Przyszłość z kartonu

Na “Modyfikowany węgiel” czekałem od momentu, gdy pojawiły się informacje o tym, że planowana jest ekranizacja książki Richarda Morgana. Czekałem, czekałem i się doczekałem. I teraz nucę hit O.N.A. “Kiedy powiem sobie dość”. Bo parafrazując słowa piosenki:

Czy warto było czekać tak?

Możecie zacząć nucić, bo to dobry numer jest. Tym bardziej warto, bo poniżej słowo dobry nie będzie się pojawiać przesadnie często.

Zmieniam ciała jak rękawiczki

Wizja Morgana zakłada, że w przyszłości śmierć stanie się tylko drobną niegodnością. Wszystko przez to, że gdy skończycie roczek Wasza świadomość będzie regularnie zapisywana w specjalnym stosie korowym. Tym samym ciało może umrzeć, ale wystarczy przenieść stos do innej “powłoki” i możecie zacząć “nowe” życie. Rzecz w tym, że najpierw musicie mieć środki, które pozwolą Wam opłacić nowe ciało. Nie mówiąc już o klonach tego, do którego się przyzwyczailiście.

Serial, podobnie jak książka, rozpoczyna się od śmierci głównego bohatera. Nie jest to żaden spoiler, bo już w opisach powieści pojawia się o niej informacja. Takeshi Kovacs (w tej roli Joel Kinnaman, który swoją rolą przypomina przystojną wersję Lurcha z “Rodziny Adamsów”) , były Emisariusz, w wolnych chwilach terrorysta, ginie i zostaje skazany na dożywocie w lodzie. Mówiąc krótko jego stos ma się dobrze, ale nie ma ciała. Do czasu. Takeshi dostaje szansę na odzyskanie wolności oraz bardzo sowitą pensję. Jest tylko jeden warunek. Musi rozwikłać zagadkę śmierci Laurensa Bancrofta (James Purefoy). Jednego z najpotężniejszych ludzi w znanym nam wszechświecie. Prawdziwego Matuzalema.

Modyfikowany węgiel
Fot. Netflix

Brzmi ciekawie? Nawet jak nie znacie książki Morgana, to zawiązanie akcji, które oferuje “Modyfikowany węgiel” jest przynajmniej intrygujące. W końcu jak może być inaczej, gdy ktoś roztacza przed Wami wizję dystopijnej przyszłości, na której swoje piętno odcisnął cud nieśmiertelności. Wszystko podlane odpowiednią ilością sosu neo-noir, wizualnie wycyzelowane do granic, na której pozwalał spory – nawet jak na możliwości Netflixa – budżet. Już zwiastuny robiły spore wrażenie. Nieźle zmontowane, prezentujące naprawdę interesującą wizję świata. Przyciągały wzrok. Problem w tym, że w tej całej wizualnej masturbacji zabrakło na odrobinę refleksji, że chyba przydałaby się też sensowna fabuła.

Bez znaczenia

Zacznijmy od tego, że “Modyfikowany węgiel” cierpi na przypadłość, która dopada sporo podobnych produkcji. Podobnych pod względem tego, że fabularnie chciałyby przekazać nam więcej niż przeciętnej jakości akcyjniak. Dotknąć istoty rzeczy. W przypadku świata wykreowanego przez Morgana – który w serialu jest mimo wszystko całkiem spójny – dostajemy nihilizm, którego źródłem paradoksalnie powinno być nasze szczęście. Fakt, że ludzie nie muszą obawiać się tego, co tak bardzo nas przeraża. Nasze ciała mogą przejść najgorsze tortury, a my póki nikt nam nie uszkodzi stosu korowego, możemy kontynuować żywot w innym, być może lepszym, ciele. To sprawia, że świat przyszłości jest przesiąknięty przemocą, ale i rezygnacją. Kryzysem wiary, który toczy społeczeństwo niczym rak.

Modyfikowany węgiel
Fot. Netflix

W pewnym momencie następuje chwila refleksji, czy może śmierć nie jest jednak człowiekowi potrzebna. Nie powinna wrócić na należne jej miejsce w kręgu istnienia. Rzecz w tym, że ta i podobne refleksje zostają sprowadzone do nadętych wtrętów, w które nawet na moment nie sprawiają, że usiądziemy i zaczniemy się zastanawiać nad tym, co robią i mówią bohaterowie. Wspomniane nadęte wtręty przerywane są scenami akcji oraz przelotnym seksem, przemocą lub gdy nie ma ani tego, ani tego, ujęciami “full frontal” lub dialogami między bohaterami, które kręcą się wokół tego samego, ale jednocześnie nie dodają do całej opowieści nic nowego. Dlaczego? Bo kwestia religii ograna w bardzo charakterystyczny sposób w książce – delikatnie mówiąc Morgan nie cackał się z katolikami – tutaj została obudowana jakimś bełkotem o prawdziwej śmierci, wpychając nam do gardeł religijny dydaktyzm prosto ze szkółki niedzielnej.

O ile pierwsze odcinki potrafią zainteresować i jeszcze jako tako trzymają się kupy, to później zaczyna się prawdziwy festiwal niedorzeczności. Wspominając tylko kręcące się wokół tego samego flashbacki, w których przenosimy się często do lasu. Tym samym twórcy serwują nam – z całym szacunkiem dla fanów serii – ich wariację na temat narad wojennych i nauczania wojowników w “Kronikach Shannary”. Jest przygodny seks pod chmurką, jest ckliwa historia o marzycielce, która swoim wynalazkiem spieprzyła przyszłość sobie i nam. Jest rodzinna tragedia. Nawet kilka. W ogóle te ciągłe repetycje wydają się największą bolączką “Modyfikowanego węgla”. Narracja prowadzona jest w zwolnionym tempie i co jakiś czas bohaterowie powtarzają to, co już wiecie. Prawdopodobnie po to, abyście na pewno nie zapomnieli. Pomijam to, że samych bohaterów mamy głęboko w dupie, a ich relacje oraz charaktery zostały wycięte nomen omen z papieru.

Kulminacją jest nagła stylistyczna wolta, która ostatecznie odziera “Modyfikowany węgiel” z kamuflażu neo-noir i serwuje nam historię w stylu zabili go i uciekł. Zrealizowaną według najgorszych standardów kina B. Żeby to jeszcze miało jakiś sens. Tymczasem w pewnym momencie cały ten “misternie” kreowany wizerunek bohatera, samotnego detektywa rodem z powieści Raymonda Chandlera zostaje wrzucony do kosza, a my zmierzamy do wielkiego finału z cyklu coś wybuchnie, ktoś zginie brutalną śmiercią, a my ze swoimi kompanami odjedziemy w kierunku zachodzącego słońca.

Modyfikowany węgiel
Fot. Netflix

Dziękuję, postoję

Jest spora szansa, że nie spodziewaliście się tylu cierpkich słów. W końcu często staram się znaleźć pozytywne strony nawet słabszych produkcji. W “Modyfikowanym węglu” tymi pozytywami jest kreacja świata, który potrafi zrobić wrażenie. Wydaje mi się, że gdyby wyłączyć dźwięk, to ten serial byłby kilka razy lepszy. Niektóre sceny akcji – jak choćby wejście Emisariuszy z samego początku serialu – i zarządzająca hotelem “Raven” sztuczna inteligencja imieniem Poe (Chris Conner) to zdecydowanie najmocniejsze punkty. Tym punktem mogłyby być również postacie kobiece, gdyby nie fakt, że kolejny raz zamiast rozwijać je dalej w kierunku, który nie sprawi, że w pewnym momencie staną się tłem dla głównego bohatera lub obiektem jego uczuć, fabularnym wytrychem, scenarzyści popełniają te same błędy, co wielu przed nimi. O co mi chodzi być może wyjaśni fragment mojego tekstu sprzed kilku lat:

Pierwszym krokiem jest napisanie postaci tak, aby nie była dziwką, zabawką faceta, głupią cizią, ładnym dodatkiem. To jest ta prosta część. Kolejnym krokiem jest to, aby nadać jej znaczenie. Jeżeli na ekranie oglądacie bohaterkę, która ma wszystkie atrybuty silnej żeńskiej postaci, a ostatecznie jej rola sprowadzi się do tego, że pogada z głównym bohaterem i powie mu, że w niego wierzy i że on jest “the only one” to właśnie dostaliście gówno w papierku, a nie kogoś, kto ma znaczenie.

To zjawisko jest obecne w “Modyfikowanym węglu”. Jej ofiarą jest na przykład Kristin Ortega (Martha Higareda). Twarda policjantka z zasadami. Katoliczka. Rzecz w tym, że później na scenę wkracza syndrom Trinity. Jak oglądaliście “Matrixa” to zapewne pamiętacie, że Trinity zostaje tam widzom przedstawiona jako nie mówiąca za wiele kobieta ze skwaszoną miną, która ma swój cel. Jest intrygująca, atrakcyjna, ma swoje zdanie i na pewno jest równoprawnym członkiem całego zespołu. Wraz z rozwojem fabuły dochodzi do odwrócenia ról, czyli fajna babka jest “fajna” do momentu, gdy główny bohater – męski – nie stanie się jeszcze “fajniejszy”. Wtedy sceny z nią i Neo stają się mało strawnym melodramatem, w którym jedyną rolą Trinity jest przypominanie Neo jaki jest wspaniały i że tylko on może uratować tygrysy w Chinach. Choć Kristin wypada trochę lepiej od Trinity.

Po chwili zastanowienia można odnieść wrażenie, że największym problemem nie jest jednak to, co napisałem powyżej. Najbardziej boli fakt, że fantastyczny wyjściowy koncept został tak bardzo spłaszczony, a dodatkowo scenarzyści nie potrafili skupić się na jednym wątku z potrzebną uwagą. Przez to nie wiemy, czy Kovacs rozwiązuje sprawę morderstwa, zbiera drużynę pomagierów z problemami czy może warczy na innych rozpamiętując przeszłość i cierpiąc z powodu utraty tej jedynej, prawdziwej miłości. Wątki poboczne choć interesujące ostatecznie przysypują ten, który powinien być w centrum. Tym samym ani one nie zostają rozwiązane czy odpowiednio potraktowane, ani ten główny nie może dostatecznie wybrzmieć. Tam, gdzie “Blade Runner”, do którego tak wielu oceniających będzie się odnosić powoli daje nam pomyśleć nad istotą rzeczy, tam “Modyfikowany węgiel” świeci nam kobiecymi piersiami nie wiedząc, w którym kierunku artystycznie chce się udać.

Jak żyć?

Nie mam pojęcia. Czytam kolejne recenzje serialu i zastanawiam się, czy na pewno oglądaliśmy tę samą produkcję? Czy “Modyfikowany węgiel” opisywany m.in. jako najlepszy serial Netflixa oraz cudowny cyberpunkowy kryminał faktycznie jest tak dobry, a ja tego nie dostrzegam, czy może pozostali dali się porwać warstwie wizualnej zapominając, że ładny wygląd to nie wszystko.

Być może spróbuję obejrzeć całość jeszcze raz. Może dam mu drugą szansę lub po prostu poczekam na drugi sezon. Wydaje mi się, że dobry showrunner byłby w stanie wycisnąć ze świata przedstawionego więcej, podobnie jak z bohaterów. Bo pomimo tego, że to prawdopodobnie jeden z najbardziej powolnych seriali, jakie ostatnio oglądałem, to udało mu się zbudować fundamenty świata, na którym co wprawniejszy scenarzysta będzie mógł stworzyć coś, co ma więcej sensu. W pierwszym sezonie go nie dostrzegam. Choć musicie mi wierzyć, że bardzo się starałem.

PS. Na koniec zwrócę uwagę na to, że tytuł serialu/książki, choć może się wydawać dziwny czy nawet głupi, to jest całkiem sensowny. Wszak jak pamiętacie z lekcji chemii węgiel stanowi podstawę życia na naszej planecie. Tworząc wszystkie związki organiczne.

Sprawdź:

Dark nie jest jak Stranger Things
Total
77
Shares