“Nie mam ust, a muszę krzyczeć” – czy człowiek jest lepszy od maszyny?

Przeczytałem kiedyś, że gra “I Have No Mouth, and I Must Scream” nie specjalnie zapisała się w historii komputerowej rozrywki. Gdyby tak faktycznie było, to nikt by o niej nie pamiętał, a tym bardziej o niej nie pisał. Tymczasem ponad 20 lat od premiery przygodówka wyprodukowana przez  The Dreamers Guild nadal robi wrażenie. Tak jak jej literacki pierwowzór stworzony przez Harlana Ellisona.

Żadnych zmian

Fani science fiction bardzo dobrze znają Harlana Ellisona. Na pewno jego twórczość, bo ten urodzony w 1934 roku w Cleveland pisarz “zmuszał nas” nie tylko do czytania, ale i oglądania swoich pomysłów. Miał bowiem okazję współpracować przy kultowych serialach takich jak “Star Trek” czy “Strefa Mroku”. Przygody z telewizją przytaczam dlatego, że Ellison jest człowiekiem otwartym na każde medium. Choć wobec gier ma bardzo konkretne stanowisko:

Nie jestem fanem wykorzystywania technologii do gier. Myślę, że to strata czasu, a ich popularność budzi mój niepokój. Wygrywają z filmami, książkami i teatrem, nawet radio rozwijało całe pokolenia, która teraz potrafią posługiwać się swoimi kciukami i nic poza tym. Za każdym razem jak widzę dzieciaka grającego w gry, który za chwilę może zostać potrącony przez samochód odczuwam pewne zadowolenie. Kiedy idziesz do restauracji jest tam ojciec, który zabiera tam swoje dziecko co weekend. I ten ojciec siedzi tam ze wzrokiem w telefonie komórkowym, a dziecko siedzi z grą, a ty się zastanawiasz, co się stało z relacjami międzyludzkimi. Z interakcją.

Jestem elastyczny, pracowałem przy każdym rodzaju medium. Książki, filmy, telewizja, eseje, autobiografie, kolekcje, słuchowiska radiowe, rejestracja dźwięku, dwa razy byłem nominowany do Grammy… nieuniknione było to, że w pewnym momencie przyjdzie do mnie firma z branży gier i powie „Chcemy praw do twojej historii „Nie mam ust, a muszę krzyczeć” i zaoferują mi sporo pieniędzy i dodadzą, że zrobią ze mnie milionera. Wszyscy tak mówią.

Nim ktoś do niego przyszedł musiało narodzić się coś innego. Coś, co potrafi wzbudzić niepokój w większości z nas. W 1966 roku Ellison zaczął pisać nowe opowiadanie. Postanowił, że historia będzie prezentować przyszłość. Niestety naszą. Wzorem innych autorów sięgających po motyw dystopii zgotował naszemu gatunkowi piekło. Jednak nie rękami innych ludzi, a inteligentnej maszyny, która stała się źródłem wszelkiego zła i tym samym naszego cierpienia. Pierwszą połowę opowiadania pokazał znajomemu literatowi Frederikowi Pohlowi. Pohl to kolejny z klasyków science fiction, który znany jest choćby z powieści “Gateway. Brama do gwiazd”, za którą zdobył wszystkie najważniejsze nagrody w tym Hugo i Nebulę. Pohl przeczytał pierwsze strony, które dostał od Ellisona i powiedział krótko, pisz dalej.

Ten wziął radę do serca i ukończył opowiadanie w ciągu jednej nocy w 1966 roku. Pierwsza wersja była zarazem ostatnią, bo podobno nie dokonał ani jednej poprawki i w 1967 roku to, co napisał ukazało się w formie drukowanej. Fabuła w skrócie prezentuje się tak. Zimna Wojna zakończyła się III wojną światową. Trzy mocarstwa stanęły do walki i powoli wyniszczały się coraz bardziej. W pewnym momencie konfliktu jego prowadzenie zostało przekazane inteligentnym maszynom. Konkretnie komputerom o nazwie Allied Mastercomputers w skrócie “AM”, co później może być tłumaczone na inne sposoby np. artificial murderer. Jeżeli oglądaliście “Terminatora”, to już wiecie co się stało. Maszyny wystąpiły przeciw swoim twórcom i doprowadziły do prawie całkowitej eksterminacji naszej rasy. Prawie, bo “ocalała” piątka bohaterów. Ted, Nimdok, Benny, Gorrister i Ellen od 109 lat są torturowani przez superkomputer, który za każdym razem wymyśla coś nowego i za każdym razem jest to coraz bardziej wymyślna forma znęcania się nad ludźmi.

Choć niektórzy mogą w to nie uwierzyć, to faktem jest, że choć gra potrafi wywołać niezwykle silne emocje, to opowiadanie zostawia ją daleko w tyle.

Skala ich cierpienia jest niewyobrażalna. Ellen została zmieniona w nimfomankę choć wcześniej była niewinną kobietą. Gorrister, któremu najbliżej do filozofa, został zniszczony psychicznie do tego stopnia, że wpadł w apatię. Nimdok został skazany na ciemność, a genialny Benny został sprowadzony do roli małpoluda. Tylko Ted miał “szczęście”. Choć torturowany w porównaniu z pozostałymi cierpiał najmniej. Pozornie, bo i jego los okaże się nie do pozazdroszczenia. Lata mijały, a nasi bohaterowie tracili nadzieję. Jedyne o czym tak naprawdę marzyli była śmierć. Każdy mimo tego, że już przez samą przemianę został dotknięty zostaje wystawiony przez komputer na coraz bardziej wymyślne tortury.

Zawsze może być gorzej

Literacki pierwowzór zdobył uznanie krytyków oraz czytelników. Ellison za swoje opowiadanie otrzymał Nagrodę Hugo. Zupełnie zasłużenie, bo ciężko znaleźć opowiadanie, które potrafi odcisnąć piętno na czytelniku tak mocno jak robi to “Nie mam ust, a muszę krzyczeć”. To w zasadzie nie jest nawet przeżycie literackie, a duchowe. Opisywane przez Ellisona okropieństwa i klimat jaki im towarzyszy sprawiają, że nie wiemy, co ze sobą począć. Z jednej strony żal nam bohaterów, a z drugiej ciężko nam im kibicować w walce ze swoim oprawcą. Jednym słowem będziecie wstrząśnięci.

Ten wstrząs przeżyjecie też w momencie, gdy sięgniecie po grę, która została wydana w 1995 roku. Trzeba jednak pamiętać o tym, że historia z książki została dostosowana do wymogów gry. Nie mamy tu do czynienia z kalką, a raczej z wykorzystaniem motywów opowiadania. Ellison choć o grach myśli, co myśli przystał na propozycję firmy Cyberdreams i ostatecznie usiadł z twórcami, aby przygotować przygodówkę. Grę, która nie znała żadnego tabu. Nie wiem, co by się stało, gdyby ukazała się aktualnie. Gwałty, morderstwa, tortury,  zbrodnie przeciw ludzkości. Zbierzcie wszystko, co najgorsze przychodzi Wam do głowy i wrzućcie do jednego worka. Efektem będzie “I Have No Mouth, and I Must Scream”.

Powiedziałem im, że chcę zrobić grę, w której nie można wygrać. Powiedzieli, że tak nie można, że to nie fair. Nie fair? Wobec kogo? W dupie mam tych, którzy kupią tę grę i będą w nią grać. Nie mają nic lepszego do roboty ze swoim wolnym czasem?

Zagrać naprawdę warto, bo “Nie mam ust, a muszę krzyczeć” nie oferuje standardowej fabuły. To znaczy ta oczywiście jest, ale sposób w jaki podejmujemy decyzję w trakcie rozgrywki ma największe znaczenie. Chodzi przede wszystkim o to, że gra nie mówi nam, co i jak mamy zrobić. Co nam się będzie opłacać nie jest podane na tacy. To my podejmujemy decyzję czy jesteśmy gotowi przysporzyć cierpień innym ludziom. Czy jesteśmy wstanie sprzeciwić się swoim oprawcom, czy może będziemy pokornie robić to, co nam każą. Wyobraźcie sobie, że stoicie w sali operacyjnej, w której macie okaleczyć malutkie dziecko. Co zrobicie? Będziecie cięli czy może postanowicie rozegrać wszystko inaczej i może to Wasz partner poczuje zimną stal skalpela? Jak będziemy postępować i jak bardzo damy się porwać okropieństwom świata przedstawionego jest tylko naszą decyzją. Nikogo więcej. Te mają znaczenie i ostatecznie wpływają na zakończenie. Gra może kończyć się na cztery różne sposoby. Niestety żadne nie sprawia, że czujemy się lepiej. No może poza jednym, ale i ono jest ciężkie i przygnębiające.

Nie mam ust, a muszę krzyczeć
Kto zagra w moją małą grę?

Jak głęboka jest otchłań?

Choć gra różni się od opowiadania nie czuję, aby była od niego gorsza. Jest po prostu inna. Ellison był mocno zaangażowany w jej stworzenie. Na szczęście nie wziął tylko pieniędzy za prawa do jej ekranizacji, a aktywnie uczestniczył czy to w pisaniu scenariusza, czy tworzeniu dialogów. Wreszcie to jego głosem przemawia superkomputer, sprawca wszystkich nieszczęść bohaterów. Oprawa graficzna przywodzi na myśl dzieła Gigera i Beksińskiego przeraża i powiem szczerze, że teraz po latach działa jeszcze lepiej. Ma w sobie jeszcze więcej niepokoju.

Zapytacie po co grać w taki tytuł jak ten? To ciekawe pytanie, zasadne. W końcu dlaczego dobrowolnie skazywać się na cierpienie? Dla mnie odpowiedź zawsze jest jedna. Kiedy obcuję z dziełami takimi jak “Nie mam ust, a muszę krzyczeć” dostaję jasny komunikat, że warto docenić swoje życie. To jest dla mnie ostrzeżenie. Słowa Ellisona czy to na kartkach, czy na ekranie komputerów uwierają. Wytrącają nas ze strefy komfortu. Jednocześnie – choć to będzie bardzo banalne – przypominają, że nie potrzebne są nam superkomputery, aby sprawić innym ból. W końcu ten otacza nas z każdej strony. Każdego dnia, tylko bardzo często odwracamy wzrok.

Jako gra “Nie mam ust, a muszę krzyczeć” jest w pewnym sensie testem na człowieczeństwo. Lubimy o sobie mówić, że w takiej czy innej sytuacji nigdy byśmy się nie zachowali tak jak ktoś kogo właśnie oglądamy. Rzecz w tym, że nigdy tego na sto procent nie wiemy. Przynajmniej do momentu, w którym się w końcu w tej sytuacji znajdziemy. Jeżeli jesteście ciekawi jak głęboka jest otchłań i jak daleko jesteście się w stanie posunąć, to sięgnijcie po grę i przekonajcie się na własnej skórze. Będzie bolało.

  • rob

    hm czy to nie miało aby ekranizacji w jakiejś formie bo mam niejasne wrażenie że tak?opowiadanie pamiętam czytałem dawno temu było chyba drukowane w problemach i zrobiło na mnie wrażenie (czasopismo wydawane za PRL drukowało też opowiadania SF od klasyki do egzotyki jak japońskie chińskie wyjaśniam dla młodszych czytelników ) nawiasem był też film pod koniec lat 70 gdzie było podobne rozwiązanie komputer uwięził kobietę w domu w bardzo niecnym celu 🙂

  • To chyba moje ulubione opowiadanie.