Karma to dziwka. Nawet w Manili

Sean Ellis, nominowany do Oscara za krótkometrażowy film “Cashback”, wzorem swojego młodszego kolegi po fachu Garetha Evansa postanowił spróbować swoich sił w Azji. Evans upodobał sobie Indonezję, gdzie zrealizował dwie części “The Raid”, a Ellis wybrał się na Filipiny, by nakręcić jeden z najbardziej niedocenionych thrillerów ubiegłego roku.

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma

“Metro Manila” rozpoczyna się jak klasyczny dramat, którego bohaterami jest biedna rodzina z północy Filipin. Próbują się utrzymać z uprawy ryżu, ale ceny skupu z roku na rok są coraz niższe. Zmuszeni przez sytuację finansową przenoszą się do Manili – stolicy Filipin – w poszukiwaniu godniejszego życia. Po drodze do upragnionego szczęścia muszą stawić czoła oszustom, bezrobociu, slumsom i bólowi zęba.

Film Ellisa sprawia wrażenie dramatu obyczajowego, ale ciężar gatunkowy stopniowo przenoszony jest w kierunku thrillera, który może zaskoczyć swoją końcówką. Jest takie stare przysłowie wśród scenarzystów, że najlepsze historie powstają wtedy, gdy bohaterowie są postawieni pod ścianą i zwyczajnie muszą zacząć działać, aby przeżyć. Ci, których obserwujemy w “Metro Manila” znaleźli się pod taką ścianą i każda ich decyzja zbliża widzów do dramatycznego finału. Nie chcę zdradzać niczego z fabuły filmu, więc zwyczajnie powstrzymam się przed opisywaniem tego, gdzie znajdą zatrudnienie Oscar (Jake Macapagal) i Mai (Althea Vega). Skupię się na tym, co mnie w tym filmie urzekło.

Brud, syf i ubóstwo

Uwielbiam filmy, których akcja rozgrywa się w egzotycznych miejscach. USA i Europa niestety mi się już przejadły. Z tego powodu cieszę się na każdą okazję, aby zobaczyć takie miejsca jak fawele w Brazylii czy właśnie slumsy w Manili. W “Metro Manila” te drugie sąsiadują z krzykliwymi neonami znanych, luksusowych marek, które są fragmentem świata będącym dla setek tysięcy ludzi tylko sennym marzeniem. Część z nich stara się to marzenie ziścić bez względu na cenę, jaką będą musieli zapłacić.

Obraz Ellisa najkrócej można opisać jako studium na temat desperacji. Próba odpowiedzi na pytanie do czego zdolny jest każdy z nas w sytuacji, gdy kończą mu się opcje. Oscar i Mai to naiwna para, która wierzy w to, że dobro do nich wróci. Niestety bardzo szybko przekonają się o tym, że karma jest dziwką. Zrealizowany w całości w języku tagalskim film pełen jest obrazów przypominających nam o wcześniejszym zdaniu. Kiedy wydaje się, że szczęście w końcu uśmiechnęło się do naszych bohaterów spada na nich jeszcze większe nieszczęście. To z kolei sprawia, że stopniowo kończą im się dostępne opcje. Wrażenia potęgują świetne, bardzo naturalne, kreacje aktorów, których zobaczycie na ekranie. Na szczególne uznanie zasługuje John Arcilla, który wciela się w znajomego Oscara z pracy. Wszyscy w pewnym momencie filmu zaczynają przypominać bezdomne psy, które walczą o resztki jedzenia. Nie ważne jak wyglądają i czy im to pasuje, zrobią wszystko, aby przeżyć.

Żonglerka kliszami

Często powtarzam, że prawdziwą sztuką jest tak operować kliszami, abyśmy mieli wrażenie, że oglądamy coś nowego. Kręcenie filmów przypomina mi zabawę klockami. Przez lata kolejni twórcy dokupywali nowe zestawy elementów, a teraz mamy już praktycznie wszystkie i tylko od wyobraźni następnych pokoleń zależy, co uda się z tych klocków zbudować. Ellis nie odkrywa w “Metro Manila” prochu na nowo. Operuje zgranymi schematami znanymi z dramatów i thrillerów. Nie dowiecie się o sobie niczego nowego obserwując losy bohaterów. Być może część z was stwierdzi, że i zakończenie tego filmu już gdzieś widzieli. Być może tak będzie.

Jeżeli mimo to postanowicie wybrać się do Manili to gwarantuję Wam, że z każdą kolejną minutą miasto pochłonie Was coraz bardziej. Następnie przeżuje i wypluje. Tak jak rodzinę Ramirez.