Najlepszy Bond nie istnieje

Kto jest najlepszym Bondem? Connery? Moore, a może Craig? Odpowiedź na to pytanie jest związana z jedną z tych dyskusji, które tak naprawdę nigdy nie skończą się wspólnym consensusem. Problem wynika z tego, że prawie każdy rozmówca przyjmuje swoje kryteria, jaki powinien być Bond. Dlatego tak krytykowany był wybór Craiga, który choć ma aparycję brytyjskiego boksera, to Bondem wcale złym nie jest. Bo nikt nie był złym Bondem. Żaden z aktorów. Złem jest przyjęcie, że Bond musi być taki, jaki ja chcę, aby był. To wspomniane „ja” w poprzednim zdaniu jest kluczowe. To właśnie to „ja” powoduje, że Idris Elba jako Bond sprawia, iż niektórzy dostają migotania przedsionków. Nie spotkałem się z żadną argumentacją, która przekonałaby mnie do tego, że ktoś jest najlepszy. I ja też nie będę nikogo przekonywać do własnych preferencji. Wszystko dlatego, że przez ponad trzy tygodnie po obejrzeniu wszystkich Bondów doszedłem do wniosku, że każdego kocham tak samo mocno. Każdy był Bondem, każdy był w pewnym sensie sobą. Każdy był elementem większej całości.

Goldfinger
Sean Connery w “Goldfingerze”/Kadr z filmu

Pozdrowienia ze Szkocji

Bond nie narodził się tylko dlatego, że Ian Fleming w kolejnym alkoholowym widzie stwierdził, że stworzy bohatera, który jest najlepszym agentem jakiego nosiła ta ziemia. 007 jest czymś więcej, a mianowicie jest balsamem na skołatane po II wojnie światowej nerwy najbardziej rozrywkowego narodu świata. Choć Wielka Brytania była po stronie zwycięzców, to koszmar wojny odcisnął swoje piętno na całym pokoleniu. I tak jak Superman powstał ku pokrzepieniu serc, tak Ian Fleming dał światu Bonda, Jamesa Bonda. Fleming miał nosa, bo szybko okazało się, że postać agenta o najnudniejszym nazwisku na świecie była tym czego potrzebowali Brytyjczycy. Pierwsza powieść, „Casino Royale”, pojawiła się w 1953 roku i potrzebowała zaledwie miesiąca, aby sprzedać się w całości. Od tej pory przez kolejne lata miało to być normą. Wielka Brytania dostała swojego superbohatera.

Popularność postaci błyskawicznie zwróciła uwagę ludzi kina, ale nim doszło do tego, że Bond zyskał twarz Seana Connery’ego w księgarniach miało się pojawić łącznie dziesięć powieści. Czemu tak późno? Wynikało to z tego, że nie wszyscy uważali książki Fleminga za warte ekranizowania. Kiedy w latach 50. XX wieku Albert R. Broccoli – pieszczotliwie nazywany Cubbym – spróbował pierwszy raz zabezpieczyć prawa do postaci i tym samym ekranizacji stracił swoją szansę przez raka i kolegę. To pierwsze to smutna okoliczność, bo z powodu choroby swojej żony nie mógł pojawić się na spotkaniu z Flemingiem. To drugie to efekt jego absencji, który doprowadził do tego, że Irving Allen, wspólnik Cubby’ego, powiedział na rzeczonym spotkaniu z pisarzem coś takiego:

Według mnie te książki nie nadają się nawet do telewizji.

Ja bym się wkurzył. Pisarz po tych słowach faktycznie nie był zadowolony i Broccoli uznał, iż stracił swoją szansę. Los uśmiechnął się do niego na początku lat 60. Wtedy John Fitzgerald Kennedy powiedział, iż „Pozdrowienia z Rosji” to jedna z jego ulubionych książek. Tym samym jeszcze mocniej zwrócił uwagę Amerykanów na fakt istnienia Jamesa Bonda i dał zielone światło kolejnemu podejściu do projektu „007 na wielkim ekranie”. Broccoli pod rękę z Allenem i kanadyjskim producentem Harrym Saltzmanem w końcu zabezpieczył prawa do ekranizacji. Można było zacząć kręcić. Co się stało dalej wiecie, bo rok później do kin trafił „Dr. No” i ruszyła maszyna, która od tamtej pory działa i zarabia dla swoich twórców coraz większe pieniądze. Narodził się bohater kultowy, który w całej swojej kultowości może być dla niej wzorcem. Przy okazji jest też papierkiem lakmusowym prezentującym nastroje polityczne panujące na świecie. Bond związał się z naszą historią bardziej niż niektórym się wydaje.

George Lazenby w roli 007
George Lazenby jako Bond/Fot. Oficjalna strona 007

Licencja na zgorszenie

Jedną z cech charakterystycznych naszego bohatera jest jego wyjątkowa seksualność. Umiejętność roztapiania kobiet samym tylko spojrzeniem. Jednak to, co oglądacie na ekranie nijak ma się do tego, co wyczyniał Bond w swoich książkach. Fleming nie miał oporów przed tym, aby prezentować kolejne miłosne podboje agenta i choć siał tym samym zgorszenie to przy okazji sprawiał, że Bond wyrastał na ideał mężczyzny. Trochę bezczelny drań, który uroku osobistego ma tyle, że mógłby obdarować nim pułk wojska. Działał na kobiety i to właśnie kobiety miały zdecydować o tym, że Sean Connery dostał rolę. Szkocki aktor powinien podziękować – o ile tego nie zrobił – żonie jednego z producentów „Dr. No” i partnerce Fleminga, które stwierdziły, że to właśnie ten nikomu nieznany aktor powinien zostać 007. Mężczyźni nie byli przekonani. Fleming wyrażał wręcz sprzeciw, ale gdy zobaczył wyczyny tego łysiejącego już, w chwili kręcenia, byłego kulturysty zmienił zdanie. Na tyle, że skorygował nieco historię swojego bohatera i uczynił go w połowie Szkotem. Oprócz tego kim był Bond stało się bardzo ważne z kim Bond walczy.

Z początku filmy z serii, tak jak książki, opowiadają o starciach z agentami powiązanymi z sowieckim wywiadem czy pozostałościami po III Rzeszy. Skoro Bond miał pokrzepiać serca, to wiadomym było to, że powinien być mocno zaczepiony w aktualnej historii naszego globu. Fleming zdawał sobie sprawę, że Zimna Wojna wcale nie musi potrwać tak długo jak niektórym się wydaje i stąd dochodzi do pojawienia się organizacji SPECTRE, która powstała z prozaicznego powodu. Fleming uznał, że gdy „Operacja Piorun”, w której SPECTRE pojawia się pierwszy raz, wejdzie do kin nikogo nie będą interesować ci paskudni komuniści, więc potrzebował organizacji o bardziej ponadczasowym charakterze. Stwierdził to już na etapie książki, którą opublikował w 1961 roku, ale z myślą o filmie, o którym wiedział z planów jego producentów.

Aston Martin DB5
Aston Martin DB5/Fot. Skyfall

Od tej pory filmy z Bondem jeszcze mocniej odzwierciedlają przemiany jaki zachodzą na świecie. Pojawiają się motywy rywalizacji w kosmosie – książkowy „Moonraker” wcale nie opowiadał o bitwach w przestrzeni kosmicznej – walce z handlarzami narkotyków czy cyberterroryzmie. Budowały też mit agenta oraz obdarzały go kolejnymi cechami charakterystycznymi, które przylegały do niego na długie lata. Świetnie podsumował to Guy Hamilton – reżyser „Goldfingera” – który przypomniał, co mówili Broccoli i Saltzman:

Nie bierz pociągu, gdy możesz wziąć samolot. Jeżeli bierzesz samolot, to weź ten najnowszy na lotnisku. Jeżeli dasz Bondowi samochód, to nie dawaj mu takiego, który wszyscy znają, daj mu ten, którego jeszcze nie ma.

Bond stał się nie tylko wojownikiem, który popija martini i pierze komunistów po tyłkach, ale i trendsetterem. Z tego też powodu we wspomnianym „Goldfingerze” samochodem, którym się porusza, nie jest Aston Martin DBIII znany z książki, a najnowszy DB5. Co ciekawe to właśnie w tym filmie pojawia się też prywatny samolot Aurica. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nikt wtedy nie myślał o tym, aby bogacze latali prywatnymi samolotami. To miało dopiero nadejść.

Żyj i pozwól być Bondem

Miłość do Seana Connery’ego można przyrównać do tego samego uczucia, którym darzony jest Arnold Schwarzenegger. Chodzi o to, że obaj aktorzy osiągnęli ten sam status grając dokładnie to samo w kolejnych filmach. Connery po tym, jak zrezygnował z roli Jamesa Bonda odgrywał go w wielu kolejnych filmach. Choć bardziej sprawiedliwe będzie napisać, że on nie był Bondem, on był po prostu sobą. Później powtórzył swoją rolę życia jeszcze wiele razy. Stąd gigantycznym problemem okazało się znalezienie następcy. Broccoli znowu miał szczęście, bo ten pojawił się sam. George Lazenby. Jedyny aktor, który zagrał Jamesa raz. Jego historia jest interesująca i zasługuje na osobny tekst. W skrócie napiszę tylko, że nie rozumiem krytyki, która spływa zarówno na niego, jak i na film „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”. Być może jest to wynik szoku jaki przeżyli widzowie oraz sympatii jaką darzony jest Connery. Tak czy inaczej jest to jeden z najlepszych Bondów w historii. Ze świetnym finałem. Wbrew temu, co myślą niektórzy to nie producenci zrezygnowali z Lazenby’ego. To aktor zrezygnował z licencji na zabijanie.

Lazenby odurzył się raz jeszcze, tym razem w świecie idei kompletnie opozycyjnej do tej, na bazie której swoją dotychczasową pozycję zbudował James Bond – idei wojny, starcia, spisków, a często również seksizmu i szowinizmu. Dokończył zdjęcia, ale na premierze pojawił się już z brodą i długimi włosami sygnalizując przynależność do ruchów pacyfistycznych i anarchistycznych, co oczywiście wywołało falę krytyki. Lazenby, jak wspomina, szczerze wierzył, że nowy wspaniały świat ma dość wojen i przemocy, zatem kontynuowanie serii jako tajny szpieg z licencją na zabijanie mija się z celem i światopoglądem, który wyznawał. – Tymoteusz Łaszcz, „W tajnej służbie Jej Zdradzieckiej Mości”

 

To w końcu jest też film, z którym wiąże się najwięcej teorii na temat tego, jak mogła potoczyć się historia serii. Fani zastanawiali się, jak do tej bądź co bądź mrocznej opowieści pasowałby Connery. Co by było, gdyby Lazenby jednak został na kolejne filmy itd., itd. Connery ostatecznie wrócił dla pieniędzy, ale jasne stało się to, że potrzebny jest nowy aktor. I tak pojawił się on. Jak to ujął Łukasz Stelmach (ichabod.pl) człowiek o wyglądzie prowadzącego lotto. Coś w tym jest. Roger Moore, który tak naprawdę w Bondzie powtórzył to, co zaprezentował w serialu „Święty”, został symbolem kolejnej przemiany. Filmy z jego udziałem to okres szalonych lat 70. Świetnie odnalazł się w zmienionej nieco formule filmów, które momentami stawały się niezwykle absurdalne. Po największym napięciu w relacjach USA-ZSRR zostało na razie mgliste wspomnienie.

Roger Moore jako Bond
Roger Moore/Fot. 007.com

 

Z tego powodu „Szpieg, który mnie kochał” świetnie koresponduje z odprężeniem jakie zapanowało w stosunkach tych dwóch mocarstw w latach 70., co przejawia się w ucieczce w świat iluzji. To z kolei pozwoliło na pojawienie się pięknej agentki KGB, która nie stara się wyrwać Bondowi serca oraz superzłoczyńcy, który ma szalony plan stworzenia nowej cywilizacji. Zresztą producenci świetnie wyczuwali, jaki film z Bondem powinien się „sprzedać”. Tak jak tu grali na strunie powszechnego spokoju – albo jego iluzji – tak trzy lata wcześniej dyskontowali sukces kina kopanego w filmie „Człowiek ze złotym pistoletem”. Później Bond poleciał w kosmos, bo właśnie ta granica wydawała się najbardziej atrakcyjna do przekroczenia. Choć Bondy z Moorem są kiczowate, a humor często slapstickowy, to właśnie Moore został aktorem, który z rolą agenta związał się na ponad dekadę. Niestety to co stało się przyczyną sukcesu przerodziło się w problem, bo produkcje z Moorem zaczęły parodiować same siebie. To musiało się zmienić.

W obliczu amerykanizacji

Ostatni film z Moorem pojawił się w 1985 roku. W „Zabójczym widoku” aktor ma już 58 lat i niestety to na ekranie widać. Pewne stało się to, że to jego ostatni raz, więc kolejny raz należy znaleźć następcę. Szansę dostał Timothy Dalton i jest to okres ciekawy, bo związany z kontrowersjami. Agent Jej Królewskiej Mości otrzymał chłód bijący z twarzy Daltona. Kamp odszedł w niepamięć, a jego miejsce zajął twardy facet, który napędzany zemstą staje się maszyną do zabijania. Filmy „W obliczu śmierci” i „Licencja na zabijanie” – szczególnie ten film – sprawiły, iż od Bonda odwróciło się wielu fanów serii. Głównie przez to, że do bólu wręcz brytyjski bohater nagle stał się mocno amerykański. Wspomniana „Licencja na zabijanie” to prawdopodobnie film, który ma w sobie najmniej z Bonda. Bliżej mu do kina akcji przełomu lat 80. i 90., gdzie brutalny handlarz narkotyków straszył na każdym rogu ulicy. To też jeden z moich ulubionych rozdziałów w historii tej postaci, bo po prostu podoba mi się to, co zrobił z Bondem Dalton. To samo, co teraz w czterech filmach robi z nim Daniel Craig. Choć jest to ciągle ktoś na pograniczu superbohatera, to bliżej mu w tych dwóch wcieleniach do zwykłego człowieka. Zarzucano mu jednak utratę uroku, tego elementu, który sprawiał, że Bond choć zabiał, to nie przykładaliśmy do tego tak wielkiej wagi, bo przecież on ciągle jest zabójczo wręcz czarujący.

Timothy Dalton
Timothy Dalton/Fot. 007.com

Czar miał przywrócić Pierce Brosnan i faktycznie mu się to udało choć zadanie miał bardzo trudne. „GoldenEye” jest świetne nie tylko z tego powodu, że to udany film akcji, ale też z tego powodu, że sprytnie radzi sobie z Zimną Wojną i walką z nowym wrogiem jakim stają się terroryści. Tym samym rozpoczyna się nowa era, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. James nadal pije to samo, nadal ma do dyspozycji gadżety, a dodatkowo nadal jego działalność wpasowuje się w to, co dzieje się na świecie. Rupert Murdoch działa na wyobraźnię ludzi? Niech wrogiem Bonda będzie medialny magnat z szalonym planem. Dorzućcie do tego terrorystów, byłych agentów i rąbniętych wojskowych, a dostaniecie Bondy z Brosnanem w pigułce. Momentami dość gorzkiej, ale ciągle potrafiącej dostarczyć sporej ilości zabawy. Z mojej perspektywy „Śmierć nadejdzie jutro” jest świetnym przykładem na to, że twórcy mieli patent na poprawę jakości już w erze Brosnana. Mieli, ale w ostatnim momencie się zagubili. Początek jest bardzo obiecujący, Bond zostaje schwytany, jest ciekawie. Niestety później dochodzi do coraz bardziej idiotycznych sytuacji, które zmierzają do jeszcze głupszego finału. To chyba wtedy, gdy Rosamund Pike umierała, widzowie i twórcy wiedzieli, że coś umarło razem z nią.

Śmierć, która tak dobrze wpisała się w etos Bonda stała się znakiem rozpoznawczym kolejnego aktora, którego casting wywołał oburzenie. Że blondyn, że brzydki, że nie ma uroku, że za niski, że za wysoki, że za gruby, że nos za duży. Jednak czego byście nie powiedzieli o Danielu Craigu, to okazał się idealnym aktorem do tego, aby „zresetować” całą serię. Nawet pomijając momentalną absurdalność „Casino Royale” – pamiętajmy, że mocno bazuje na książce, która chronologicznie jest też pierwszą książką o Bondzie – jest to film jakiego oczekiwano. Sprawnie balansował na granicy thrillera, ale jednocześnie ciągle był, a w zasadzie jest, Bondem. Znowu świetnie nawiązującym do rzeczywistości, w której jednym z wrogów numer jeden są finansiści operujący ogromnymi kwotami pieniędzy. Amerykanizacja znowu dała o sobie znać w „Quantum of Solace” – które mimo wszystko zyskuje, gdy obejrzy się je zaraz po „Kasynie” – dlatego fani odetchnęli z ulgą przy okazji „Skyfall”. Craig może i jest już zmęczony swoją rolą, ale przy okazji jest Bondem na miarę naszych czasów. Gościem, który wziął na swoje barki rolę, w której więcej osób wolałoby zobaczyć Pee Wee Hermana niż jego.

Brosnan jako Bond
Pierce Brosnan jako Bond/Fot. 007.com

Kto jest najlepszy?

Nikt. Przynajmniej nikt z obiektywnego punktu widzenia. Bond jako seria mocno uzależniona od realiów zakłada kalkulację. Każdy aktor był taką kalkulacją zysków i strat. Choć mam swoich faworytów na przyszłość, to ostatecznie aktor staje się dla mnie sprawą drugorzędną. Bardziej interesuje mnie to, co można dodać do mitu Bonda oraz czy filmy, które powstaną będą dobre. Tylko tyle i aż tyle. Bond to coś więcej niż aktor. W tej chwili to ikona, która jest większa niż jej odtwórca. Wszyscy byli dobrzy, bo wszyscy odpowiadali potrzebom chwili. I tego bym się trzymał.

  • Tyburcjusz Tyburcjusz

    Pomylić pierwszy film z Moorem z ostatnim Brosnana … facepalm

    • Poprawione. Mam nadzieję, że to wyleczy tajemnicze schorzenie o nazwie facepalm. Przynajmniej tyle mogę zrobić.