty mieszają w głowie bohaterom. Dopiero kiedy konflikt schodzi na poziom personalny, dopiero wtedy staje się realny. Odnosi się to też do głównego antagonisty, który zdaje sobie sprawę ze swoich ograniczeń, więc jest bardziej kimś, kto steruje wydarzeniami z tylnego fotela niż faktycznym złym. Ma swoje motywacje, ale całość jest mimo wszystko naciągana i w zasadzie aż żal wykorzystywać tego bohatera do tego, aby tylko pchnąć fabułę dalej. Choć jednocześnie rozumiem Zemo i jego motywacje. To zresztą nie jest film o walce z tym złym, a raczej kolejny film, w którym w centrum stoi Bucky Barnes i tak naprawdę to Zimowy Żołnierz jest lepszą siłą sprawczą dla turlania fabuły do celu.

Jest też jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że Marvel robi to lepiej niż WB. Przy okazji zabawnych potyczek między fanami przeczytałem wiele zarzutów, a jednym z tych rzucanych przez fanów WB jest to, że w filmach Marvela jest tylko śmieszkowanie. Nadal uważam, że jest to zarzut tej samej wagi, co stwierdzenie, że w filmach jest za dużo kolorów – spójrz Zack, można w filmie użyć więcej kolorów niż czerń i biel z nałożonymi filtrami i od tego nie umrzeć, naprawdę. Zmierzam do tego, że można pokazać dramatyczne sceny i napięcie zachowując równowagę. Bez popadania w śmieszność, bo przełożyło się wajchę za mocno w jedną stronę. Obcując z bohaterami filmowego uniwersum DC mam wrażenie, że wszyscy grają na takim ciśnieniu, że za chwilę pękną im czaszki. Nie chodzi tu o rzucanie żartami na lewo i prawo, bo nie każdy bohater jest do tego zdolny, ale tak jak pisałem przy okazji “Batman v Superman” DC też ma swoich Spider-Manów. Ma Olliego, ma Flasha, wystarczy zrobić z nich użytek. I wcale nie mam tu na myśli tego, że mają biegać po ekranie i łapać spadające z nieba noworodki, bo przecież kręcimy tylko takie filmy, w których jak deszcz, to tylko noworodków, a właśnie dać widzowi odetchnąć. Nawet na wojnie jest miejsce na odrobinę wytchnienia, co powie Wam każdy żołnierz, który walczył i który razem z kolegami starał się na chwilę oderwać umysł od okropności, których stał się częścią. To jednak nie jest tekst o grzechach DC.

Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów
Prawie jak Słoneczny Patrol

Dobrze naoliwiona maszyna

Gdybym miał porównać MCU do silnika, to “Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” jest w tej chwili optymalnym jego momentem obrotowym. Czujesz, że prujesz z zawrotną prędkością, ale cały czas masz kontrolę. Silnik się nie przegrzewa, pracuje równo i bez zająknięcia wykonuje wszystkie Twoje polecenia. I tak jak to nie samochód decyduje, jakim kierowcą jesteś, tak to nie postacie decydują o tym, jakim jesteś reżyserem. Bracia Russo z jednej strony mają nosa do realizacji scen akcji – już pierwsza sekwencja to miód na oczy i dowód na to, że bohaterowie tworzą prawdziwą drużynę – a z drugiej wiedzą, jak wykorzystać kapitał, który dostali po pozostałych twórcach. To jest kolejna przewaga MCU, spokojne budowanie świata i prezentacja bohaterów. Przez to oglądając film Marvela czujemy się jak w domu. Z uśmiechem witamy pozostałych członków rodziny.

Jednak postacie, tak jak samochód, to tylko narzędzie. Jeżeli robisz coś wbrew temu narzędziu, to raczej nie skończy się to niczym dobrym – spróbujcie kiedyś pokroić chleb młotkiem na ten przykład. W filmie Russo mam wrażenie, że nic poza tym, co napisałem nie dzieje się wbrew komiksowym korzeniom. Każdy ma odpowiednio dużo czasu antenowego. Motywacje bohaterów są zrozumiałe – ale pamiętajmy, że powinno się patrzeć na nie przez pryzmat wszystkich wydarzeń, a nie tylko tego jednego filmu – relacja między dramatem a humorem jest zachowana. Efekty specjalne dają radę i co ważne jest to kolejny dowód na to, że dobre superhero nie musi wysadzać połowy świata po trwającym 50 minut błysku, w trakcie którego zastanawiamy się, co dzieje się z bohaterami, bo błysk jest tak jasny, że nie widzimy nic oprócz tego błysku, a jak już opadnie kurz, to na scenę wjeżdża Doomsday, cały na biało. No nie na biało, ale wiecie o co mi chodzi.

W końcu daje też do myślenia – mi przynajmniej daje, bo ja jestem popieprzony i rozmyślam nad sensem filmów o superbohaterach – o odpowiedzialności. Na pierwszy rzut oka kwestia wyboru strony nie ma większego znaczenia. Ktoś się zgadza z Kapitanem Ameryką, ktoś z Iron Manem. Rzecz w tym, że odpowiedź nie powinna, nie może być, prosta. Jest taka stara łacińska maksyma:

Quis custodiet custodies?

Chodzi o pytanie, kto strzeże strażników. Bo widzicie, cały konflikt opisany w komiksach nie wziął się z powietrza. Odpowiedzialność, kontrola i możliwości stróżów prawa to temat, który pojawia się w mediach bardzo często. Co zrobić z policjantem, który nadużył swojej władzy i co oznacza nadużycie. Czy i kiedy policjant może użyć broni. To tylko dwa przykłady z brzegu. Odpowiedź na nie nie jest prosta, bo każda strona ma swoje racje i każda posługuje się argumentami, które jesteśmy w stanie zrozumieć. Dlatego zgodnie z myślą starego, dobrego Arystotelesa, prawda leży gdzieś po środku. I tu wkracza polityka, która jest sztuką kompromisów, a jak nie możesz iść na kompromis, to zaczyna się wojna. Choć upraszczam, to tak od zawsze funkcjonuje świat i relacje między ludźmi. I to właśnie relacje między ludźmi są podstawą filmu braci Russo. Nie supermoce, nie ratowanie świata przed termojądrową galaretą z kosmosu. Podstawą są relacje, doświadczenia i wreszcie umiejętność zrozumienia – albo i nie – drugiej strony. Pokazane efektownie, z pazurem, ale i wyczuciem. Dlatego  jeżeli chcecie się dobrze bawić, to idźcie do kina. Tak, co bardziej dociekliwi znajdą tam wiele wad, ale ja czułem się jak w domu i dla mnie “Wojna Bohaterów” to moje prywatne homecoming.

Sprawdź:

[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/batman-v-superman-swit-sprawiedliwosci/”]Batman v Superman – wojna bez znaczenia[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/elseworlds-najlepsze-komiksy-i-historia/”]Magia pozostałych światów, czyli witajcie w Elseworlds[/button]
  • Co tu dużo więcej pisać, to po prostu dobra rozrywka. Rozrywka, która umie i zaserwować znakomity humor, jak i naprawdę chwycić za serce. Ale i tak najważniejsze są postaci – gdyby się tak nie lubiło całej tej bandy film straciłby największą zaletę. A one, i relacje miedzy nimi (choćby Stark i Peter <3!) wyszły znakomicie. Nie mogę doczekać się już następnego odcinka tego serialu <3

    • Właśnie, rozrywka. Słowo klucz. Naprawdę wystarczy pomyśleć o tym, jak powinna wyglądać dobra rozrywka. Marvel to wie i jak na razie wszystko wskazuje na to, że ciągle to oni będą nam dostarczać rozrywki 🙂

  • Ola Ri

    Ja naprawdę byłam zadowolona po seansie i zgadzam się, że nowe postaci zostąły wprowadzone w sposób idealny. Od razu polubiłam Spider-mana i Czarną Panterę. Oczywiście najbardziej zapadła mi scena z lotniska i Ant-man. Do tej pory nie rozumiem, jak ten facet może sobie nie zdawać sprawy z tego, jak jest silny. Przecież od dopiero jest bohaterem… od kiedy? Od max roku (nie wiem, jaki czas minął w uniwersum obu filmów), kiedy inni siedzą już w tym od wielu, wielu lat. I co? Zasadniczo mocno poturbował całą drużynę Iron-mana. Wow! To jest dopiero gościu!
    Nie mogę się doczekać kolejnych filmów!