Chcę zostać prezydentem Kolumbii

Przeczytałem, że Netflix to nowe HBO. Mocne słowa, bo do HBO jeszcze im sporo brakuje. Choć są na dobrej drodze i od czasu do czasu wypuszczają serial, obok którego nie można przejść obojętnie. Takim serialem jest „Narcos”, które opowiada historię najsłynniejszego barona narkotykowego w historii, Pablo Escobara. Człowieka, który miał marzenie i w przeciwieństwie do nas miał wszystkie środki, aby to marzenie zrealizować. Co z tego, że za pieniądze z handlu narkotykami. W końcu pieniądze nie śmierdzą.

Pablo Emilio Escobar Gaviria

Jest w pierwszym odcinku „Narcos” scena, w której transport ciężarówek zostaje zatrzymany przez specjalny oddział do walki z przestępczością. To w tej scenie poznajemy przyszłego cesarza kokainy, który zachowując spokój przedstawia się funkcjonariuszom i nam, widzom, dając do zrozumienia, że Pablo Escobar po pierwsze, nie opieprza się w tańcu, a po drugie, wie wszystko i jest świetnie przygotowany. To ważne, bo Escobar był postacią na swój sposób nietuzinkową. Wszyscy – a może bezpieczniej będzie, jak napiszę większość – piszących na temat serialu skupia się na samym serialu i tym, co tam można zobaczyć. To logiczne, ale cholera, przecież Escobar to legenda i na pewno zrobił coś o czym warto przy okazji „Narcos” wspomnieć.

Najpotężniejszy, najbogatszy i najbardziej bezwzględny i brutalny przestępca XX w., Pablo Escobar, był największym kolumbijskim baronem narkotykowym, szefem i mózgiem wielkiego międzynarodowego kartelu kokainowego. Zbił fortunę liczoną w miliardach dolarów; ponosił odpowiedzialność za porwania i zabójstwa setek osób. Zachowując się niczym mafijny „ojciec chrzestny” i sam stanowiąc dla siebie prawo, Escobar ze swym narkotykowym imperium był przez wiele lat wielkim zagrożeniem dla integralności państwa kolumbijskiego. – Simon Sebag Montefiore, „Potwory. Historia zbrodni i okrucieństwa”, tłum. Jerzy Korpanty, s. 310.

Zacznijmy od tego, że Pablo był świetnym biznesmenem. Czuł rynek. Wiedział, co zrobić, aby zarobić kilka razy więcej i co mu w tych zarobkach przeszkadza. Teoretycznie nie ma w tym nic specjalnego, ale gdyby to było takie proste, to każdy z Was miałby już dobrze prosperujący biznes. Bez względu na to, czy jest on legalny, czy nie. Dobrze to oczywiście zbyt mało, aby być jak Escobar. Jego poziom jest w zasadzie nie do osiągnięcia, co być może uzmysłowią Wam liczby:

  • Jego majątek wyceniano na 25 miliardów dolarów. Co z miejsca zwróciło uwagę magazynu „Forbes”. W 1989 roku narkotykowy baron wylądował na siódmym miejscu w rankingu najbogatszych ludzi świata. W samym serialu – konkretnie już w drugim odcinku – można trafić na nawiązanie do tego słynnego rankingu.
  • Na same gumki do wiązania pieniędzy wydawano 2,500 dolarów miesięcznie.
  • Kartel miał olbrzymie problemy z nadmiarem gotówki. Zapytacie, co w tym złego, bo przecież od przybytku głowa nie boli. Niby nie, ale co innego, gdy pieniądze zarobiliście legalnie, a co innego, gdy handlujecie białą śmiercią. Do banku jej nie schowacie, wydać nie wydacie, więc co robić? Trzeba ją schować. I Escobar tak właśnie robił. Problem w tym, że z reguły były to kryjówki w ziemi, zwykłe dziury, rozsiane gdzieś po kolumbijskiej dżungli. Tym samym wystawiono pieniądze na działanie sił natury i narażano na to, że zainteresują się nimi szczury, które według wyliczeń zjadały około 2 miliardów dolarów rocznie. Szaleństwo.
  • Jak szybko zarabiał pieniądze? W szczytowym momencie zyski osiągały 60 milionów dolarów. Dziennie.

Oprócz tego, co kartel zarabiał były jeszcze pieniądze, które płacił. A miał komu, bo opłacał każdego, kto był do kupienia. Od polityków, przez policję, na zwykłych obywatelach kończąc. W tym ostatnim wypadku miało to sens dlatego, że takie rozdawanie pieniędzy pozwalało „kupić” lojalność masy, a to w pewnych sytuacjach potrafi życie uratować. Escobar był honorowy, na swój sposób oczywiście, a do tego nie był przerażony wizją śmierci. Wiedział przecież w jakim środowisku się obraca i czym to grozi. Wiedział też, że w sytuacji, gdy nie będzie miał wyjścia sam odbierze sobie życie. Strzałem w głowę powyżej ucha. Co ciekawe tak właśnie zginął. Podczas strzelaniny z policją kula trafiła go w to miejsce, w które sam chciał strzelić. Przeznaczenie, choć można się spotkać z opiniami, że to nie snajper, ale właśnie sam Pablo odebrał sobie życie.

Narcos - screen
Wagner Moura jako Pablo Escobar Photo credit: Daniel Daza/Netflix

Choć miał wiele kobiet, to nie można nie nazwać go człowiekiem rodzinnym. W końcu rodzina jest w Ameryce Południowej niezwykle ważna. W przeciwieństwie do Tony’ego Soprano, Escobar mógłby startować w zawodach dla najlepszego ojca. Potwierdza to jego syn Juan Pablo Escobar Henao. Chłopiec bardzo dobrze wiedział, czym zajmuje się jego ojciec. Nie to jednak było najważniejsze.

Mój ojciec dbał, by jego dzieci były szczęśliwe. Nie tylko dzięki wspaniałym prezentom, ale też za sprawą miłości i czułości, jakich zaznawaliśmy od niego przez całe życie. Jego największą zaletą jest miłość do rodziny. Ale najgorszą wadą była skłonność do przemocy poza domem. Nie próbuję go wybielać. Chcę tylko opowiedzieć prawdziwe historie… Zdaję sobie sprawę z przemocy, która była udziałem mojego ojca.

Tak Juan mówił w wywiadzie dla „The Sunday Times” po premierze książki „Mi Padre”, którą napisał na temat swojego słynnego ojca. Słynnego nie tylko z powodu pieniędzy, ale i z powodu okrucieństwa. Escobar rozsmakował się w przemocy, a śmierć była wiadomością dla jego wrogów. Choć próbował roztaczać wokół siebie aurę bohatera czy wręcz mesjasza Kolumbii, to wszyscy wiedzieli, co kryje się za tą fasadą. Po śmierci bossa część członków rodziny stara się odpokutować za jego grzechy. Na przykład jego siostra, Luz Maria, odwiedza groby tych, których dosięgnęły kule kartelu. Przeprasza w imieniu brata.

Realizm magiczny

„Narcos” ma w sobie coś z twórczości pisarzy takich jak Gabriel García Márquez czy Jorge Luis Borges. Sposób w jaki snuta jest opowieść i przedstawiane są wydarzenia sugeruje, że to nie mogło się wydarzyć naprawdę. Fakt narodzin państwa w państwie, które przynosi zyski rzędu kilkudziesięciu milionów dolarów dziennie wydaje się oderwany od rzeczywistości. Sam serial przesiąknięty jest pierwotnym romantyzmem. Kiedy trzeba jest brutalny i brudny. W innych sytuacjach bywa zabawny i ma w sobie coś z baśni. Takiej, którą przerywa strzał w potylicę. W kreowaniu specyficznego klimatu i kolejnym związkiem z realizmem magicznym jest fakt, że materiał źródłowy i jego główny bohater ma już status legendy. Historii na temat Escobara i tego, co wyprawiał jego kartel, jest pewnie tak dużo, jak opowiadających.

Narcos - serial
W szczytowym momencie przemycano do USA 15 ton kokainy dziennie. Oczywiście od Pablo/Fot. Netflix

Przeglądając sieć trafiam na głosy zachwytu. Że wybitny, że kapitalny, że w ogóle niesamowity. I taki momentami jest, ale jako całość „Narcos” na pewno serialem wybitnym nie jest. Być może nie musi, bo twórcy sprawnie opowiadają nam interesującą historię. Widzicie, gdy patrzę na serial gangsterski, to siłą rzeczy przykładam do niego jedyny papierek lakmusowy, który jest dla mnie wyznacznikiem jakości, czyli „Rodzinę Soprano”. Wiem, że nie zawsze to porównanie jest sprawiedliwe, ale dla mnie serial HBO miał coś, co zawsze można porównywać. Bohaterów. Tony Tonym, ale oprócz niego mieliśmy całą plejadę charakterystycznych postaci. Bez nich sam Tony nie udźwignąłby ciężaru produkcji. „Rodziny” nie oglądało się tylko dla Tony’ego. Oglądało się ją dla pozostałych członków organizacji, bo byli ciekawi. Charakterystyczni. „Narcos” ma grającego Escobara Wagnera Mourę, który bardzo dobrze zna się z reżyserem José Padilhą. W końcu razem zrealizowali bardzo dobrych „Elitarnych”. Są w końcu bohaterowie grani przez Boyda Holbrooka i Pedro Pascala, a później jest długo, długo nic, bo większość postaci jest po prostu przeciętna. Znowu powstaje pytanie, czy oni muszą być na siłę interesujący skoro i tak wszyscy wiemy, że chcemy oglądać na ekranie Escobara i to, jak kieruje swoim imperium. Mogą być przecież ładnym, funkcjonalnym, tłem. I tak według mnie właśnie jest. Na początku byłem zaintrygowany, ale z biegiem czasu łapałem się na tym, że to Escobar jest tutaj gwiazdą, a reszta schodzi na drugi, trzeci plan.

Byłem zaskoczony, że ktoś chce oglądać serial na temat spraw, które mają ponad dwadzieścia lat, a ich główny bohater nie żyje. – Stephen Murphy

To co w takim razie decyduje o tym, że „Narcos” tak mocno działa na emocje widzów? Po pierwsze, umiejętne wplatanie elementów dokumentalnych. Czy to pod postacią archiwalnych nagrań, czy sposobem realizacji, która czasami przypomina dokument. To z kolei prowadzi do drugiego powodu. Jest realistyczny. Choć Padilha zrealizował jako reżyser dwa odcinki, to można już jako producent musiał mieć sporo do powiedzenia, bo oglądając mam wrażenie, jakby kręcił serialową wersję „Elitarnych”. W końcu „Narcos” fascynuje, bo paradoksalnie daje nam odetchnąć od stereotypowych historii na temat handlu narkotykami. Niezwykłość tego, co robił Escobar sprawia, że oglądamy z zapartym tchem i śledzimy kolejne posunięcia zarówno przestępców jak i wymiaru sprawiedliwości. Świat przedstawiony jest szczegółowy, namalowany z dbałością o detale, a w jednym odcinku potrafi wydarzyć się więcej istotnych rzeczy niż w wielu konkurencyjnych serialach. Pomaga w tym na pewno fakt, że jako konsultanci pracowali przy nim Steve Murphy i Javier Pena. Dwóch emerytowanych agentów DEA przekazywało twórcom informacje z pierwszej ręki. W końcu brali udział w akcjach, które obserwujemy na ekranie.

To dzięki nim udało się nadać Escobarowi charakter. Pena długo rozmawiał z Mourą na temat tego, jaki był Escobar. Przekazywał mu informacje na jego temat. Głównie te dotyczące charakteru Pablo. O jego wybujałym ego, skłonności do przemocy. Istotne było pokazanie go jako człowieka, który przybierał maskę dobroczyńcy. Choć chciał jawić się jako obrońca uciśnionych, to w rzeczywistości był kimś, kto jest zdolny do największego okrucieństwa. To też decyduje o tym, dlaczego „Narcos” tak dobrze się ogląda.

Narcos - screen
Pena i Murphy/Fot. Netflix

Cudowne życie

„Narcos” urzeka mnie z tego samego powodu, dla którego tak spodobało mi się „Peaky Blinders” czy „The Take” łącząc główne cechy obu tych seriali. W pierwszym wypadku mamy przestępców zaprezentowanych momentami jak romantycznych wojowników. Trochę nieokrzesanych, brutalnych, ale z zasadami. Z kolei w „The Take” otrzymujemy brud i czystą wściekłość. W „Narcos” jest i to, i to. Netflix musi jeszcze przejść swoją drogę, aby stać się „drugim HBO”, ale jest już coraz bliżej, bo coraz częściej seriale, które produkuje są po prostu dobre. Rzecz w tym, że nie wystarczy, aby były tylko dobre. One muszą być wybitne, a tych na razie na horyzoncie nie ma. Co nie zmienia faktu, że „Narcos” warto zobaczyć. Bez względu na wszystko to jeden z najlepszych debiutów tego roku. Taki, który sprawi, że każdy z Was będzie chciał zostać prezydentem Kolumbii. Ja chcę.

Przeczytaj:

[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/kim-jest-showrunner/”]Kim jest showrunner[/button]
[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/utopia-swietny-serial-prosto-z-uk/”]5 powodów, aby oglądać Utopię[/button]
  • Zdecydowanie dopisuję serial na listę “do obejrzenia”! Domyślam się, że aktorzy mówią po angielsku? Czy jest tam może trochę hiszpańskiego? 🙂

    • Jest bardzo dużo hiszpańskiego. Co ciekawe Moura musiał się go uczyć do roli, bo jest Brazylijczykiem. Podobno kaleczy akcent 🙂

      • Dzięki! To fajnie, bo akurat się tego języka uczę i serial na pewno by i to umilił. Ciekawie z tym akcentem, ciekawe czy usłyszę różnice 😉