“Wojna moja miłość”, czyli filmy wojenne, które warto obejrzeć – Część 2

Dlaczego ten cykl powstał wyjaśniałem przy okazji pierwszej części, więc podobnie jak to miała w zwyczaju Michelle Dubois ja też nie będę się powtarzać. Przynajmniej, co do powodów. Zamiast tego przypomnę jakie pięć filmów pojawiło się w pierwszej odsłonie. Były to:

  • “Idź i patrz” (1985), reż. Elem Klimow
  • “W księżycową jasną noc” (1992), reż. Keith Gordon
  • “Parszywa dwunastka” (1967), reż. Robert Aldrich
  • “Cienka czerwona linia” (1998), reż. Terrence Malick
  • “Eroica” (1957), reż. Andrzej Munk

Myślę, że całkiem niezły zestaw, jak na start. Nim przejdziecie dalej przypominam dwie istotne zasady. Wybór powstał na podstawie mojego gustu i wspomnień. Ważne jest również to, że aby film się w ogóle pojawił uznałem, że najlepiej będzie jeżeli:

  • Akcja filmu będzie się rozgrywać między początkiem XX wieku a czasami nam współczesnymi.
  • Pokazuje jakiś konflikt zbrojny i działania wojenne, a nie jest tylko akcję osadzoną w okresie danego konfliktu. Choć nie oznacza to, że musi pokazać starcia między żołnierzami.

Tyle tytułem wstępu. Ruszamy dalej. Pięć kolejnych filmów wojennych, które powinniście znać. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Most na rzecze Kwai
“Most na rzece Kwai”

“Most na rzece Kwai” (1957), reż. David Lean

Jeden z pierwszych filmów wojennych, jakie obejrzałem w swoim życiu. Nie pamiętam, ile miałem lat, ale na sto procent byłem szkole podstawowej. Choć jeszcze na chleb mówiłem pep i niewiele rozumiałem z tego, dlaczego ten film jest tak ważny dla kinematografii, to jedna rzecz wryła mi się w pamięć na lata. Motyw muzyczny, którym jest uzależniający marsz. Gwizdany przez żołnierzy stał się znakiem rozpoznawczym filmu Davida Leana. Poniżej wersja wykonywana przez Mitch Miller, The Gang and Orchestra:

Jeżeli już nucicie ten utwór, czytając ten tekst, w zupełności Was rozumiem. Wróćmy jednak do samego filmu. To rasowy dramat, z którym wspomniany raźno wykonywany marsz kontrastuje. Ma z czym, bo dzieło Leana opowiada autentyczną historię budowy przez Japończyków linii kolejowej z Tajlandii do granicy birmańskiej. Przy budowie brało udział przeszło 60 tysięcy jeńców, którzy musieli pracować w tragicznych warunkach. Wyobraźcie sobie pracę w dżungli, którą nękają tropikalne burze, a Waszych kolegów błyskawicznie dziesiątkuje malaria, wycieńczenie, a nawet jednostki sprzymierzone, które bombardują pozycje Japończyków. Kończąc tę krótką lekcję historii napiszę tylko, że ostatecznie na każdy z 415 kilometrów toru przypadło 280 grobów, co oznacza, że zmarł co czwarty z alianckich jeńców. Może “Most na rzece Kwai” nie jest zapisem zmagań wszystkich żołnierzy, ale i cywilów, którzy zostali zmuszeni do pracy przy budowie wspomnianej linii kolejowej, ale na pewno jest dziełem, które stanowi świadectwo tych dramatycznych wydarzeń. No i ma fantastyczną obsadą, w której skład wchodzą m.in. William Holden, Alec Guinness i Sessue Hayakawa. Jeżeli dla kogoś miarą jakości są nagrody, to film ma na koncie siedem Oscarów.

Pociąg życia
“Pociąg życia”

“Pociąg życia” (1998), reż. Radu Mihaileanu

Oj dostało się Mihaileanu za ten film, dostało. Podobnie jak Benigniemu. No bo jak to, śmiać się z Holocaustu? Rzecz w tym, że ani Mihaileanu, ani Benigni z Holocaustu się nie śmieją. Korzystając z gatunku jakim jest komedia opowiadają wzruszające historie. Często bardziej działające na wyobraźnię niż film ukazujący brutalność samego starcia na polu walki. Pokazują walkę o życie, o przetrwanie tylko metody mimo wszystko obrali sobie inne. W “Pociągu życia” jest dużo ciepła i humoru. Tam, gdzie Benigni ostatecznie się zatrzymywał i serwował nam moment często bardzo gorzkiej refleksji, tam Mihaileanu wciska pedał gazu do samej deski. Nie każdemu musi to pasować, bo sporo jest w tym filmie absurdów, które mimo wszystko sprawiają, że kłóci się nam to z “ideą” portretowania Holocaustu. Według mnie ten absurd świetnie pasuje do opisywanych wydarzeń. Próbując ogarnąć umysłem skalę krzywd wyrządzonych Żydom w trakcie II wojny światowej można wpaść w histeryczny śmiech, by później zwyczajnie zacząć płakać. Zresztą Mihaileanu to właśnie robi. Najpierw jest wręcz obłąkańczy śmiech, a później dochodzi do nas, co oglądamy. Nagle widzimy śmierć i już nie jest nam do śmiechu. Brutalne, ale niezwykle skuteczne w działaniu na wyobraźnię.

Kanał
“Kanał”

“Kanał” (1956), reż. Andrzej Wajda

Podobnie jak miało to miejsce w przypadku “Mostu na rzece Kwai” film Wajdy obejrzałem pierwszy raz wcześnie. Nie widziałem jeszcze, jak dokładnie przebiegało Powstanie Warszawskie. Tym razem reakcja była taka sama. Niewyjaśniona fascynacja. Obraz wwiercający się w świadomość. Z jednej strony rasowy dramat wojenny, a z drugiej kino mocno egzystencjalne. Powrót po latach do “Kanału” nie pozostawił mi żadnych wątpliwości, że dziełem Polaków jest jeden z najlepszych filmów wojennych w historii kina. Nie tylko kina polskiego, ale kina w ogóle. Nie ma w tym nawet krzty przesady, bo “Kanał” to po prostu klasa światowa. Napisano o nim wszystko, więc ja już nic więcej do tego nie dodam oprócz tego, że po prostu trzeba go znać. Nawet jeżeli ma to być jedyny film wojenny, jaki macie obejrzeć.

Black Hawk Down
“Black Hawk Down”

“Helikopter w ogniu” (2001), reż. Ridley Scott

W filmie Scotta jest w zasadzie wszystko, co buduje obraz kina wojennego, które spodoba się większości widzów. Jest dramat bohaterów, dynamicznie zrealizowane sceny batalistyczne, kapitalne zdjęcia autorstwa Sławomira Idziaka, jest wreszcie brutalność konfliktu zbrojnego w pełnej krasie. Nie jest to może kino zmuszające do refleksji, czy dzieło antywojenne, ale na pewno jest to kino pobudzające emocje. Sprawiające, że nasze ciało w większym stopniu zaczyna pompować do krwi adrenalinę. Scott nakręcił film z nerwem, fantastycznie prowadząc akcję niczym z rozpędu, którego nabrał po premierze “Gladiatora”. “Helikopter w ogniu” nadal świetnie się ogląda, co akurat nie powinno nikogo zaskakiwać.

Grobowiec świetlików
“Grobowiec świetlików”

“Grobowiec świetlików” (1988), reż. Isao Takahata

Na początek ostrzeżenie. Tak jak “Szeregowiec Ryan” czy “Helikopter w ogniu” są efektowne, tak “Grobowiec świetlików” jest smutny. Dołujący wręcz. Nie wiem, czy nie jest to jeden z najbardziej chwytających za serce obrazów wojny, jakie powstały w historii kinematografii. Tu nie ma “wielkiej wojny narodów”, jest za to ta “mała wielka wojna” dwójki ludzie o przetrwanie. Choć Takahata oszczędza nam widoku działań zbrojnych – może poza nalotami – to bez nich groza wojny i tak wylewa się z ekranu w takim stopniu, że nie każdy jest w stanie obejrzeć ten film do końca bez robienia sobie przerw. Świat jest szalony, ale w trakcie wojny zupełnie wariuje i to w “Grobowcu świetlików” widać jak na dłoni. Nie wiem, jak przekazać słowami to, czym jest ten film. Bo, że to arcydzieło, to wszyscy powinni już wiedzieć. Perfekcyjny pod względem technicznym, ale i pod względem narracji. Jedno z najpełniejszych emocjonalnych doznań, jakie może zaoferować kino. Wzór tego, jak powinno się opowiadać dramatyczną historię dwójki bohaterów. Przed seansem radzę przyszykować chusteczki i herbatkę na uspokojenie. Niektórym mogą się bardzo przydać.

Tym samym dobrnęliśmy do końca. Tej części oczywiście. Kolejne w drodze. Już słyszę jak gwiżdżą ten cholerny wspaniały marsz.

Pozostałe części:

Najlepsze filmy wojenne - Część 1
Total
13
Shares